29.2 C
Warszawa
sobota, 25 czerwca 2022

Nacjonalizacja OFE

Koniecznie przeczytaj

Polskiej gospodarce brakuje 8 milionów pracowników, aby budżet ZUS wychodził na zero. Brakujące środki rząd chce zabrać 16 milionom Polaków.

Gdy tworzono Otwarte Fundusze Emerytalne, nikt nie zakładał, że przymiotnik „otwarte” aż tak będzie do nich pasował. Zarówno poprzednie rządy koalicji PO-PSL, jak i obecny rząd PiS chciały czerpać z nich pełnymi garściami. OFE zbudowały kapitał na ciężkiej pracy Polaków. W styczniu 2017 roku ich aktywa wyniosły ponad 160 mld złotych. Zatem planowana nacjonalizacja oznacza zabranie z tej puli aż 40 mld złotych.

Ratowanie trupa

W zeszłym roku Skarb Państwa umorzył prawie 40 miliardów złotych długu, jaki wobec niego miał Fundusz Ubezpieczeń Społecznych. Jak twierdził Prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, z uwagi na wysoki poziom zadłużenia FUS nie był on w stanie spłacać zapadających w marcu 2017 pożyczek. To wtedy po raz pierwszy zbankrutował ZUS. Umorzenie zasadniczo nic nie zmieniło. Każdego roku Skarb Państwa dokłada do ZUS około 61 miliardów złotych. Deficyt FUS to w zasadzie 2,9 proc. polskiego PKB. Umorzenie 40 miliardów nie rozwiązało problemu nawet w skali jednego roku. O tym, jak duży jest deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych świadczy fakt, że aby jego budżet się zamykał, potrzebujemy ponad 8 milionów osób zatrudnionych na minimalnym wynagrodzeniu. Wpływy z tytułu ubezpieczeń społecznych tylko wówczas będą odpowiadały wydatkom przeznaczanym na emerytury. Już za 13 lat deficyt oskładkowanych etatów wyniesie 11 milionów osób (zakładając, że poziom oskładkowania będzie taki jak obecnie). Dlatego bez gruntownej zmiany systemu albo utraty prawa do świadczeń kilku milionów emerytów i rencistów system emerytalny w Polsce czeka zapaść. 40 mld złotych zabrane z OFE tak naprawdę tylko w części pokryją deficyt FUS na rok 2017. Wszystkie środki zgromadzone w OFE wystarczą zaledwie na 2,5 roku finansowania deficytu Funduszu. Akcja nacjonalizacji tych pieniędzy nie przyniesie zmiany sytuacji strategicznej polskiego systemu emerytalnego, a tylko ograbi 16 milionów Polaków z ich własności.

W obawie przed dziurą

Plan rządu przedstawił Paweł Borys, uważany za prawą rękę Mateusza Morawieckiego. Rząd zamierza przekazać 25 proc. środków zgromadzonych w OFE do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Reszta ma trafić na Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego. Są to swego rodzaju rachunki służące zgromadzeniu kapitału na naszą emeryturę. IKZE może prowadzić zarówno bank, jak i dom maklerski. Główne założenie reformy przygotowywanej przez rząd to tak naprawdę likwidacja OFE. Skąd proporcja 25 do 75? OFE 75 proc. swoich aktywów trzymają na giełdzie. Zabranie z niej w ciągu jednego dnia 120 miliardów złotych oznaczałoby krach polskiego rynku kapitałowego. Środki przekazane z OFE do IKZE będą miały limity zaangażowania w akcje. Limit ten będzie stopniowo obniżany w ciągu siedmiu lat. Co to oznacza w praktyce? Rząd docelowo chce znacjonalizować wszystkie oszczędności zgromadzone w OFE. Zrobiłby to już teraz, ale boi się załamania Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. I tak przez najbliższe lata będą obniżane progi zaangażowania IKZE w giełdę. Potem spokojnie bez obaw będzie można znacjonalizować całą pulę środków uzbieranych przez Polaków. Co to oznacza dla GPW? Jest to olbrzymie zagrożenie dla projektu Giełdy w Polsce. Przez lata środki z OFE gwarantowały stabilny wzrost oraz określoną stopę zwrotu inwestycji. Teraz bez finansowania z zewnątrz GPW może wpaść w pułapkę średniego wzrostu, o ile już w nią nie wpadła. Nie wiadomo, czy perspektywa zabrania z giełdy 120 mld złotych, nie spowoduje efektu kuli śnieżnej w postaci masowego odpływu inwestorów zagranicznych. A to wszystko dla ratowania i tak niewydolnego systemu. O tym, że OFE czeka smutny los, było wiadomo już od dawna. Jeszcze zanim Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory, poparło nacjonalizację części środków dokonaną przez rząd Donalda Tuska. Nawet postulowało, aby OFE zlikwidować całkowicie, a pieniądze wpłacić bezpośrednio do ZUS. Dlatego nie było zdziwieniem, gdy jeszcze na początku ubiegłego roku pojawiła się kwestia rozwiązania sprawy z OFE. Do drugiej nacjonalizacji ma dojść na przełomie 2. i 3. kwartału bieżącego roku. To wówczas według Mateusza Morawieckiego ma zostać przygotowana odpowiednia „legislacja”. Poza likwidacją OFE wicepremier chce też, aby jego roli nie przejęły IKZE. Dlatego będzie dążył do jak największego rozproszenia rynku. Stanowisko ministra finansów Mateusza Morawieckiego to i tak wersja light. Wiadomo, że minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska postulowała przekazanie całej kwoty z OFE na FUS.

Coś za coś

Program 500 +, który ma być nadzieją na ratowanie zapadającej się demografii naszego kraju, rocznie kosztuje nas 18,5 mld złotych. W pierwszym roku jego funkcjonowania było to 16 mld złotych, ale niższe koszty wiązały się z uruchomieniem programu w trakcie roku. Z grubsza rząd podaruje w ten sposób Polakom 35 mld złotych. Ponieważ z pustego i Salomon nie naleje, w zamian zabierze 40 mld. Gdyby rząd ostatecznie nie sięgnął po środki zgromadzone w OFE, deficyt budżetowy na bieżący rok sięgnąłby 100 mld złotych. Dlatego program 500 + zaczyna być nazywany programem 500 minus. To jakby przełożyć 40 złotych z jednej kieszeni do drugiej, tylko podczas operacji wypada nam gdzieś 5 złotych. Akcja nacjonalizacji środków zgromadzonych w OFE jest koniecznością dla rządu. I tak rekordowy deficyt urósłby do niebotycznych rozmiarów. Za 100 mld złotych moglibyśmy wybudować około 150 km linii metra lub odkupić od Ukrainy 98 tys. km² ziemi rolnej. To tak jakbyśmy kupili pole wielkości Węgier.

Przegrane pokolenie

Można zadać pytanie, kiedy skończy się ratowanie ZUS i kiedy cały system emerytalny przestanie być wydolny. Odpowiedź jest prosta. Będzie to wówczas, gdy zabraknie na to środków. Co jednak można jeszcze znacjonalizować? Poza środkami zgromadzonymi w OFE, raczej niewiele nie wywołując społecznych protestów. Można spodziewać się podnoszenia składek na ubezpieczenia społeczne. Wielką pokusą może być pełne ozusowanie umów cywilnoprawnych. Zawsze można sięgnąć po rezerwy walutowe NBP, które obecnie wynoszą 370 miliardów złotych. Te środki wystarczą na 6 lat finansowania deficytu, czyli 1,5 kadencji Sejmu. Co potem? Zostają tylko zewnętrzne środki finansowania, czyli większe i szybsze zadłużanie się Skarbu Państwa. Co roku dług publiczny Polski może wzrastać o ponad 10 procent. Jest więc oczywiste, że albo będziemy musieli złamać reguły limitu zadłużenia Skarbu Państwa, albo drastycznie obniżyć wysokość emerytur i rent. Jak zwykle, zacznie się niewinnie od obniżenia poziomu waloryzacji lub jej całkowitego wstrzymania. Potem będzie gorzej. Za 13 lat będziemy rozmawiać nie o tym, czy ZUS upadnie, tylko dlaczego tak się stało. Wówczas pojawią się pytania, czy warto było niszczyć gospodarkę, żeby kupować sobie więcej czasu licząc, że Polacy masowo zaczną tracić prawa do emerytur czy rent (tj. umierać). Obecne pokolenie pracujących Polaków, które zostanie ograbione z oszczędności, zacznie ze zgrozą wspominać, ile z ich pensji szło na ZUS i dlaczego nie inwestowali np. w mieszkania, rezygnując z własnej działalności i pracując na etacie lub rejestrując firmę za granicą kraju. Trudno się spodziewać, że przyszłe pokolenia będą chciały utrzymywać armię staruszków. Coraz więcej Polaków sceptycznie podchodzi do kwestii oszczędzania na emeryturę. Bo skoro ktoś raz sięgnął po nasze pieniądze w OFE, a teraz zamierza to zrobić drugi raz, to dlaczego nie zrobi tego jeszcze parę razy? Deficyt FUS to też wynik tej nieufności. Nie ufamy swojemu państwu i nie dokładamy się do wspólnej kasy, nie mając żadnych złudzeń, że za 30 lat możemy liczyć jedynie na pomoc własnych dzieci i rodziny.

Autor

Poprzedni artykułRosyjska bieda
Następny artykułNowe życie Tuska

Najnowsze