0.1 C
Warszawa
wtorek, 26 stycznia 2021

Angela Merkel w gazowej pułapce Kremla

Koniecznie przeczytaj

Zamach na Aleksieja Nawalnego ujawnił geopolityczną pułapkę Moskwy, w którą dzięki Angeli Merkel wpadła cała Europa. Broniąc gazociągu Nord Stream-2, Berlin skłócił UE i wywołał konflikt z USA. Niemiecka kanclerz najpierw odegrała rolę kukiełki Putina, a dziś nie wie, jak przeciąć gordyjski węzeł swoich błędów.

Tym lapidarnym pytaniem niemiecki magazyn „Fokus” oddał istotę politycznych dylematów, wobec których Berlin stanął dzięki własnej kanclerz. Na nic zdały się przestrogi wielu państw Unii Europejskiej na czele z Polską, upomnienia Waszyngtonu, wreszcie prośby zdesperowanej Ukrainy.

Gaz czy sankcje?

Potrzeba było zamachu na Aleksieja Nawalnego, żeby Angela Merkel forsująca gazową współpracę z Rosją, dostrzegła, że zapędziła Niemcy i całą Europę w geopolityczną pułapkę Putina. Wielu ekspertów zastanawia się, dlaczego rosyjski dyktator wydał rozkaz ataku terrorystycznego na opozycjonistę akurat teraz. Oczywiście, jak to w polityce Kremla, splata się ze sobą wiele celów. Natomiast wielce wymowna jest zakłopotana reakcja Berlina w sprawie wzmocnienia rosyjskich sankcji. Bez żadnych wątpliwości można bowiem stwierdzić, że jednym z głównych powodów otrucia Nawalnego było postawienie Niemiec, a wraz z nimi Europy przed wyborem: dostawy rosyjskiego gazu czy obrona demokratycznych wartości? Widocznie Putin uznał, że czas już skonsumować płody wieloletniej gry operacyjnej o kryptonimie „Nord Stream-2”, która dziś ujawniła międzynarodową słabość Berlina. Ot, po prostu kolejny nokaut w wojnie hybrydowej, który Unia Europejska zaliczyła na własne życzenie słuchając Merkel.

Ale to na marginesie, bo sytuacja kanclerz jest godna pożałowania. Cytując opinię „Fokusa”: „Z jednej strony Merkel, za nic w świecie nie chce zaryzykować losami gazociągu Nord Steam-2”. Z drugiej strony, akt bezkarnego mordowania ludzi tylko rozzuchwali Putina”. Najgorsze zaś jest to, co niemiecki tytuł wybija między wierszami, że Merkel wyjdzie na przysłowiowego „głupka”. Ni mniej, ni więcej będzie musiała przyznać rację Donaldowi Trumpowi. A co gorsza Polsce. Prezydent USA od dawna pyta Berlin, na jakich zasadach właściwie opiera się sojusz niemiecko-amerykański, dzięki któremu wschodnich i zachodnich landów nie rozjeżdżają jeszcze rosyjskie czołgi? Jak to jest, że importując rosyjski gaz, Niemcy fundują Putinowi miliardowe wpływy budżetowe, dzięki którym wciąż rządzi. Z drugiej strony USA łożą miliardy dolarów na obronę tychże Niemiec przed Rosją. Nic dziwnego, że po otruciu rosyjskiego opozycjonisty Waszyngton po raz kolejny zaapelował do Berlina, aby zaprzestał gazowej współpracy z Moskwą, zaczynając od przerwania budowy rurociągu Nord Steram-2. Do tego samego zdążyli wezwać kanclerz Mateusz Morawiecki, duńska premier Mette Frederiksen oraz przywódcy Litwy, Łotwy, Estonii i Słowacji, ale jak powiedział Donald Trump, taka decyzja jest wątpliwa, bowiem „energetyczna pozycja Niemiec jest bardzo słaba”. Kreując unijną gospodarkę na ekologicznie neutralną, Berlin likwiduje górnictwo węglowe i energetykę jądrową równocześnie. Oczywiście to godne pochwały, ale nie w przypadku niestabilnego partnera, którym jest Rosja. Jak się okazuje Moskwa realizuje niemieckimi rękami zupełnie inne cele.

Strategia energetycznego uzależnienia Europy od surowca Gazpromu staje się faktem. W połączeniu z syryjską destabilizacją południowego sąsiedztwa oraz zagrożeniem wschodniej flanki Putin szachuje Unię energetycznie, migracyjnie oraz militarnie. Skutek definiuje „Fokus”: „Po zamachu na Aleksieja Nawalnego Berlin i Bruksela nie mają silnych argumentów wzmacniających sankcje nałożone na Rosję po aneksji ukraińskiego Krymu”. Jako żywo sytuacja przypomina szkolne boisko. Górą jest zawsze największy łobuz ponieważ rozsądni uczniowie nie pójdą na ryzyko bijatyki. Gdybyż jednak chodziło tylko o losy niemieckiej gospodarki zasilanej rosyjskim gazem. Choć i w tym przypadku krach energetyczny natychmiast odbiłby się na całej strefie euro. Ba, załamanie gospodarcze Niemiec silnie uderzyłoby w polski, a szerzej wyszehradzki biznes. Obroty handlowe Grupy V-4 z Niemcami docierają właśnie do pułapu wymiany niemiecko-chińskiej i niemiecko-amerykańskiej. Co gorsza, pułapka zastawiona przez Putina ma wymiar polityczny i strategiczny. „Żadna z europejskich stolic nie protestowała przeciwko budowie obu nitek Nord Stream tak mocno jak Warszawa. Po skandalu, który wywołało otrucie Nawalnego, Polska ma nadzieję na zmianę kursu przez Berlin i wstrzymanie krytykowanej inwestycji”. Tak tygodnik „Der Spiegel” ocenia następstwa rosyjskiego terroryzmu państwowego.

Czy aby z sensem? Niestety nie, bo komentarz niemieckiego tytułu to odwracanie kota ogonem. Nie Polska jest winna temu, że Merkel dała się wciągnąć Putinowi w gazową pułapkę. Wręcz przeciwnie, to z Warszawy płynęły pod adresem Berlina stałe ostrzeżenia. To nie Polska wciągnęła w kremlowską grę operacyjną całą Europę. To przecież Niemcy zmanipulowały Unię przeciwko Stanom Zjednoczonym. Gdy w styczniu tego roku prezydent Trump wprowadził sankcje wobec gazociągu NS-2 w Berlinie zawrzało. Oburzenie z powodu eksterytorialnych retorsji USA nie miało granic. W połączeniu z wycofaniem części amerykańskiego kontyngentu wojskowego z RFN sankcje gazowe wprawiły Merkel w histerię. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Berlin natychmiast przystąpił do montowania antyamerykańskiej koalicji w Europie. Najpierw włączył we front sprzeciwu Austrię, Francję, Holandię i Włochy. A to z prostego powodu, tamtejsze koncerny surowcowe są udziałowcami gazowego projektu.

Następnie Berlin wykorzystał fakt przewodnictwa w Unii Europejskiej, negocjacji nad kolejną perspektywą budżetową oraz prace dotyczące zasad przyznania unijnej pomocy gospodarczej po epidemicznym lockdownie. W sierpniu kilkanaście, a według niemieckich mediów większość państw UE wystosowało do Białego Domu wspólny protest dyplomatyczny. W uzasadnieniu czytamy, że Waszyngton naruszył „suwerenności UE”. Mówiąc wprost, gazowa koalicja pod przewodnictwem Niemiec uznała amerykańskie sankcje za nieuzasadnioną jeśli nie wrogą ingerencję w wewnętrzne sprawy Europy. Kropkę nad „i” postawiła wizyta niemieckiego ministra spraw zagranicznych w Moskwie. Heiko Maas wyjechał do kraju z niemiecko-rosyjską deklaracją „mówienia w sprawie gazociągu NS-2 wspólnym głosem”. Będąc w Moskwie popełnił gruby nietakt dyplomatyczny. Ze stolicy państwa po trzykroć zagrażającego Europie, skrytykował ostro jedynego sojusznika broniącego UE przed Rosją.

Dodał także, że „Niemcy są państwem energetycznie suwerennym i to Berlin będzie decydował o wyborze surowcowych partnerów”. Czy już wtedy Putin otwierał szampana? Rosyjska dyplomacja, a jeszcze bardziej służby specjalne znane są z planowania kilku ruchów do przodu. W każdym razie Aleksiej Nawalny nie wiedział z pewnością, jaką rolę przyjdzie mu odegrać w kremlowskim spektaklu. Jeszcze 2 września podczas „gospodarskiej wizyty” w Meklemburgii-Pomorzu Wschodnim Merkel deklarowała: „Nasze stanowisko w sprawie gazociągu pozostaje niezmienne. Berlin dołoży wszelkich starań, aby dokończyć inwestycję”.

Dziś po zamachu na rosyjskiego opozycjonistę wypada się zapytać, co myślą o sobie zarówno Heiko Maas jak i pani kanclerz? Buńczuczne oświadczenia, miesiące dyplomatycznych negocjacji, subtelne mechanizmy koalicyjne. Dosłownie wszystko przekreślił miligram bojowego środka chemicznego Nowiczok wlany do herbaty, którą Nawalny wypił na syberyjskim lotnisku. Niemcy wraz z całą Unią Europejską okazały się kompletnie niesuwerenne wobec Moskwy, a nie Waszyngtonu. To Kreml brutalnie ingeruje w bezpieczeństwo Europy. W żadnym razie nie Biały Dom. Groźba zakręcenia kurka z rosyjskim gazem wykazała krańcowe uzależnienie niemieckiej gospodarki od Putina. Tylko dlatego, że z uporem godnym maniaka Angela Merkel blokuje projektem NS-2 rzeczywistą dywersyfikację źródeł energii i szlaków dostaw. Swoją drogą pani kanclerz, jak nikt dotąd, przyłożyła się do wewnątrzniemieckich podziałów, które destabilizują scenę polityczną RFN. I najważniejsze, hamletyzowanie Merkel, czyli dylemat: sankcje wobec Putina czy gaz nie mają kompletnie uzasadnienia ekonomicznego. Chodzi zatem o kalkulację polityczną, która jest podyktowana następującymi kwestiami. Po pierwsze chodzi o miejsce, jakie Angela Merkel zajmie w berlińskim panteonie historycznych osobowości. Po drugie i ważniejsze, czy na skutek jej naiwnej wiary w partnerstwo z „demokratą” Putinem chrześcijańska demokracja, a szerzej rządząca koalicja CDU/CSU/ SPD utrzyma władzę po przyszłorocznych wyborach? Oczywiście w grę wchodzi także przyszłość niemieckiej wizji Unii Europejskiej i miejsce samych Niemiec na arenie międzynarodowej. Zresztą oba aspekty zależą od siebie wzajemnie.

Merkel w pułapce

Amerykański „National Review” nazywa postawę Merkel hipokryzją. Trudno nazwać inaczej ingerencję w interesy bezpieczeństwa polskiego sojusznika. Na miano zdrady Ukrainy zasługuje gazowy pakt Maas-Ławrow. Równie wielką hipokryzją jest nazywanie gazociągu NS-2 „na wskroś komercyjnym projektem pozbawionym politycznego kontekstu”. Oczywiście opinię amerykańskiego tytułu można nazwać subiektywną. Berlin i Moskwa jednym głosem zarzucają USA, że wprowadzanie sankcji wobec gazociągu to nic innego, tylko protekcjonizm gospodarczy mający na celu zastąpienie rosyjskiego surowca amerykańskim koncentratem. Co innego jeśli autorem ocen krytycznych dla Merkel jest były wicekanclerz i minister spraw zagranicznych Niemiec. Joschka Fisher, zapytany przez portal WirtschaftsWoche Heute o komercyjne podłoże gazociągu, roześmiał się dziennikarzowi w twarz.

„Niech Pan będzie poważny, przecież to bzdura! Nord Stream-2 od początku był projektem strategicznym. Nigdy nie słyszałem od Rosjan ani jednego argumentu ekonomicznego. Chodzi tylko i wyłącznie o wyeliminowanie Ukrainy z tranzytu gazu do Europy”. Zatem, jak ocenił były szef niemieckiej dyplomacji: „Rząd Merkel wspierając Moskwę popełnił strategiczny błąd, nie zważając na aktywny sprzeciw wewnątrz Unii Europejskiej”. Jak dodał: „Teraz zbieramy owoce, bo gospodarcze i polityczne straty dla Europy są kolosalne”. Zdaniem Fishera jedynym wyjściem z sytuacji jest nie tylko wycofanie Niemiec z budowy gazociągu, ale wypracowanie nowego stanowiska energetycznego całej UE. „Tyle że Berlin powinien konsultować swój każdy krok z partnerami w Unii i NATO w ramach jednolitej strategii europejskiej wobec Rosji”.

„Musimy wreszcie działać przekonująco, żeby Putin zrozumiał nasz gazowy język”, apeluje były wicekanclerz. Fisher przypomniał także, że jedną z wymiernych strat jest „polityczne oddalenie Niemiec od Polski”. Niestety. Stanowisko dyplomaty prezentujące zdrowe podejście, to tylko fragment całego spektrum poglądów niemieckiej sceny politycznej na gazową współpracę z Rosją. Drugim biegunem są „pożyteczni idioci” Kremla zasiadający w Bundestagu. Chodzi zarówno o prawicową „Alternatywę dla Niemiec”, jak i postkomunistów z „Lewicy”. Oba ugrupowania mają kompletnie odmienne platformy światopoglądowe, łączy je za to bałwochwalczy stosunek do Rosji, importu paliwa Gazpromu oraz rzecz jasna do Putina. Próbką zgodności w tej kwestii jest odpowiedź polityka AfD w sprawie Nawalnego. Deputowany Hansjörg Müller o otrucie opozycjonisty oskarżył USA, które w ten sposób chcą zatrzymać tak potrzebną Niemcom inwestycję energetyczną. Jego postkomunistyczny kolega z ław Bundestagu oskarżył o to samo niemieckich lekarzy. Gregor Gysi zażądał powołania niezależnej komisji medycznej, bowiem klinika Charite lecząca Nawalnego nieobiektywnie informuje o stanie zdrowia pacjenta. Co tam skrajna prawica i lewica, skoro zgodności na temat przyszłości relacji z Rosją, a więc w sprawie budowy NS-2 nie ma w rządzie Angeli Merkel. W CDU są zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy sankcji, natomiast bawarskie CSU to wielkie lobby na rzecz kontynuacji projektu. Z kolei SPD krytykuje łamanie praw człowieka, ale chce złagodzenia unijnych retorsji wobec Moskwy. Jeszcze silniejsze podziały mają miejsce w landach. Wschodnie ziemie, a więc byłe NRD stoją murem za Putinem. Wiele firm utrzymuje się z rosyjskiego rynku. Wszystko razem nie tyle uniemożliwia Merkel podjęcie stanowczej decyzji, co daje możliwość prowadzenia polityki uników. A przecież kanclerz od kilku lat stosuje wobec Putina strusią strategię chowania głowy w piasek.

Hakerski atak rosyjskich służb specjalnych na Bundestag, śmierć czeczeńskiego opozycjonisty zastrzelonego w Berlinie przez te same służby, wreszcie zamach na Aleksieja Nawalnego, a wcześniej zabójstwo Borysa Niemcowa. Oczywiście trzeba wpisać na listę Siergieja Skripala. Jeśli Berlin pretenduje do miana unijnego lidera, musi brać na siebie inicjatywę reagowania na kremlowskie zbrodnie w całej Europie i na świecie. Tymczasem „monachijska” polityka Merkel polegająca na „obłaskawianiu agresywnego Putina” przynosi odwrotne rezultaty, rozzuchwalając siepaczy Kremla. Europa czeka na zdecydowaną reakcję Berlina. Tymczasem kanclerz zasłania się stratami niemieckich firm zaangażowanych w budowę gazociągu oraz skutkami gospodarczymi wynikającymi z możliwego odwetu Moskwy po zaostrzeniu unijnych retorsji. Bzdura, demaskują Merkel niemieccy ekonomiści. Ich najnowsze szacunki wskazują, że nałożenie sankcji na Rosję nie uderzy w niemiecką gospodarkę. „Produkcja, handel i finanse w minimalnym stopniu odczują nałożenie sankcji na Rosję z powodu zamachu na Aleksieja Nawalnego”. Taką opinię przedstawili eksperci Instytutu Badań Ekonomicznych (IWH) w Halle. Z analizy IWH wynika, że niemiecki eksport do Rosji obniżył się do poziomu jednocyfrowego. Dlatego wymiana handlowa z Moskwą nie jest już tak ważna dla Berlina. „Oczywiście kolejne zaostrzenie sankcji będzie niosło pewne skutki negatywne, ale z makroekonomicznego punktu widzenia to bez znaczenia”, powiedział Oliver Holtemöller z Instytutu w Halle.

Jak podkreślił, znacznie ważniejsze dla biznesu są następstwa koronawirusa i brexitu. Nie należy się zatem bać skutków reakcji ekonomicznej Kremla w odwecie za nałożenie przez Berlin nowych sankcji. Nawet biznesowa gazeta „Handelsblatt”, która ostro lobbuje interesy Komitetu Wschodniego Niemieckiej Gospodarki, przyznaje rację takim szacunkom. Zdaniem wpływowego dziennika straty wynikną z zaawansowania budowy gazociągu NS-2. Do zakończenia inwestycji pozostał odcinek 160 km rur na dnie morskim. Fragment lądowy na terytorium niemieckim jest już gotowy od dawna. Dlatego straty, jeśli powstaną, pójdą w oczach wyborców na konto Merkel oraz koalicji CDU/CSU/SPD. Mogą sięgnąć 8,5 mld euro, czyli szacowanych początkowo kosztów NS-2. Co gorsza, jak trafnie zauważył portal „Politico”, w przypadku roszczeń odszkodowawczych Konsorcjum AG odpowiedzialnego za inwestycję, „Niemcy w pojedynkę nic nie zdziałają”. Tym bardziej, że w celu obejścia amerykańskich sankcji niemiecki biznes wykorzystał kruczki prawne, które dziś zamieniły się „bicz boży” na Merkel. Zachodnie podmioty wycofały się formalnie ze struktury wykonawczej, nie zaprzestając finansowania gazociągu. Tyle, że dziś konsorcjum AG z siedzibą w Szwajcarii to rosyjski Gazprom. A Gazprom to Kreml, który wykorzystuje koncern do uprawiania polityki.

Dlatego Niemcom będzie potrzebna współpraca z Brukselą i państwami członkowskimi. „Berlin nie zdoła zablokować budowy nie łamiąc ustawodawstwa unijnego”. Zatem bez decyzji politycznej całej Unii prawnicy Gazpromu zażądają od Niemiec nie tylko 8,5 mld euro. Rzucą na stół bajońskie sumy za utratę spodziewanych zysków, na które rosyjski budżet liczył przez dziesięciolecia.

Najnowsze

Weterani murem za Trumpem

Kryptoofensywa rządów

Czas płonących stosów