0.5 C
Warszawa
poniedziałek, 5 grudnia 2022
Advertisement

Rosyjska bieda

Koniecznie przeczytaj

O wprowadzeniu kartek żywnościowych dla najuboższych dyskutowano w Rosji od 2014 r. To wówczas kryzysu ekonomicznego nie dało się dłużej zamaskować, choć nie obeszło się bez medialnego szachrajstwa. O kartkach debatowano, ale decyzji nie podejmowano, ponieważ rosyjska bieda jest tematem nad wyraz niebezpiecznym dla Kremla.

Rosja wprowadza kartki żywnościowe dla najuboższych obywateli. Na pozór to nic nadzwyczajnego, podobny system pomocy społecznej funkcjonuje na przykład w USA. Problem wynika z proporcji i kryteriów, czyli skali rosyjskiej biedy. Tym bardziej, że nic tak jak kartki żywnościowe nie daje świadectwa fiaska polityki społecznej i gospodarczej Putina. To również dowód porażki w wojnie sankcji z Zachodem i klęski programu antyimportowego. Choć Kreml nie byłby Kremlem, gdyby nie usiłował wykorzystać ciężkiego położenia Rosjan do politycznej manipulacji.

Rosyjska przepaść

O wprowadzeniu kartek żywnościowych dla najuboższych dyskutowano w Rosji od 2014 r. To wówczas kryzysu ekonomicznego nie dało się dłużej zamaskować, choć nie obeszło się bez medialnego szachrajstwa. Jako że agresja na Ukrainę wywołała antyrosyjskie sankcje, Kreml wskazał ręką na Zachód. We wszystkich nieszczęściach obwiniono globalny kryzys ekonomiczny i podstępnych rywali. To UE i USA czyhały, aby retorsjami gospodarczymi podciąć Rosję powstającą z kolan. O kartach żywnościowych debatowano, ale decyzji nie podejmowano, ponieważ rosyjska bieda jest tematem nad wyraz niebezpiecznym dla Kremla.

Nie da się ukryć, że trzynastoletnia hossa na globalnym rynku surowców energetycznych stała się dla milionów Rosjan okresem prosperity. Dzięki petrorublowej mannie, po raz pierwszy od czasu rozpadu ZSRR udało się zahamować zjawisko powszechnej pauperyzacji oraz demograficzną klęskę. Szeroki strumień walutowy, jaki płynął do budżetu federalnego umożliwił Władimirowi Putinowi zawarcie oryginalnego paktu ze społeczeństwem. W zamian za opiekę socjalną państwa oraz pakiet podstawowych wolności, Rosjanie zrezygnowali z aktywności obywatelskiej. Scedowali własne prawa polityczne na Kreml. Taki układ wyrażał się praktyką podwyżek pensji i emerytur z jednej strony, a z drugiej posłusznym głosowaniem według klucza wskazanego przez władzę.

Wzajemna idylla ulega zaburzeniu z wielu powodów. Pierwszym jest kryzysowa recesja gospodarki o nadzwyczaj bolesnym przebiegu. Wybitnie surowcowy model skutkuje brakiem ekonomicznej dywersyfikacji i niezdolnością do reform strukturalnych. Dopiero na te problemy nakładają się czynniki koniunkturalne, które kremlowska propaganda umiejętnie wykorzystuje. Na czele ze spadkiem cen ropy naftowej i gazu, choć niezwykle ważną rolę odgrywają zachodnie sankcje handlowe, a zwłaszcza finansowe, które wspólnie odcięły Rosję od kapitałów i technologii. Na koniec fundament gospodarczy podcina decyzja Kremla o własnych kontrsankcjach, która załamała wewnętrzny rynek konsumpcyjny.

Sumując, Rosja wpadła najpierw w głęboki kryzys, a obecnie w recesję, która objawia się tak totalną inercją gospodarki, że o stabilizacji oraz wzroście PKB nie można nawet myśleć. Wszystkie czynniki powodują załamanie wartości narodowej waluty, a wraz z nim ogromną redukcję międzynarodowej wymiany handlowej. Ale najboleśniejszym skutkiem pozostaje zmniejszenie siły nabywczej społeczeństwa o 10 proc. w stosunku do 2013 r. Jest to z kolei następstwo spadku realnej wartości płac i emerytur o co najmniej 20 proc. dodatkowo przemnożonych przez wysoką inflację.

Tymczasem Putin obiecał Rosjanom stabilizację materialną i życiową. Co więcej, w 2012 r. podpisał tzw. majowe dekrety, w których zobowiązał się do stałego polepszania sytuacji finansowej społeczeństwa, bo dokument nakłada na władze coroczną indeksację wszelkich uposażeń o 10 proc. ponad poziom inflacji. Obecna sytuacja jest zatem mocno schizofreniczna, ponieważ Rosjanie słyszą w kremlowskiej telewizji jedno, a w swoich portfelach widzą drugie, a dokładniej dno. Dziwią się, jak doszło do nieporozumienia, choć od lat miejscowi eksperci przestrzegali, że taka polityka gospodarcza musi się zakończyć katastrofą. Z prostego powodu – podwyżki płac i świadczeń socjalnych nie mogą być wyższe niż wydajność pracy. I katastrofa nadchodzi, z efektem domina obejmując kolejne dziedziny życia. To pora, aby skoncentrować się na wymiarze i kryteriach rosyjskiej biedy.

Talony szczęścia

O systemie kartkowej pomocy dla najuboższych zadecydowano w lutym 2017 r., choć do końca nie wiadomo, czy zostanie natychmiast wprowadzony. Na przeszkodzie stoją na razie koszty szacowane sumą 240 mld rubli, czyli ok. 4 mld dolarów. Cóż może być bardziej miarodajnym wskaźnikiem rosyjskiej katastrofy niż fakt, że budżet państwa nie ma środków na zorganizowanie pomocy dla najuboższych obywateli. Państwa, które uważa się za globalne mocarstwo XXI w., prowadząc w Syrii oraz na Ukrainie dwie wojny jednocześnie. Meandry kremlowskiego myślenia są naprawdę pokręcone, ale o tym w dalszej części materiału.

A wracając do talonów pomocowych, to ich pierwowzorem jest amerykański projekt SNAP (Supplemental Nutrition Assistance Program), czyli system wsparcia żywnościowego dla ludzi żyjących poniżej minimum socjalnego. W USA program obejmuje ok. 14 proc. populacji, czyli 43 mln osób. Kryterium włączenia do systemu jest próg dochodowy, szacowany na mniej niż 15,2 tys. dolarów rocznie w przeliczeniu na głowę mieszkańca, lub 31,3 tys. dolarów na czteroosobową rodzinę. SNAP przewiduje miesięczną pomoc żywnościową w wysokości 133 dolarów na osobę, zaś instytucją odpowiedzialną za funkcjonowanie projektu jest departament rolnictwa. Jak informuje Gazieta.ru, rosyjski odpowiednik obejmie swoim zasięgiem 10 proc. populacji, czyli ok. 12-14 mln osób, a koordynatorem systemu będzie ministerstwo przemysłu i handlu. Ale z rosyjskich mediów wyłania się także skala biedy znacznie szersza, niż wynikałoby z oficjalnych danych.

Problem leży w sztucznie zaniżanych kryteriach minimum socjalnego. Ministerstwo pracy i polityki społecznej wyceniło dochodowy próg biedy na 5,5 tys. rubli, czyli ok. 73 dolarów w przeliczeniu na mieszkańca. Tymczasem ekspertyza socjolog Mariny Krasilnikowej z Centrum Lewada upubliczniona w Radiu Swoboda wskazuje, że sami Rosjanie uważają taką sumę za dowcip i to kiepski, tym bardziej, że za 5 tys. rur. musi żyć już co piąta rodzina. Natomiast na podstawie własnych, wcale niewygórowanych potrzeb obywatele utrzymują, że do przetrwania miesiąca potrzebna jest kwota dwukrotnie wyższa od ustanowionej oficjalnie. Dlatego, jak twierdzi Krasilnikowa, fałszerstwo progu biedy opiera się na sztucznie przyjętych kryteriach. Za biedną należy bowiem uznać większość ze 144-milionowej populacji. Z badań centrum Lewady wynika, że większość rosyjskich rodzin wydaje ponad 50 proc. budżetu domowego na jedzenie. Dla porównania rodzina brytyjska tylko 11 proc. Z kolei ośrodek socjologiczny ROMIR dowodzi, że za progiem minimum socjalnego znalazło się 15 proc. Rosjan. Natomiast ministerstwo płacy i polityki socjalnej, kierując się swoimi wyliczeniami, określiło liczbę biednych na więcej niż 20 mln osób. Za wiarygodne należy także uznać szacunki socjologa Rosyjskiej Akademii Nauk Jakowa Mirkina, który przekonuje, że poziom rosyjskiej biedy jest dwukrotnie wyższy od oficjalnego, i w takim przypadku obejmuje ok. 40 mln osób lub 30 proc. populacji. A wskaźniki idą szybko w górę, bo tylko w ubiegłym roku liczba biednych wzrosła o 1,1 mln. Najbardziej pesymistyczne są jednak prognozy oparte na wnikliwej analizie innych czynników niż próg dochodowy.

Po pierwsze, od 2014 r. Rosjanie wydają więcej niż zarabiają, co wskazuje na egzystencjalną konieczność przejadania zgromadzonych rezerw finansowych. Co prawda, podczas sondaży pond 60 proc. ankietowanych zadeklarowało, że nie posiada żadnych zasobów, ale tylko w pierwszym kwartale 2015 r. Rosjanie wycofali z banków kwotę 700 mld rubli, czyli ok. 12 mld dolarów. Początkowo wydawało się, że jest to tylko odruch obrony życiowych kapitałów, bo jednoczesne oblężenie przeżyły kantory wymiany walut. Rosjanie rzucili się na dolara, euro i franka szwajcarskiego, aby ratować się przed spadkiem wartości rubla. Ale w ubiegłym roku obowiązywała identyczna tendencja, a mimo tego obroty na wewnętrznym rynku konsumpcyjnym zmniejszyły się o 6,9 proc. Świadczy to o stopniowej utracie możliwości płatniczych społeczeństwa, a więc wyczerpaniu pieniędzy. To także bardzo mocny sygnał ostrzegawczy dla Kremla, ponieważ zakupy Rosjan, a więc obroty krajowego handlu zapewniały w ostatnich latach 52 proc. PKB.

Po drugie, Rosjanie są skrajnie zadłużeni i pęknięcie bańki kredytowej może być wybuchem inicjującym krach systemu finansowego. Z braku własnych środków, obywatele zaciągnęli zobowiązania finansowe na kwotę 6 bln rur. Dla porównania wartość krajowego rynku konsumpcji jest szacowana na 4-5 bln rur, a zasoby państwa zgromadzone w ramach Funduszów: Rezerwowego i Przyszłych Pokoleń zmalały obecnie do 3,7 bln rubli. Przy tym należności kredytowe na głowę mieszkańca przekroczyły już próg bezpieczeństwa, szacowany na 25 proc. przeciętnego uposażenia miesięcznego.

Po trzecie, skalę biedy pomaga skrywać szary sektor gospodarki. To prawdziwa plaga państw b. ZSRR na czele z Rosją i Ukrainą. Jak twierdzi w corocznych analizach Światowa Organizacja Handlu, rosyjski sektor szarej gospodarki stanowi ponad 40 proc. PKB, zaś na Ukrainie przekracza nawet 50 proc. Z jednej strony, pozwala to utrzymywać oficjalnie niskie bezrobocie. Z drugiej strony, pozbawia państwo i obywateli funduszów na przyszłość, co w przypadku Rosji odczuwającej gwałtowne starzenie społeczeństwa grozi kolejną katastrofą, czyli niewydolnością systemu emerytalnego. Na dodatek obowiązuje tzw. moratorium składkowe, na mocy którego Kreml konfiskuje od trzech lat wszystkie obowiązkowe wpłaty na ten cel. Innymi słowy, pieniądze ze składek emerytalnych nie trafiają na konta płatników, tylko są wykorzystywane jako rezerwa pokrywająca rosnący deficyt budżetu federalnego.

Podsumowując, wszystkie czynniki powodują, iż prognozowana liczba najuboższych obywateli może się powiększać o ok. 2-3 proc. rocznie, tymczasem wzrost gospodarczy ani drgnie. Podobnie jak polityka antyimportowa Kremla, która w charakterze cudownego panaceum miała ożywić rynek i rodzinne koszyki podstawowych produktów.

Krach antyimportowy

Jak wiadomo w 2014 r. USA, UE i inne kraje demokratyczne, takie jak Australia, Japonia czy Nowa Zelandia wprowadziły wobec Rosji sankcje sektorowe, obejmujące embargo handlowe w wielu dziedzinach współpracy. Jeszcze dotkliwsze od segmentu technologicznego okazały się sankcje finansowe, które odcięły rosyjskie korporacje i system bankowy od głównego źródła zasilania. Można zadać pytanie o związki między sankcjami a poziomem biedy w Rosji, aby bezzwłocznie odpowiedzieć, że zależności są bezpośrednie. Od 2014 r. Rosja odnotowuje najpierw zerowy, a obecnie ujemny przyrost PKB. W 2015 r. spadek wyniósł oficjalnie 3,6 proc., a w 2016 r. – 1,6 proc. Spowolnienie gospodarcze wpływa wprost na zarobki i emerytury Rosjan, a także kłopoty na rynku zatrudnienia. Choć kremlowska statystyka każe wierzyć w niski poziom bezrobocia, to realia są zupełnie inne. Tylko w lutym ubiegłego roku zwolniono z pracy 120 tys. osób, a rzeczywistość wyznaczają skrócony tydzień roboczy, przymusowe, a więc niepłatne urlopy czy przestoje produkcji. Pracodawcy coraz częściej udają, że zatrudniają i wypłacają uposażenia. W ten sposób ujemny przyrost PKB wpływa również na dochody budżetu federalnego. Dziura w przychodach państwa sięga 2,5 bln rubli, tworząc trzyprocentowy deficyt budżetowy. Oficjalny rozmiar strat finansowych jest dziwnie mały wobec niezależnych szacunków. Tylko z powodu krachu cenowego na globalnym rynku paliw w latach 2014-2016 Rosja nie doliczyła się 200 mld dolarów dochodu. A w połączeniu z gigantyczną ucieczką kapitałów, co jest głównie zasługą katastrofy klimatu inwestycyjnego na skutek zachodnich sankcji, szacowanego na 250 mld dolarów, Kreml stracił pół biliona dolarów. Na tym nie koniec, bo konto każdego Rosjanina coraz mocniej obciążają zagraniczne długi. Co prawda państwowy udział jest niewielki, ponieważ nie przekracza 52 mld dolarów kredytów. Za to dług korporacji z państwowym udziałem sięga w zależności od źródła 515-760 mld dolarów. I to na spłatę takich zobowiązań, a nie walkę z biedą zostaną wykorzystane wszelkie dostępne rezerwy. Agonia może potrwać 4-5 lat, choć dwóm głównym funduszom wspomnianym w artykule grozi rozgrabienie do końca obecnego roku. Kreml ma jeszcze do dyspozycji 400 mld dolarów rezerw walutowych i kruszcowych zgromadzonych przez Bank Centralny. Ale jak twierdzą rosyjscy ekonomiści, nawet wpompowanie wszystkich środków w gospodarkę nie doprowadzi do ożywienia i wzrostu PKB, który umożliwiłby doszlusowanie do poziomu państw rozwiniętych i Chin. A zatem perspektywy wzrostu płac i emerytur oddalają się od Rosjan na mglistą perspektywę, co w ustach kremlowskich czynowników brzmi jak pusta obietnica, w którą nie wierzą nawet oni. W takiej sytuacji program kartkowej pomocy socjalnej jest logiczną próbą wyjścia z trudnej sytuacji, w jakiej znalazło się społeczeństwo. Jednak ten, kto tak myśli pozostaje w błędzie, bo Kreml chce jednym strzałem upolować kilka zajęcy.

W latach 2014-2015 słowo importozamieszczenije – produkcja antyimportowa było odmieniane przez wszystkie przypadki przez prezydenta Putina oraz jego kremlowską świtę. I chyba każdego Rosjanina też, bowiem antyimport bił w oczy i uszy z każdego programu telewizyjnego i gazety. Protekcjonizm handlowy miał nie tylko uniezależnić krajową gospodarkę od zachodnich dostaw, a więc szantażu ekonomicznego, ale przede wszystkim ożywić krajowy rynek, napełniając lodówki Rosjan towarami rodzimej produkcji. I co? I nic. W ubiegłym roku o polityce antyimportowej zrobiło się cichutko. Słowo zniknęło z ekranów i łam, a Rosjanie powoli odkrywają straszną prawdę. Zostali zrobieni przez Kreml w przysłowiowego balona, bowiem w globalnej gospodarce, której Rosja jest nadal uczestnikiem, to po prostu utopia. Natomiast eksperci, którzy od początku propagandowego szaleństwa antyimportowego pukali się w głowy, wprowadzili nowy termin – antyimportowa obrona. Mają na myśli dziwną skłonność rosyjskich producentów do zachowania międzynarodowej kooperacji za wszelką cenę. Powód jest prosty, krajowi wytwórcy nie są w stanie zapełnić luki powstałej na skutek wzajemnego embarga. Tym bardziej, że zależność w tej dziedzinie sięga od 70 proc. do 90 proc. Z badań środowiska rosyjskich przedsiębiorców wynika, że 70 proc. firm, zarówno wielkich korporacji, jak i małego i średniego biznesu nie przeżyje bez zachodniego komponentu we własnej produkcji. To nie widzimisię, tylko biznesowa kalkulacja. 30 proc. producentów, którzy spróbowali skorzystać na polityce antyimportowej, czyli kremlowskim wsparciu finansowym, zakończyło udział w programie z ujemnym zyskiem. Powód też nie jest skomplikowany – albo nie mogli znaleźć krajowego zamiennika importowanego komponentu, albo jego jakość była skandaliczna, podobnie jak cena. Skrzętnie skrywana prawda jest taka, że bez importu z Zachodu rosyjska gospodarka nie tyle zwolniła, ile po prostu staje w miejscu, bo wyłączeniu ulegają kolejne sektory. Jeszcze kręci się siłą inercji, ale coraz wolniej. Przy tym najgorsze skutki jeszcze przed nią, bowiem katastrofalnie spadł poziom inwestycji niezbędnych do modernizacji przestarzałej infrastruktury. Zjawisku towarzyszy ogromna ucieczka ludzkiego kapitału, który nie widzi przed sobą perspektyw rozwoju biznesowego oraz naukowego. Słowem, ani możliwości samorealizacji, ani normalnych warunków życia. Krach antyimportu najlepiej opisać sytuacją, w jakiej znalazł się sztandarowy sektor rolno-spożywczy. Kreml odtrąbił zwycięstwo w tej dziedzinie, udokumentowane rekordowymi plonami pszenicy i jej równie rekordowym eksportem. Problem w tym, że Rosja sprzedaje nie nadwyżki, tylko niemal całą produkcję, za to w surowej postaci. Przetwarzaniem zajmują się zagraniczni producenci, po czym Rosja importuje tę samą pszenicę w postaci mąki, kasz, makaronów, a nawet pasz dla bydła. Dlatego urodzaje nie przekładają się na wzrost rodzimego pogłowia ani antyimportową produkcję spożywczą. Identyczna sytuacja panuje w innych segmentach rolnictwa, z wyjątkiem hodowli drobiu i świń. Akurat w tym przypadku rosyjscy farmerzy mają punktowe osiągnięcia, które pokrywają zapotrzebowanie krajowego rynku. Z tym, że nie jest to wynik programów protekcjonistycznych, tylko skutek ścisłej kooperacji technologicznej z europejskimi partnerami podjętej na długo przed uruchomieniem wzajemnych sankcji. Ponadto na skutek redukcji możliwości nabywczych rosyjskich konsumentów zmienił się podstawowy koszyk żywnościowy. A mówiąc prościej, Rosjanie zaczęli jeść mniej wieprzowiny i drobiu na rzecz innych, gorszych produktów. I wreszcie, rosyjski rynek zalała fala surogatów, czyli podróbek, która również pozwoliła na triumfalne raporty medialne. Przykładem jest produkcja serów i masła, która wzrosła skokowo o kilkadziesiąt procent. To dziwne, gdyż nie wzrosła produkcja mleka i Rosja boryka się z jego niedoborami szacownymi na 12 mln ton rocznie. Sprawcą sukcesu okazał się olej palmowy koszmarnej jakości, wykorzystany w charakterze mlecznego zamiennika. Pochodzi oczywiście z importu. Miary szaleństwa protekcjonizmu dopełnia niszczenie unijnej żywności. Prawda, że sprowadzonej nielegalnie, ale za to doskonałej jakości oraz zgodnej z gustami podniebienia rosyjskiego konsumenta. Wg Rospotriebnadzoru – rosyjskiego urzędu fitosanitarnego, w latach 2015-2016 zniszczono ponad 12 tys. ton unijnej produkcji roślinnej i zwierzęcej, w tym polskie owoce, warzywa i wieprzowinę. Mimo tego kontrabanda szaleje, a ilość podmiotów zajmujących się tym procederem tylko rośnie. Ba, w Rosji pojawiła się nowa specjalizacja prawna, jaką jest poszukiwanie luk w restrykcyjnych przepisach, które umożliwiają szary import zakazanych produktów. Zresztą wszystko jest kwestią ceny, bo pokazowe wizyty ekip kremlowskiej telewizji na targowiskach dowolnego miasta Rosji wskazują, że pełna gama europejskiej żywności pozostaje ogólnie dostępna. Oczywiście dla tych, którzy mają jeszcze jakieś pieniądze. Dla tych, którzy przejedli już oszczędności, pozostają wcale nie tańsze produkty krajowe. Dlaczego? Ponieważ od chwili wprowadzenia sankcji żywność podrożała średnio o 50 proc. lub nawet więcej, w zależności od segmentu. Dlatego również 50 proc. rosyjskich rodzin przyznaje, że musi oszczędzać na jedzeniu, a kolejne 30 proc. odczuwa pogorszenie jakości żywności i skok cen. Całość bije szczególnie w najuboższych, bo największej podwyżce uległy produkty stanowiące codzienne menu, takie jak kasza gryczana, warzywa czy ziemniaki i chleb. Ceny tego ostatniego wzrosły w niektórych regionach aż o 400 proc. W tym samym czasie na Kremlu świętują z powodu kolejnego rekordowego zbioru pszenicy. Ratunkiem pozostaje powrót do gospodarki naturalnej, toteż ponad połowa Rosjan uprawia własne warzywa i owoce, a nawet hoduje drób i króliki. Jak na tym tle wygląda pomysł kartek żywnościowych?

Z powodu ogromu rosyjskiej biedy program kartek żywnościowych jest kroplą w morzu socjalnych potrzeb. Nie rozwiązuje kluczowych problemów nierówności społecznych, bo te kryją się w reformach strukturalnych gospodarki oraz w jej dywersyfikacji. Ale projekt kartkowy jest niewątpliwie rozpaczliwą próbą ożywienia wewnętrznego popytu, a więc podtrzymania słabnącego rolnictwa i przemysłu. 240 mld rubli przeznaczonych na wsparcie konsumpcji, to z pewnością szansa dla krajowych producentów żywności. Dla porównania, identyczna kwota została już przeznaczona na program antyimportowy, choć cały projekt zakłada koszty szacowane na 2,5 bln rur. Kwotę, która ze względu na deficyt budżetowy o podobnym rozmiarze jest dziś niewyobrażalna. W Rosji nie ma po prostu wolnych pieniędzy. O tym, że takie są w istocie cele kartek żywnościowych, przekonują inne projekty. Takie jak specjalna emisja narodowych obligacji, które mają na celu wygenerowanie nadzwyczajnych środków na podtrzymanie słabnącej gospodarki. Innym przykładem jest program bezpłatnego rozdawnictwa ziemi na Syberii i Dalekim Wschodzie. Tak czy inaczej konkluzja pozostaje niezmienna, jedynym ratunkiem gwarantującym odczuwalną poprawę sytuacji materialnej Rosjan jest zniesienie wzajemnego embarga żywnościowego, a w dalszej kolejności sankcji sektorowych i finansowych Zachodu. Prawdę mówiąc, Kreml już wycofuje się z własnych kontrsankcji, choć czyni to stopniowo i ukradkiem. Wiele przepisów zostało tak znowelizowanych, aby umożliwić import żywności z Bałkanów, Francji i Włoch, a najświeższym przykładem jest decyzja o ponownym dopuszczeniu na rynek wybranych producentów z Turcji. A co z Polską? Niestety i w naszym przypadku, eksport owoców, warzyw, produkcji mlecznej i mięsnej jest sprawą polityczną. Nie można jednak wykluczyć, że wobec narastającej biedy Kreml stanie szybko przed widmem niepokojów społecznych, a więc politycznej destabilizacji. Wtedy z pewnością wpuści polską żywność, kierując się potrzebą zachowania władzy przez obecne elity. To szczególnie ważna okoliczność ze względu na zbliżające się wybory prezydenckie 2018 r. Bez względu na to, czy wystartuje w nich Putin, czy wybrany przez niego figurant, Kreml będzie potrzebował poparcia Rosjan. Rozpatrując kartki żywnościowe z tego punktu widzenia, program ma więc ewidentnie cel lojalnościowy. Ma jeszcze bardziej uzależnić najbiedniejszą część społeczeństwa od oligarchicznej władzy. To ona stanowi przecież tzw. putinowską większość, która w nadziei na ochłapy z kremlowskiego stołu, wiernie głosuje na swojego idola. Problem w tym, że z powodu sankcji i rozpadającej się gospodarki, Putin ma Rosjanom niewiele do zaoferowania. Natomiast z ich strony sytuacja zmienia się radykalnie. Rosyjskie społeczeństwo ponosi coraz większe koszty awanturniczej polityki Kremla, dostając w zamian coraz mniej. Chwieje się zatem socjalny pakt zawarty przez Putina z obywatelami. Dowodzą tego sondaże, wg których ponad 80 proc. Rosjan odczuwa na sobie negatywne skutki wojny sankcji. I tylko 60 proc. jest nadal gotowych do ponoszenia kolejnych wyrzeczeń. W historii swojej prezydentury, Putin nigdy nie zlekceważył podobnych sygnałów. Dlatego choć brzmi to nieelegancko, nadzieja polskich producentów na powrót do Rosji tkwi w tempie degradacji tamtejszej gospodarki, a więc w powiększającej się biedzie naszych sąsiadów ze Wschodu.

Autor

Poprzedni artykułNa czym wyłoży się PiS
Następny artykułNacjonalizacja OFE

Najnowsze