2.2 C
Warszawa
wtorek, 6 grudnia 2022
Advertisement

Koniec problemu z frankowiczami?

Koniecznie przeczytaj

Jeszcze nieco ponad rok temu problem frankowiczów przedstawiał się jako jedno z największych wyzwań stojących przed „dobrą zmianą”. Dziś temat kredytów we frankach praktycznie nie istnieje.

Kondycja światowej gospodarki jest obecnie jednym z głównych sprzymierzeńców rządu Prawa i Sprawiedliwości. Po pamiętnym kryzysie, który wybuchł w 2008 roku i przeciągnął się w krajach strefy euro aż do 2012 roku, w ostatnich latach koniunktura znów dopisuje. PKB eurolandu wzrósł w ubiegłym roku o ok. 2,2 proc., co stanowi bardzo dobry wynik jak na europejskie warunki, a powiązana silnie z zachodnimi rynkami gospodarka Polski oraz innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej odnotowuje wzrosty na poziomie 3–4 proc. Jak świat szeroki, na razie nie widać objawów mającego nadejść kolejnego kryzysu, dlatego polska waluta w ostatnich miesiącach odrobiła spore zaległości wobec szwajcarskiego franka i od końca 2016 roku sytuacja wraca do normy, która dla tysięcy zadłużonych w tej walucie oznacza kurs poniżej 3,5 zł. Kurs spadkowy franka wobec złotówki sprawia, że właściwie już dziś mamy do czynienia z sytuacją z lat poprzedzających pamiętny „czary czwartek”, czyli 15 stycznia 2015 roku, kiedy to polscy kredytobiorcy mogli liczyć na stabilny kurs oraz stabilne raty.

Korekta wysokiego kursu franka przyszła w idealnym dla Prawa i Sprawiedliwości momencie, gdyż po roku rządów rząd i prezydent byli w stanie urządzić jedynie spektakl polegający na wzajemnym zrzucaniu na siebie ciężaru podjęcia się problemu pomocy frankowiczom. Trwające w nieskończoność targi pomiędzy bankami, państwem a zadłużonymi, coraz bardziej komplikowały sytuację, a niezadowolenie tysięcy osób mogło znacząco zaszkodzić wynikom w sondażach.

Gęstniejącą atmosferę rozrzedzili ostatecznie nie politycy, tylko wycena franka. Co prawda w Sejmie wciąż trwają prace nad odpowiednimi ustawami, ale w ostatnich miesiącach nie poczyniono praktycznie żadnego postępu. Obserwując zmiany na rynkach walutowych, politycy stracili wszelką determinację do tego, aby rozwiązać problem, który wcale nie wydaje się ostatecznie rozwiązany.

Premier na czas kryzysu

Po odwołaniu Beaty Szydło ze stanowiska prezesa Rady Ministrów i zastąpieniu jej przez dotychczasowego ministra

finansów, Mateusza Morawieckiego, pojawiły się głosy, że zmiana ta została podyktowana m.in. nadchodzącym kryzysem gospodarczym. Interpretacja nie ma raczej większego pokrycia w rzeczywistości, lecz niewykluczone, że „gospodarczy wizjoner” Prawa i Sprawiedliwości będzie się musiał zmierzyć w kolejnych latach z gospodarczymi zawirowaniami.

Obecna tendencja spadkowa kursu franka w stosunku do złotówki to dla Polaków bardzo pozytywna wiadomość, lecz nie ma się co łudzić, że tego rodzaju trend będzie trwał wiecznie. Tym bardziej że najważniejsze instytucje finansowe świata wciąż nie odrobiły lekcji z kryzysu i stosują środki, które do niego doprowadziły. Program luzowania ilościowego w strefie euro zaordynowany w marcu 2015 roku przez Europejski Bank Centralny doprowadził do wpompowania w unijną gospodarkę aż 3 bilionów euro. W analogiczny sposób władze amerykańskiej Rezerwy Federalnej zwiększają bazę monetarną w sposób właściwie nieprzerwanie od marca 2008 roku. Oznacza to, że wcześniej czy później równowaga globalnego systemu finansowego i walutowego zostanie zachwiana, a uchodząca od dziesiątek lat za „bezpieczną przystań” Szwajcaria ponownie podejmie próby przeciwdziałania nadmiernemu wykorzystywaniu jej w tej roli. Zerwanie ze sztywnym kursem franka wobec euro w 2015 wynikało wszak przede wszystkim z tego, że Szwajcarzy obawiali się, iż wobec nadmiernego napływu środków z zagranicy, ich waluta i gospodarka stracą na konkurencyjności.

Obecna sytuacja jest bardzo wygodna dla rządu, jednakże poleganie wyłącznie na korzystnej globalnej koniunkturze nie świadczy o dalekowzroczności. To dobrze, że niektóre czynniki w gospodarce układają się w sposób pomyślny i wypada się z tego cieszyć, lecz cechą współczesnego świata finansów jest przede wszystkim niestabilność i nieprzewidywalność. Innymi słowy, kurs franka może tak naprawdę odbić w górę w najmniej pożądanym przez rząd momencie. Może, lecz nie musi – i właśnie na to liczy najprawdopodobniej „dobra zmiana”.

Politycy opozycji zarzucają rządowi, że obecne wyniki gospodarcze nie stanowią wcale jego zasługi, lecz wynikają z wielu sprzyjających okoliczności w światowej gospodarce. Częściowo jest to prawdą, niemniej jednak PiS nie można także winić za to, że przyszło mu rządzić w okresie lepszej koniunktury.

Bierność nie pomoże

Samo podejście do kwestii frankowiczów pokazuje jednak pewną krótkowzroczność „dobrej zmiany” w zakresie rozwiązywania najbardziej palących problemów. Jeżeli sytuacja w światowej gospodarce sprzyja Polsce, to miarą sukcesu nie może i nie powinno być zadowalanie się tym, co stało się niejako samo przez się. Zapytana kiedyś przez dziennikarzy o przyczynę korzystnej sytuacji w gospodarce była premier Beata Szydło odpowiedziała: „wystarczy nie kraść”. W takim kraju jak Polska, w którym od lat zaniedbywane są podstawowe reformy, tego typu podejście jest niewystarczające. Okres pokryzysowy powinien zostać wykorzystany do podjęcia koniecznych, choć niepopularnych zmian, gdyż dobra koniunktura pozwala zniwelować niezadowolenie społeczeństwa.

W przypadku problemu frankowiczów obecna sytuacja powinna posłużyć do tego, aby wypracowany został odpowiedni kompromis pozwalający na przewalutowanie kredytów lub stworzenie odpowiednich mechanizmów prawnych dla osób zmanipulowanych przez banki. Obecnie mamy bowiem do czynienia z sytuacją absurdalną: grające od dwóch lat na zwłokę Prawo i Sprawiedliwość ustami prezesa Kaczyńskiego zrezygnowało z pomocy publicznej i poleciło obywatelom dochodzić swoich racji przed wymiarem sprawiedliwości, który jednocześnie jest uznawany przez rządzących za skrajnie skorumpowany i wymagający gruntownej reformy. Jeśli rząd traktuje sądy jako niesprawiedliwe, to dlaczego zrzuca na nie obowiązek rozwiązania tak istotnej kwestii?

Teraz inicjatywa w zakresie uregulowania statusu pomocy dla frankowiczów jest po stronie prezydenta. To on jako pierwszy zobowiązał się do udzielenia pomocy i dlatego jego prawnicy przedstawiają wciąż nowe propozycje zmian. Alternatywne projekty ustaw przedstawiły także Kukiz’15 i Platforma Obywatelska. Żaden z nich nie ma jednak większych szans na przyjęcie przez Sejm.

Od czasu powierzenia Mateuszowi Morawieckiemu funkcji prezesa Rady Ministrów „kwestia frankowa” uzyskała dodatkowy smaczek. Otóż obecny premier w czasach największego popytu na kredyty udzielane w szwajcarskiej walucie pełnił funkcję prezesa zarządu Banku Zachodniego WBK i wedle doniesień „Newsweeka” to właśnie on miał zmienić politykę banku, który od tego czasu zaangażował się w kredyty we frankach. Na dodatek sam zaciągnął kredyt na zbudowanie drogiego domu w Warszawie.

Jako ekspert od bankowości Morawiecki bez wątpienia miał świadomość tego, jakie ryzyko noszą ze sobą tego typu zobowiązania finansowe dla zwykłych ludzi, lecz jako późniejszy minister rozwoju i finansów miał nieustannie blokować obciążanie sektora bankowego kosztami przewalutowania kredytów. Solidarność z własnym środowiskiem zawodowym nie pozwoli mu zapewne na zbyt śmiałe kroki także w obecnej sytuacji, gdy rządzi całą Polską.

Autor

Poprzedni artykułMat Zuckerberga
Następny artykułW oczekiwaniu na Talleyranda

Najnowsze