18.6 C
Warszawa
czwartek, 6 października 2022

Nieludzkie prawo autorskie

Koniecznie przeczytaj

Kto może rościć prawo do dzieła, którego twórcą nie jest człowiek?

Obrońcy praw zwierząt z PETA (People for the Ethical Treatment of Animals – red.) pozwali właściciela aparatu fotograficznego i wydawcę albumu, w którym ukazały się zdjęcia z aparatu. Jak twierdzą prawnicy PETA, prawa autorskie do przynajmniej dwóch zdjęć należą do indonezyjskiego makaka, który nacisnął spust aparatu. Sądowa batalia wzbudziła spore zainteresowanie wśród prawników, a jej koszty rujnują fotografa.

Zdjęcie na wagę pozwu

52-letni brytyjski fotograf David Slater zdobył międzynarodową sławę za sprawą zdjęć żyjącego w indonezyjskim parku narodowym makaka. W 2011 roku małpa (nazywana potem Naruto) zabrała aparat Brytyjczyka i uruchamiając spust, zrobiła sobie samej zdjęcie (selfie). Fotograf następnie wykorzystał te zdjęcia w albumie „Wildlife Personalities”, wydanym przez amerykańskie wydawnictwo Blurb z San Francisco.

Zdjęcia stały się szybko popularne wśród internautów, którzy rozpowszechniali je, nie zwracając uwagi na prawo autorskie. Początkiem problemów fotografa stał się spór z właścicielem internetowej encyklopedii Wikipedii – Wikimedia. Wikipedia zamieściła zdjęcia na swojej stronie, oznaczając je jako nieobjęte prawem autorskim. Gdy Brytyjczyk zwrócił się do Wikipedii o to, by zapłaciła za zdjęcia lub je usunęła, otrzymał odpowiedź odmowną. Szefowie Wikipedii stwierdzili, że fotograf nie może rościć praw autorskich do zdjęcia, ponieważ to małpa nacisnęła spust aparatu.

Spór trwał, a zdjęcie makaka dalej podbijało Internet. W 2014 roku fotograf w wypowiedzi dla BBC News stwierdził, że na zaistniałej sytuacji stracił sporo pieniędzy – w pierwszym roku na zdjęciu zarobił 2 tys. funtów, ale gdy trafiło na Wikipedię, skąd było dalej rozpowszechniane bez dodatkowych opłat, zainteresowanie potencjalnych klientów wygasło.

Jednak walka z Wikipedią o prawa do zdjęcia oraz ewentualne odszkodowanie od właściciela encyklopedii szybko ściągnęły na głowę fotografa znacznie poważniejsze problemy i sam stał się „ściganym”.

Małpi pozew

W 2015 roku do sporu o prawa do zdjęć dołączyli obrońcy praw zwierząt z PETA. Aktywiści stwierdzili, że prawa autorskie przysługują małpie i to do niej powinny trafić ewentualne zyski oraz odszkodowanie. Skierowali więc pozew przeciwko fotografowi i wydawnictwu, które opublikowało jego album.

Sąd federalny w San Francisco nie podzielił stanowiska aktywistów i w pierwszej instancji wydał wyrok, w którym stwierdził, że prawa autorskie nie mogą obejmować zwierząt. Zdjęcia pozostawały jednak bez prawnego właściciela i jako takie pozostawały w obiegu.

PETA odwołała się od wyroku i sprawa trafiła do sądu apelacyjnego. Prawnicy aktywistów przekonywali, że ustawa o prawie autorskim nie mówi nic o zawężeniu definicji autora do ludzi. Co ciekawe – sąd musiał też określić, czy PETA ma odpowiednio bliskie stosunki z makakiem, by reprezentować go przed sądem, czy i ile małpa straciła na całej sytuacji oraz jaka jest wartość odszkodowania, które miałoby być przekazane indonezyjskim makakom.

Cytowany przez „Business Insider” sędzia Randy Smith miał wątpliwości, czy Naruto skorzystałby na prawie do zdjęć. Powstały również pytania, czy PETA zidentyfikowała właściwą małpę – fotograf twierdził, że makak na zdjęciu to samica, a aktywiści reprezentowali sześcioletniego samca.

– Jestem oszołomiony (…) oczywiście to ma znaczenie, czy pozywa mnie właściwa małpa – mówił w rozmowie z „The Guardian” fotograf. Jednak powodów do śmiechu raczej dużo nie ma. Jak twierdził, proces wykończył go finansowo. Nie stać go było nawet na lot do USA na ostatnie posiedzenie sądu, zadłużył się u reprezentujących go prawników i wciąż nie ma pieniędzy z rozpowszechnianych zdjęć ze swojego albumu. Fotograf wyznał, że próbował porozumieć się z PETA i wspólnie zorganizować zbiórkę na makaki, ale aktywiści pozostawali głusi na jego propozycje.

– Proces jednak toczy się dalej. PETA twierdzi, że na „autorstwo” należy spojrzeć w szerszym kontekście. Pytanie tylko, czy przyznanie praw autorskich zwierzętom nie rodziłoby zbyt poważnych konsekwencji. Bo jeśli taki Naruto może być autorem, to czemu nie miałby być np. wyborcą? – komentował sytuację prawnik Marek Krześnicki z branżowego portalu Bezprawnik.pl.

Nie tylko zwierzęta

Przypadek zastosowania prawa autorskiego w przypadku zwierząt nie jest jednak jedynym, nad którym debatują prawnicy. Na bardziej „przyziemny” problem zwróciła uwagę prawniczka Aleksandra Sewerynik z kancelarii Hasik i Partnerzy na łamach „Rzeczpospolitej”. Sprawa dotyczy utworów będących dziełem sztucznej inteligencji.

– Sztuczna muzyka opiera się na algorytmie, który wyłącza udział człowieka w procesie powstawania dzieła muzycznego. Człowiek tworzy ten algorytm oraz dostarcza mu dane, czyli próbki muzyki. Bez wątpienia autor takiego programu nabywa prawo autorskie do utworu w postaci programu komputerowego. Może zatem wytwarzać kopie nośników z oprogramowaniem i udzielać licencji na korzystanie z niego. Algorytm może znaleźć się w dowolnych rękach i być narzędziem generowania dzieł muzycznych – opisuje mec. Sewerynik.

Kto jednak ma prawo do takiego dzieła? Pojawiła się koncepcja „autorstwa pośredniego”, które wskazywałoby za autora twórcę programu – o ile użytkownik nie miał twórczego wkładu (np. nie poszerzył bazy o dodatkowe dane – utwory).

W myśl prawa brytyjskiego autorem byłaby w takiej sytuacji osoba, która stworzyła warunki umożliwiające powstanie dzieła. Beneficjentem staje się więc autor algorytmu. W Polsce jednak prawo autorskie opiera się na ideach personalistycznych – zauważa Sewerynik – dlatego korzystanie ze wzorca brytyjskiego nie jest zasadne.

– Czy nie wystarczy zatem, by prawem wyłącznym objęte były same programy komputerowe umożliwiające bezkosztowe tworzenie sztucznej muzyki? Raczej nie, ponieważ osoby, które nie zainwestowały w licencję na takie oprogramowanie, mogłyby kopiować udostępnione publicznie sztuczne dzieła i korzystać z nich za darmo. Potrzebne byłoby zatem uprawnienie do zakazywania takiego działania, które by wymuszało zainwestowanie w licencję na oprogramowanie lub w wynagrodzenie dla kompozytora. Dodatkowym problemem jest to, że takie dzieła mogą „zachowywać” się jak utwory. Na przykład, jeżeli dany artysta legalnie wygeneruje sobie piosenkę, która stanie się hitem, a inna osoba legalnie wygeneruje taką samą lub bardzo podobną i również będzie z niej korzystała, to czy nie naruszy to interesu ekonomicznego pierwszego artysty? – ocenia mec. Sewerynik na łamach „Rzeczpospolitej”.

Autor

Najnowsze