28.6 C
Warszawa
czwartek, 30 czerwca 2022

Uchodźcy wciąż dzielą

Koniecznie przeczytaj

Na Zachodzie funkcjonuje bardzo sprawnie działająca cenzura zakazująca głośno mówić na temat problemów związanych z zalewem imigrantów, lecz same elity władzy bardzo ostro spierają się o to, jak reagować na zaistniały kryzys.

 O przyjmującej wręcz totalitarne oblicze blokadzie informacyjnej można się było przekonać po raz kolejny przy okazji procesu angielskiego działacza i publicysty Tommy’ego Robinsona. Brytyjskie władze zaaresztowały go za relacjonowanie procesu muzułmańskich gangów, a następnie skazały i osadziły w więzieniu w Leicester, w którym zdecydowaną większość stanowią muzułmanie. Istnieją obawy, że przebywanie w tego rodzaju zakładzie karnym może się dla niego zakończyć nawet utratą życia.

Skandaliczny był już sam fakt, że Robinson został skazany za samo upublicznianie informacji o procesie, lecz równie zatrważająca była reakcja głównych mediów, które nie czuły się w żaden szczególny sposób zobowiązane do tego, aby informować o całej sprawie, a w szczególności o wielotysięcznych protestach zorganizowanych w obronie publicysty. Casus Robinsona pokazuje, że w krajach zachodniej Europy funkcjonuje narzucona odgórnie przez władze cenzura zakazująca ukazywania prawdziwych zagrożeń związanych z niekontrolowanym napływem imigrantów, szczególnie z krajów muzułmańskich.

Milczące media w Niemczech

W podobny sposób w Niemczech tamtejsza Niemiecka Rada Prasy od wielu miesięcy pilnie przestrzega tego, aby media nie podawały informacji na temat narodowości i pochodzenia sprawców wszelkiego rodzaju przestępstw i zamachów terrorystycznych. Jednocześnie owładnięte poprawnością polityczną gazety i stacje telewizyjne korzystają w swoich doniesieniach medialnych ze specyficznej nowomowy, w ramach której ataków na przechodniów dokonują ciężarówki czy też auta, a faktyczni sprawcy pozostają przez długi czas nieznani. Dziennikarze znajdują się pod ogromną presją ze strony polityków i najczęściej nie informują o alarmujących statystykach i procesach, które są zauważalne nawet dla szarego człowieka.

Choć zachodnioeuropejscy politycy zakazują mówienia o problemach związanych z imigrantami, sami debatują na ich temat w niezwykle ożywiony sposób. Zakazane dla społeczeństwa tematy stanowią, jak się okazuje, kluczową oś sporu wśród elit władzy, o czym świadczy najlepiej ciągnący się już od wielu miesięcy spór w ramach niemieckiej koalicji CDU/ CSU. Pełniący funkcję ministra spraw wewnętrznych Horst Seehofer reprezentujący bawarską CSU nie może wciąż znaleźć porozumienia z Angelą Merkel, która w kluczowym 2015 roku wpuściła do Republiki Federalnej Niemiec ponad milion imigrantów spoza Europy.

Według niemieckich mediów napięcie między koalicjantami jest bardzo wysokie, natomiast nieoczekiwanym sojusznikiem Bawarczyków okazał się austriacki premier Sebastian Kurz, który wygrał niedawne wybory w swoim kraju na fali niezadowolenia z nadmiernego zalewu ludności z innych części świata. Bawarczycy mają zdecydowanie odmienne zdanie na temat polityki migracyjnej i niedawno zaproponowali nawet, aby w urzędach publicznych pojawiły się krzyże jako wyraz niemieckiej tożsamości kulturowej. Teraz chcą, aby odsyłanie imigrantów było już możliwe nawet na niemieckiej granicy. Na to nie chce jednak przystać Merkel, która po swojej wielkiej imigracyjnej porażce próbuje ratować twarz, podtrzymując konsekwentnie ten sam kurs.

Seehoferowi i Kurzowi nieoczekiwanie przybył jeszcze jeden sojusznik w postaci Włoch. Po zaprzysiężeniu rządu Giuseppe Conte na politycznej mapie Europy pojawiła się kolejna siła nastawiona sceptycznie zarówno wobec Brukseli, jak i forsowanej przez Niemcy polityki imigracyjnej. Sąsiadujące ze sobą Bawaria, Austria i Włochy mają sporą szansę na utworzenie wspólnego frontu na rzecz ograniczenia napływu imigrantów.

Włosi oskarżają

Włoski rząd od samego początku urzędowania przystąpił do dość energicznych działań na rzecz ograniczenia biznesu związanego z transportem imigrantów do Europy. W minionym tygodniu wicepremier Matteo Salvini ogłosił, że nie wpuści do Włoch pasażerów dwóch statków z kilkuset osobami oraz zarzucił Francji, że wbrew wcześniejszym deklaracjom przerzuca cały ciężar przyjmowania statków pokonujących Morze Śródziemne na Włochy. Słowa te wywołały spięcie na linii Paryż-Rzym, a w konsekwencji doszło nawet do zablokowania wszystkich pociągów kursujących pomiędzy oboma krajami.

Wzbierający w Europie konflikt o politykę imigracyjną wybuchnie zapewne po raz kolejny w czasie najbliższego unijnego szczytu, na którym dojdzie do spięcia pomiędzy broniącymi obecnych rozwiązań Francją i Niemcami a Włochami, Austrią i pozostałymi krajami dążącymi do zapanowania nad postępującym chaosem. Wśród krajów przeciwnych niekontrolowanemu napływowi imigrantów znajdują się też kraje naszego regionu, jednakże wspólny front przeciwko Francji i Niemcom może okazać się zbyt słaby.

Mimo to niemiecka hegemonia polityczna w Europie może zostać w najbliższym czasie wystawiona na wielką próbę. Grono sojuszników Berlina akceptujących swobodny ruch graniczny wyraźnie topnieje, rośnie za to liczba krajów mających wyraźnie dość kolejnych porażek polityki otwartych granic. W ostatnim czasie nawet Holandia i Dania podjęły o wiele bardziej stanowczy kurs, planując nawet utworzenie specjalnych obozów dla imigrantów poza Europą. Wcześniej hipertolerancyjna Dania zaczęła od niedawna wymagać, aby przybysze z zagranicy nauczyli się języka duńskiego w trzy lata, grożąc konsekwencjami finansowymi dla tych, którzy nie posiądą tej kluczowej umiejętności. W przeciwieństwie do sąsiedniej Szwecji Duńczycy aktywnie walczą też z radykalnymi środowiskami oraz podejmują starania na rzecz likwidacji gett rozsianych po całym kraju.

Tykająca bomba

Największym ciosem dla Unii Europejskiej w ostatnich latach był niewątpliwie Brexit, który zachwiał w posadach całą strefą euro. Wkrótce po tym wydarzeniu pojawiła się szansa na opuszczenie wspólnoty także przez Holandię i Francję, lecz antyunijni politycy nie zdołali przechylić szali zwycięstwa w wyborach na swoją stronę. Unijne elity udanie spacyfikowały także zwycięską w ostatnich wyborach koalicję we Włoszech, która przejęła rządy za cenę rezygnacji z postulatu o opuszczeniu strefy euro. Bruksela nie może jednak spać spokojnie, ponieważ cała Europa jest wciąż tak naprawdę jedną wielką tykającą bombą z opóźnionym zapłonem. Nierozwiązany problem nieintegrujących się imigrantów sprawia, że w kolejnych krajach do władzy dochodzą siły antyestablishmentowe i sprzeciwiające się politycznemu dyktatowi Berlina. Włochy są jak do tej pory największym państwem rządzonym przez polityków wrogich nieograniczonemu napływowi imigrantów, co daje nadzieję na realną zmianę w ramach całej Unii.

Nieco ambiwalentnie wobec wszystkich wspomnianych tu zmian zachowuje się za to polski rząd, który formalnie nie zgadza się na zmuszanie go do przyjmowania imigrantów zgodnie z narzuconymi przez Brukselę kwotami, lecz jednocześnie ustami ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza przyznał się niedawno we francuskim „Le Figaro”, że polskie państwo w tajemnicy przed obywatelami przyjęło 2700 imigrantów przysłanych z Europy Zachodniej.

Wobec burzy, jaka rozpętała się po tej wypowiedzi, minister Czaputowicz stanowczo zaprzeczył tym doniesieniom, jednakże jego słowa nie były dla opinii publicznej w pełni przekonujące. W obecnej sytuacji bardzo przydałoby się, aby Polska wykorzystała istniejące w ramach Europy podziały i energicznie wsparła powstający wspólny front Włoch, Austrii i Bawarii. Biorąc pod uwagę to, że podobne poglądy w kwestiach imigracyjnych prezentują m.in. Czechy i Węgry, istnieje realna szansa na to, aby powstrzymać proces, który zagraża samym podstawom przyszłości naszego kontynentu. Lepszej okazji może już nie być.

Autor

Poprzedni artykułRosjanie na celowniku
Następny artykułW jednym stali domu

Najnowsze