29.9 C
Warszawa
niedziela, 26 czerwca 2022

Metamorfoza Trumpa

Koniecznie przeczytaj

Prezydent Stanów Zjednoczonych działa dziś dokładnie tak samo, jak jego przeciwniczka w ostatnich wyborach Hillary Clinton. Polityk, który jeszcze niedawno ostro krytykował wszczynanie kolejnych wojen, prowadzi równie agresywną politykę, jak poprzednicy.

Jedną z głównych przyczyn wyboru Donalda Trumpa na urząd prezydenta USA była jego bezkompromisowa postawa względem rządzących elit. Bezpośredni język wystąpień i dobry kontakt z publicznością, pozwolił mu przeciągnąć na swoją stronę miliony wyborców, którzy uwierzyli, że oto pojawił się polityk wywodzący się z zupełnie nowego środowiska niż te, które od lat sprawowały władzę. Twitterowe konto republikańskiego kandydata na prezydenta pełne było dosadnych opinii pod adresem władz, oskarżających je o lekceważenie zwykłych ludzi, prowadzenie bezsensownych wojen, wzbogacanie się kosztem podatników czy niejasne powiązania z Wall Street.

Ostre ataki Trumpa na amerykański establishment sprawiły nawet, że nazwano go populistą, który celowo podsyca niechęć szerokich mas do polityków i bankierów, aby zyskać jak największe poparcie. Niestety już pierwsze nominacje prezydenta-elekta pokazały, że jego wrogość wobec elit jest dosyć umowna, gdyż w skład administracji Trumpa weszło m.in. pięciu byłych pracowników banku Goldman Sachs (w tym jeden z byłych prezesów) oraz politycy, którzy znajdowali się w składzie poprzednich administracji. Ponieważ Trump został prezydentem z nominacji Partii Republikańskiej, taką politykę kadrową można było tłumaczyć jako wyraz koniecznego kompromisu z własnym środowiskiem. Jego dalsze działania pokazały jednak, że antyestablishmentowa postawa była najprawdopodobniej starannie przemyślaną strategią wyborczą, którą porzuca dziś bez większych sentymentów.

Stara sztuczka

Stało się to jasne za sprawą niedawnych wydarzeń w Syrii, gdzie miało dojść do ataku chemicznego przy użyciu sarinu. Trump i jego administracja błyskawicznie obarczyli prezydenta Basszara al-Asada odpowiedzialnością za ten incydent, nie dając nawet czasu na wyjaśnienie i zbadanie okoliczności przez niezależną komisję i już po kilku dniach amerykańskie wojska przeprowadziły ataki lotnicze na syryjskie fabryki. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa atak chemiczny został upozorowany tak, aby dostarczyć uzasadnienia dla próby przejęcia politycznej inicjatywy w udręczonym wojną kraju. Prezydent al-Asad nie miał praktycznie żadnego interesu w tym, aby skorzystać ze śmiercionośnej broni w momencie, w którym pokonał już zdecydowaną większość rebeliantów i kontrolował większość syryjskiego terytorium. Użycie broni chemicznej na sam koniec trwającej od 2011 roku wojny stanowiłoby wręcz absurdalne posunięcie ze strony człowieka, który wbrew przyklejonej mu łatki „krwawego dyktatora” rozumie prawidła światowej polityki.

Nim jednak Syria zdążyła się wytłumaczyć, Trump zaatakował ją dokładnie tak samo, jak wcześniej George W. Bush najechał Irak, na podstawie rozsiewaneych przez siebie fałszywych informacji o użyciu broni chemicznej przez Saddama Husajna. Podobnie Barack Obama we współpracy z Hillary Clinton preparowali fałszywe dane na temat Libii po to, aby później dokonać w tym kraju inwazji i obalić Muammara Kaddafiego. Skala działań militarnych Trumpa jest oczywiście mniejsza niż jego poprzedników, niemniej jednak godny odnotowania jest sam fakt, że jeszcze kilka lat temu polityk ten grzmiał, iż interwencja Stanów Zjednoczonych w Syrii, Libii i innych państwach świata jest bezsensowna i nie przynosi Amerykanom żadnych korzyści.

Zachowanie nowego prezydenta jest tym bardziej zdumiewające, iż przedłużające się konflikty wojenne i związane z nimi skandale stanowiły tak naprawdę jedną z głównych przyczyn spadku popularności jego poprzedników. Obiecując zmianę, Trump poszedł jednak w ich ślady. Jeszcze większe zdziwienie budzi przeobrażenie stosunku do Arabii Saudyjskiej. Jeszcze w 2015 roku Trump obarczał Saudyjczyków odpowiedzialnością za zamach terrorystyczny z 11 września 2001 roku i obiecywał podjęcie bezkompromisowego kursu wobec Rijadu. Pół roku po dojściu do władzy odbył jednak klasyczną podróż na Półwysep Arabski w celu odnowienia kluczowego sojuszu i zawarł nawet rekordowo wysokie umowy o wartości 350 mld dolarów. Twitterowe konto Trumpa, na którym wcześniej znaleźć można było wiele kąśliwych uwag pod adresem królewskiej rodziny Saudów, zaroiło się od pochlebstw pod ich adresem i zapewnień o gorącej przyjaźni.

Wielka metamorfoza

Trudno się oprzeć wrażeniu, że dokonujący się wciąż zwrot w polityce Donalda Trumpa wynika przede wszystkim z jego dotychczasowej ignorancji w zakresie szczegółów funkcjonowania amerykańskiej polityki zagranicznej. Krytykując wywoływanie konfliktów przez amerykańskie państwo, kluczowe sojusze z Arabią Saudyjską i Europą Zachodnią oraz wielkie umowy handlowe wymierzone przeciw Chinom, obecny prezydent Stanów Zjednoczonych uderzał tak naprawdę w filary geopolitycznej strategii Wuja Sama. I właśnie z tego powodu amerykański establishment wytoczył mu w czasie kampanii prezydenckiej trwającą do dziś otwartą wojnę.

Trump nie był wcześniej politykiem, lecz biznesmenem, co tłumaczyłoby, dlaczego dopiero po roku urzędowania dostosował się do swoich poprzedników i podjął ich agresywny kurs w działaniach na polu międzynarodowym. Jego własne wyobrażenie na temat gospodarki i roli Stanów Zjednoczonych w światowej polityce musiało ulec, pod wpływem tego, co ujrzał z perspektywy Białego Domu, bardzo poważnemu zachwianiu i dlatego dziś prowadzi politykę, którą jeszcze w 2016 roku sam poddałby druzgocącej krytyce.

Kolejnym przykładem wielkich zmian w politycznej strategii Donalda Trumpa jest jego stosunek do wielkich umów handlowych, które jego poprzednicy konstruowali w celu odpowiedzi na wzrost potęgi Chin. Trump chciał pierwotnie wycofać się z NAFTA (czyli strefy handlowej z Meksykiem i Kanadą) oraz agresywnie występował przeciwko TPP (Partnerstwu Transpacyficznemu), wskazując, że tego rodzaju umowy faworyzują Meksyk, Japonię i pomniejsze kraje kosztem amerykańskich producentów i pracowników. Odwiedzając na samym początku swojej prezydentury Europę, zachowywał się wyjątkowo chłodno, wyraźnie torpedując ideę ściślejszej współpracy transatlantyckiej oraz karcąc cały region za niedostateczne zaangażowanie finansowe w NATO.

Od tego czasu zmieniło się jednak bardzo wiele i dziś Donald Trump wykazuje coraz bardziej uległy stosunek wobec TPP, z NAFTĄ wiąże spore nadzieje (i nie uważa już jej za „najgorszą, jaka kiedykolwiek przydarzyła się USA”), a jego protekcjonistyczna retoryka uległa wyraźnemu zahamowaniu. W praktyce po prawie półtora roku od czasu objęcia urzędu prezydenta Stanów Zjednoczonych Donald Trump jest już zupełnie innym politykiem niż do tej pory i tak naprawdę trudno dziś orzec, w którą stronę będą ewoluowały jego poglądy.

Zderzenie jego własnych (i mylnych) wyobrażeń na temat światowej polityki z rzeczywistością sprawiły, że przyjął agresywny kurs typowy dla administracji obu Bushów czy Clintona, co niestety nie wróży niczego dobrego. W czasach ich rządów Stany Zjednoczone były niekwestionowanym hegemonem światowej polityki i nie napotykały w swoich działaniach żadnych większych przeszkód. Obecnie na scenie jest znacznie więcej silnych graczy, którzy raczej nie będą się biernie przyglądali poczynaniom USA. Oczy wszystkich są zwrócone ku Syrii. Trump zadeklarował wprawdzie, że nadal zależy mu na opuszczeniu Syrii, lecz po rzekomym ataku chemicznym nie ma chyba nikogo, kto by wierzył w szczerość jego zapewnień.

 

Autor

Najnowsze