1.5 C
Warszawa
wtorek, 6 grudnia 2022
Advertisement

W jednym stali domu

Koniecznie przeczytaj

Po spotkaniu amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa z dyktatorem komunistycznej Korei Północnej Kim Dzong Unem świat zaczyna wierzyć w pokój. Czy jednak są ku temu wystarczające podstawy?

 12 czerwca w Singapurze odbyło się długo oczekiwane spotkanie prezydenta USA Donalda Trumpa z przywódcą komunistycznej Korei Północnej Kim Dzong Unem. Przygotowania do niego trwały wiele miesięcy i były okryte wielką tajemnicą. W hotelu Capella usytuowanym na singapurskiej wyspie Sentosa najpierw miała miejsce 45-minutowa rozmowa Trampa z Kim Dzong Unem tylko w towarzystwie tłumaczy, a dopiero potem obie strony zasiadły do stołu negocjacyjnego. Po stronie amerykańskiej w spotkaniu uczestniczyli m.in. sekretarz stanu Mike Pompeo i doradca ds. bezpieczeństwa John Bolton. Po stronie północnokoreańskiej obecny był Kim Jung Czol, uważany za prawą rękę Kim Dzong Una. Później miał miejsce uroczysty lunch z udziałem delegacji obydwu stron. Dopiero po nim Trump i Kim Dzong Un usiedli jeszcze raz do stołu, aby uroczyście podpisać oświadczenie, w którym znalazły się wszystkie dokonane ustalenia. Trump, odnosząc się do wyników spotkania z północnokoreańskim przywódcą, zaznaczył, że „wypracowaliśmy «bardzo specjalną więź» dzięki której «rozwiążemy bardzo duży i niebezpieczny problem»”. Z kolei Kim Dzong Un skonstatował spotkanie słowami: „odbyliśmy historyczne spotkanie i zdecydowaliśmy się pozostawić przeszłość za sobą”. Jako pierwszy Singapur opuścił Donald Trump. Kilka godzin później samolotem linii Air China wyleciał Kim Dzong Un. Tak zakończyło się historyczne spotkanie amerykańskiego prezydenta z dyktatorem komunistycznej Korei Północnej.

Co tak naprawdę ustalono?

Pozostawmy na boku czysto propagandową stronę zjazdu w Singapurze i przyjrzyjmy się temu, co rzeczywiście zostało uzgodnione. Przyjęte ustalenia zostały zawarte w dokumencie podpisanym przez Donalda Trumpa i Kim Dzong Una. Treść bardzo szybko przedostała się do sieci w postaci zdjęcia zrobionego przez jednego z fotografów.

Deklaracja, sygnowana przez obu przywódców, jest nader lakoniczna i składa się zaledwie z czterech punktów. Pierwszy z nich mówi o zobowiązaniu stron do nawiązania wzajemnych stosunków „zgodnie z życzeniami obu narodów do pokoju i pomyślności”. Drugi z nich zawiera zobowiązania do zbudowania nowego reżimu bezpieczeństwa na Półwyspie Koreańskim. Trzeci punkt dotyczy działań Korei Północnej na rzecz denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Czwarty odnosi się do zwrotu przez obie strony szczątków jeńców wojennych z lat 1950–1953. Krótko mówiąc, wspólne oświadczenie Trampa i Kim Dzong Una nie tylko jest skąpe, ale też zawiera bardzo ogólne zapisy.

Warto jednak zwrócić uwagę na jeden zasadniczy element. W przyjętym dokumencie brak kluczowych słów dla tego typu negocjacji pokojowych, takich jak „nieodwracalne” i „weryfikowalne”. Brak tego pierwszego stwarza znaczącą lukę. Brak drugiego może od razu stawiać pod znakiem zapytania faktyczną realizację wszystkich zawartych postanowień. Nie zdefiniowano żadnego sposobu, który pozwalałaby na weryfikowanie działań, do których zobowiązał się północnokoreański przywódca.

Podpisanie takiego dokumentu w porównaniu do zapowiedzi amerykańskiej administracji, która od miesięcy obiecywała „nieodwracalne” i „weryfikowalne rozbrojenie całego północnokoreańskiego arsenału atomowego” trudno nazwać wielkim sukcesem. Sam tekst przypomina nieco wspólne oświadczenie prezydenta USA Bila Clintona i przywódcy Korei Północnej Kim Dzong Ila, podpisane w 1993 r., które dotyczyło porównywalnych problemów.

Wyszło więc na to, że Kim Dzong Un zobowiązał się do tego samego, na co przed 25 laty zgodził się jego ojciec Kim Dzong Il. Jedyna różnica jest taka, że okoliczności, w jakich podpisane zostało singapurskie oświadczenie, wydają się zupełnie odmienne. W 1993 r. Korea Północna dopiero zaczynała swój program jądrowy, dzisiaj dysponuje już kompletnym arsenałem jądrowym, który gotowy jest w każdej chwili do natychmiastowego użycia.

Spójrzmy zatem chłodno na ostateczny bilans rozmowy pomiędzy amerykańskim prezydentem a dyktatorem Korei Północnej. Już na pierwszy rzut oka wydaje się zdecydowanie korzystniejszy dla Kim Dzong Una. Północnokoreański satrapa, spotykając się twarzą w twarz z prezydentem największego światowego supermocarstwa, zyskał uznanie statusu swojego kraju jako potęgi nuklearnej. Podpisał również dokument zawierający luźne deklaracje dotyczące rozbrojenia nuklearnego Półwyspu Koreańskiego w zamian za gwarancje bezpieczeństwa.

Kim Dzong Un pokazał w ten sposób również drogę innym państwom, zwłaszcza tym, które mają ambicje odgrywania znacznie większej roli politycznej na arenie międzynarodowej. Północnokoreański dyktator wysłał tym krajom dość prosty komunikat, że jeśli będą dysponowały bronią atomową, będą traktowane poważnie. Taką drogą być może będzie chciał pójść w przyszłości Iran, z którym w maju br. USA zerwały umowę nuklearną, podpisaną w czasach prezydenta Baracka Obamy. W ten sposób Kim Dzong Un osiągnął coś, czego nie udało się osiągnąć ani dziadkowi Kim Ir Senowi, ani ojcu Kim Dzong Ilowi.

Co z kolei osiągnął w Singapurze amerykański prezydent Donald Trump? Na pewno znacznie mniej niż wcześniej zapowiadał. Zamiast deklarowanego od miesięcy ambitnego planu „kompletnej, weryfikowalnej i nieodwracalnej denuklearyzacji” Korei Północnej zyskał jedynie obietnicę „kompletnej denuklearyzacji” bez kluczowego w tym przypadku słowa „weryfikacja”. Być może zresztą dla Trumpa bardziej liczyła się medialna strona tego spotkania niż faktyczne osiągnięcia.

Spotkanie w Singapurze na pewno skutecznie odciąga uwagę od problemów wewnętrznych w jego własnym kraju. Czy jednak oznacza to, że szczyt dla amerykańskiego prezydenta zakończył się kompletnym niepowodzeniem? Nie do końca! Każde porozumienie, które obniża napięcia pomiędzy mocarstwami nuklearnymi, jest krokiem we właściwym kierunku.

Na krawędzi wojny

Gdy w styczniu 2017 r. urzędowanie w Białym Domu rozpoczął prezydent Donald Trump, sprawa Korei Północnej stała się jedną z najważniejszych kwestii do załatwienia. Amerykański prezydent usiłował tego dokonać najpierw za pośrednictwem Chin, z którymi utrzymuje kontakty reżim w Pjongjangu. Waszyngton uruchomił wówczas „gorącą linię” z prezydentem Chin Xi Jinpingiem, z którym na bieżąco rozmawiał w sprawie Korei Północnej. Przywódca Chin miał zadeklarować, że będzie wywierał presję na władze Korei Północnej, aby te zaprzestały dalszych prób balistycznych z bronią jądrową. W zamian Trump obiecał Xi Jinpingowi złagodzenie amerykańskiej polityki wobec Chin.

Jednak dość długo presja wywierana na reżim Kim Dzong Una przez chińskiego prezydenta nie przynosiła oczekiwanego rezultatu. USA zaczęły wówczas na poważnie brać pod uwagę scenariusz wojny z Koreą Północną. Trump stawiał wówczas sprawę bardzo jasno, wskazując, że jeśli dalej reżim w Pjongjangu nie będzie przestrzegał rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ w tej sprawie, to skończy się to dla niego źle. Z kolei Kim Dzong Un głosił, że Korea Północna nie będzie czekała z założonymi rękami na prewencyjny atak ze strony USA i jej odpowiedź będzie równie bezwzględna. Reżim w Pijongjangu, chcąc potwierdzić swoją gotowość do wojny z USA, demonstracyjnie przeprowadzał kolejne próby rakietowe.

Wiosną 2017 r., Amerykanie zaczęli rzeczywiście przygotowywać się do wojny na Półwyspie Koreańskim. Rozpoczęto przebazowywanie Floty Pacyfiku, natomiast w Korei Południowej rozmieszczono system antyrakietowy THAAD (Terminal High-Altitude Area Defense) przeznaczony do niszczenia głowic pocisków balistycznych w ich ostatniej fazie lotu. Z prawdopodobieństwem wybuchu wojny liczyli się także bardzo poważnie Koreańczycy z Południa i Japończycy. W przypadku Japonii istniało spore prawdopodobieństwo, że jeśli Pijongjang zdecyduje się na kontruderzenie nuklearne, to jego celem może być również Japonia. Dlatego wiosną 2017 r. rząd w Tokio zdecydował się m.in. na wdrożenie planu ewakuacji z Korei Południowej prawie 60 tysięcy Japończyków.

O możliwości wybuchu wojny mówiły wówczas nawet Chiny, które podjęły się roli dyskretnego negocjatora pomiędzy Pijongjangiem a Waszyngtonem. Szef chińskiego MSZ Wang Yi mówił wówczas, że „konflikt może wybuchnąć w każdym momencie”, ale to USA będą musiały wziąć za niego „historyczną odpowiedzialność”. To był właśnie ten moment, kiedy widmo nowej wojny na Dalekim Wschodzie rzeczywiście wisiało na włosku.

Amerykanie nie porzucili jednak drogi dyplomatycznej. Potajemnie, głównie za pośrednictwem Chin, toczyły się rozmowy sondażowe z reżimem Kim Dzong Una. Nie zahamowała ich nawet sprawa Otto Warmbiera, amerykańskiego studenta, skazanego w Korei Północnej na 15 lat więzienia, który 13 czerwca 2017 r. w stanie prawie agonalnym przekazany został stronie amerykańskiej, a następnie kilka dni później zmarł.

Na początku 2018 r. nieoczekiwanie pojawiły się nadzieje, że być może uda się doprowadzić do spotkania obydwu stron na terytorium któregoś z państw azjatyckich. Takie właśnie sygnały odbierały amerykańskie media. Gdy stało się już jasne, że rzeczywiście będzie miał ono miejsce i to w azjatyckim Singapurze, rozpętała się prawdziwa medialna gorączka. Tysiące dziennikarzy z całego świata siedziało już w singapurskich hotelach i „grzało” polityczną atmosferę. Wszyscy oczekiwali pozytywnego rezultatu. Widziane z tej perspektywy samo w sobie było sukcesem. Może i niewiele przyniosło, ale na pewno oddaliło widmo wojny.

Jednak na trwały pokój raczej się nie zanosi. Kim Dzong Un, pomimo wielu przyjaznych gestów, nadal wydaje się nie mieć zaufania do Amerykanów. Z tego powodu jest mało prawdopodobne, aby zdecydował się na faktyczną denuklearyzację Półwyspu Koreańskiego. Zapewne będzie chciał ją przeciągać w czasie, tak długo, jak tylko się da. Zresztą ramy czasowe, tempo i sektory tej denuklearyzacji mają dopiero wypracować eksperci.

Nie wiadomo również, kto będzie kontrolował ten cały proces. Czy będzie robiła to np. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej? Na pewno jednak sprawa denuklearyzacji stanie się punktem przełomowym procesu rozbrojenia. Dopiero wtedy okaże się, czy reżim Kim Dzong Una rzeczywiście chce pokoju, czy też skłania się ku wojnie.

Autor

Poprzedni artykułUchodźcy wciąż dzielą
Następny artykułLeasing dla MSP

Najnowsze