19.4 C
Warszawa
niedziela, 26 czerwca 2022

Być jak Aleksander Kwaśniewski

Koniecznie przeczytaj

W co gra i na co liczy prezydent Andrzej Duda?

Prezydent Andrzej Duda ma coraz więcej wrogów w obozie „dobrej zmiany”. Wpływowi politycy PiS (m.in. Marek Suski) publicznie zadeklarowali, że stracił ich poparcie. Coraz głośniej mówi się, że Duda nie będzie kandydatem PiS w wyborach prezydenckich w 2020 r. Suski, szara eminencja PiS, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Jarosława Kaczyńskiego porównał Dudę do Lecha Wałęsy. A to w obozie PiS jedna z najgorszych obelg. Raczej trudno sobie wyobrazić, aby Suski uczynił ten despekt bez zgody prezesa Kaczyńskiego. Tymczasem Duda bardziej niż Wałęsę przypomina w swoich działaniach Aleksandra Kwaśniewskiego.

Ostatnie weto zgłosił zapewne nie z powodu wątpliwości prawnych, ale sondaży, które wskazywał, że większość obywateli nie chce tzw. ustawy degradacyjnej. Polacy nie lubią agresywnych prezydentów i nagradzają tych, którzy są koncyliacyjni. Kwaśniewski utracił w czasie 10 lat prezydentury rząd dusz w SLD, ale przez okres prezydentury popierała go większość Polaków. Gdyby nie afery na końcu drugiej kadencji, to siła sentymentu do Kwaśniewskiego mogła sprawić, iż na fotelu prezydenta zastąpiłaby go żona Jolanta (badania opinii wskazywały, że Polakom taka dynastia się podoba). Duda chce po prostu być jak Aleksander Kwaśniewski. Na razie ta taktyka się sprawdza, bo im słabszy PiS, tym silniejszy prezydent.

Weto w Wielki Piątek

30 marca prezydent Andrzej Duda zawetował tzw. ustawę degradacyjną, która pozbawiała stopni wojskowych członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON) i dawała możliwość pozbawiania stopni osób i żołnierzy rezerwy, którzy w latach 1943–1990 swoją postawą „sprzeniewierzyli się polskiej racji stanu”. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej prezydent podkreślił, że długo zastanawiał się nad tą ustawą i ma wobec niej wiele wątpliwości. Dlatego podjął decyzję o jej zawetowaniu. Jest jednak gotowy do rozmów na jej temat, zarówno z szefem resortu obrony narodowej, jak i zainteresowanymi organizacjami kombatanckimi. Liczy również, że uda się w ten sposób wypracować nowy kształt tej ustawy. Nie ma bowiem wątpliwości, że powinna ona wejść w życie. W ocenie Dudy ustawa, pozbawiając stopni z mocy samego prawa, nie wprowadza trybu odwoławczego, a to jest konieczne.

Prezydent był również przeciwny pozbawieniu stopni wszystkich członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON). Choćby generała Mirosława Hermaszewskiego, kosmonauty, który został członkiem WRON na rozkaz przełożonych. Prezydent wyraził także wątpliwości wobec przepisów odbierających stopień wojskowy osobom nieżyjącym, „nie można bowiem w Polsce przywracać sprawiedliwości, jednocześnie wprowadzając niesprawiedliwe rozwiązania”. Stwierdził także, że zawetowanie ustawy degradacyjnej nie było łatwą decyzją, wyraził jednak przekonanie, że uda się ją poprawić i szybko przeprowadzić w parlamencie. Będzie wtedy miała dla polskiego wojska wymiar prawdziwie symboliczny. Zamykający niejako okres rozliczania z komunistyczną przeszłością.

Przerzucanie odpowiedzialności

Wprawdzie święta zamroziły polityczne emocje związane z decyzją prezydenta, ale zaraz po nich dały o sobie znać. Głównie dlatego, że dla żelaznego elektoratu PiS decyzja Dudy była fatalna, została wręcz odebrana jako „sprzeniewierzenie się polskiej racji stanu”. Duda i jego ministrowie usiłowali tłumaczyć się przed wyborcami PiS, sugerując, że o wątpliwościach w sprawie ustawy degradacyjnej i możliwości jej zawetowania informowali już wcześniej kierownictwo partii. Z kolei druga strona obstawała przy tym, że prezydent nic nie mówił o swoich planach. Zresztą jeszcze zanim ogłosił swoją decyzję, prezes PiS uznał sprawę ustawy degradacyjnej za zamkniętą.

To oznacza, że trudno będzie wypracować obu stronom wspólny projekt, nawet przy założeniu, że własne propozycje zgłosi prezydent. Zawetowanie kolejnej ustawy PiS i to takiej, która miała symbolizować rozliczanie się z komunistyczną przeszłością, wydaje się ostatecznie przesądzać relacje prezydenta z partią Jarosława Kaczyńskiego. Będą one coraz bardziej oziębłe, jeśli nie staną się wręcz otwarcie wrogie.

Nie były zresztą dobre już od dawna. Głownie dlatego, że Andrzej Duda w ubiegłym roku zawetował ustawę o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. Już wtedy można było mówić o początku rozchodzenia się politycznych dróg Dudy i PiS. W partii Jarosława Kaczyńskiego, zwłaszcza w otoczeniu Zbigniewa Ziobry, padały głosy mówiące o zdradzie prezydenta. Wielkim wrogiem Dudy był również wiceprezes PiS Antoni Macierewicz, wówczas szef MON. Jawnie okazywana przez Macierewicza dezaprobata nie pomagała głowie państwa w relacjach z macierzystą partią. Sam Kaczyński wiele razy też dawał prezydentowi do zrozumienia, że może pożegnać się z Pałacem Prezydenckim, jeśli przestanie spełniać jego polityczne oczekiwania. Weto w sprawie ustawy degradacyjnej miało zirytować prezesa do tego stopnia, że wykreślił ostatecznie Dudę ze swoich politycznych planów.

Wyborcze szanse

Nieoficjalnie można usłyszeć wśród polityków PiS, że Andrzej Duda nie otrzyma poparcia partii w zbliżających się wyborach prezydenckich. Nie wiadomo tylko, kogo partia Jarosława Kaczyńskiego wystawi jako swojego kandydata. Pojawiają się plotki, że może nim być Beata Szydło. Inne z pogłoski głoszą, że może to być premier Mateusz Morawiecki. W jego przypadku jest tylko jeden problem. O ile kandydaturę Szydło zaakceptowałby partyjny establishment, o tyle w przypadku Morawieckiego byłby z tym spory kłopot. Morawiecki nie jest bowiem związany z PiS i w szeregach partii Kaczyńskiego istnieją spore obawy, że mógłby on pójść dość szybko własną polityczną drogą, podobnie jak obecny prezydent.

Krążą też słuchy, że prezydentura jest celem byłego szefa MON Antoniego Macierewicza. Wystawienie jako kandydata partii w wyborach prezydenckich w roku 2020 byłoby uwieńczeniem jego długiej i bogatej kariery politycznej. Nie od dzisiaj wiadomo, że były szef MON marzył o tym już od wielu lat. Tyle tylko, że dzisiaj jest to mało realne. Nie jest bowiem wykluczone, że zajmie się za jakiś czas tworzeniem własnej partii. W każdym razie to z tymi politykami mógłby mierzyć się w kolejnych wyborach prezydenckich Andrzej Duda.

Wiele wskazuje także, że znajdzie się wśród nich także Donald Tusk, dla którego prezydentura byłaby uwieńczeniem politycznej kariery. Kto mógłby poprzeć Andrzeja Dudę w wyborach prezydenckich w 2020 r.? PiS należy już wyłączyć z grona potencjalnych zwolenników reelekcji Dudy. Na pewno nie wesprze urzędującego prezydenta PO, która postawi na Tuska. Obecny prezydent nie zyska również poparcia Nowoczesnej, PSL i rosnącego w siłę SLD. W przypadku dawnej partii Petru na przeszkodzie staną nie tylko kwestie programowe, ale ideowa przepaść pomiędzy tą partią a obecnym prezydentem.

Z kolei ludowcy zapewne będą lansowali kandydaturę któregoś ze swoich polityków. Na Dudę nie postawi również SLD, co wydaje się oczywiste. Tak naprawdę jedynym liczącym się ugrupowaniem politycznym, na którego poparcie mógłby liczyć Andrzej Duda, jest Kukiz’15. Jednak tylko teoretycznie, bo partia Pawła Kukiza jest zbyt zróżnicowana i niespójna, aby mogła łatwo zdecydować się na poparcie kogokolwiek w wyborach prezydenckich. Zwykły rozsądek nakazywałby więc nie budować wyborczych planów na poparciu tego ugrupowania.

Przez pewien czas Duda mógł liczyć na sympatię NSZZ „Solidarność”. Było nawet tak, że szef „Solidarności” Piotr Duda reprezentował głowę państwa w czasie niektórych uroczystości rocznicowych. To już raczej przeszłość. Związkowcy są wściekli na za zawetowanie ustawy degradacyjnej. W ich ocenie prezydent sprzeciwił się „dziejowej sprawiedliwości”, jaką dla niech jest pozbawienie stopni oficerskich członków WRON. Na pierwszy rzut oka, sytuacja Dudy nie wygląda wiec szczególnie dobrze. Wyborów prezydenckich nie wygrywają jednak jedynie partie polityczne i ich kandydaci. Sukces zależy bowiem od samych Polaków, najczęściej tych, którzy nie mają jasno sprecyzowanych sympatii politycznych. To ich trzeba do siebie przekonać. Z tej perspektywy Andrzej Duda nie wydaje się całkowicie pozbawiony szans na ponowne zwycięstwo w wyborach i kolejne pięć lat w Pałacu Prezydenckim.

Zwycięstwo lub polityczna emerytura

Andrzej Duda nie jest może wybitnym politykiem, ale pokazał już w przeszłości, że potrafi być niezwykle skuteczny. Gdy 11 listopada 2014 r. prezes Jarosława Kaczyński wskazał na ówczesnego europosła, jako „kandydata polskich patriotów” w „wielkiej grze o Polskę”, jak miała się odbyć za kilka miesięcy, niewielu Polaków wierzyło, że będzie on kolejnym prezydentem. Mówiono nawet, że skoro sam Kaczyński nie wystartuje, to PiS musi po prostu kogoś wystawić. Dlatego prezes miał postanowić o kandydaturze Andrzeja Dudy, byłego ministra kancelarii jego brata i europosła, ale polityka bez znaczenia, słabo rozpoznawalnego przez Polaków.

Jak wykazywały wówczas badania CBOS-u, aż dwie trzecie Polaków nie wiedziało, kim jest Andrzej Duda, albo myliło jego osobę z szefem „Solidarności” Piotrem Dudą. Gdy ruszyła kampania wyborcza, poparcie dla kandydata PiS sięgało zaledwie 17 proc., dla Bronisława Komorowskiego osiągało zaś 63 proc. Jednak ta nokautująca przewaga wcale nie zniechęciła Andrzeja Dudy. Ciężko pracował, non stop przemieszczając Polskę, aby dotrzeć do jak największej liczby wyborców. To działało i przynosiło coraz lepsze efekty. Była to nie tylko zasługa samego Dudy, ale w równie jego sztabu wyborczego, którym kierowała wówczas Beata Szydło, wzbudzająca coraz większą sympatię Polaków.

Dostrzegł to Kaczyński, który wtedy zaczął ją brać pod uwagę jako kandydata na przyszłego premiera. Duda mozolnie piął się w górę w sondażach poparcia społecznego, systematycznie niwelując stratę do Komorowskiego. W efekcie tuż przed samymi wyborami szanse obu głównych kandydatów wydawały się już znacznie bardziej wyrównane. Jednak to ówczesny prezydent nadal uchodził za tego, który ostatecznie wygra wybory. Kiedy 10 maja 2015 r. odbyła się pierwsza tura wyborów, Andrzej Duda wprawdzie bardzo nieznacznie, ale jednak wyprzedził Bronisława Komorowskiego. Na kandydata PiS oddało głos 34,76 proc. biorących udział w głosowaniu, na Komorowskiego zaś 33,77 proc.

W drugiej turze Andrzej Duda uzyskał poparcie 51,55 proc. wyborców i został kolejnym prezydentem. Jego zwycięstwo było zaskoczeniem nie tylko sporej rzeszy Polaków, ale również dla samego Jarosława Kaczyńskiego, dla którego Duda był jedynie wyborczym eksperymentem. Kaczyński bardziej liczył na doświadczenia z kampanii wyborczej Andrzeja Dudy i wnioski, jakie będzie można z niej wyciągnąć dla jesiennych wyborów parlamentarnych. Tymczasem Duda wygrał, bo musiał wygrać. Był pracowity, zdeterminowany w dążeniu do celu, znacznie lepiej zorganizowany od swojego kontrkandydata – Bronisława Komorowskiego, który podobnie jak Kaczyński nie docenił Andrzeja Dudy.

Dziś prezydent nie może już liczyć na poparcie PiS. Jest jednak człowiekiem ambitnym i potrafi ciężko pracować, aby osiągnąć sukces. Popełnił wiele błędów, ale też często był stawiany przez PiS pod ścianą. Jego prezydenckie weta oprócz samego sprzeciwu wobec PiS miały też inny cel. Andrzej Duda bada reakcje Polaków na swoje działania. Chce również posłużyć się do tego celu referendum konstytucyjnym, w którym Polacy mieliby m.in. wypowiedzieć się, jakiej chcieliby roli prezydenta w państwie. Jego wyniki będą dla niego bardzo ważne.

Duda na pewno podejmie kolejne wielkie wyzwanie i wystartuje w wyborach prezydenckich w roku 2020. W jakiej formule to nastąpi, czy jego zapleczem będzie jakaś nowa „partia prezydencka”, czy też pozostanie jedynie przy formule komitetu wyborczego Andrzeja Dudy, tego jeszcze nie wiemy. W gruncie rzeczy nie ma już nic do stracenia. Jego macierzysta partia rekomendacji mu nie udzieli. W razie przegranej będzie najmłodszym politycznym emerytem. Jeśli wygra, zaskoczy ponownie sporą część Polaków i samego prezesa.

Autor

Poprzedni artykułPolowanie na dziennikarzy
Następny artykułKoniec Zuckerberga?

Najnowsze