-1 C
Warszawa
piątek, 9 grudnia 2022
Advertisement

Czy Unia Europejska jeszcze żyje?

Koniecznie przeczytaj

Zagrożona jest już nie tylko dalsza lub bliższa przyszłość projektu europejskiego. Niepewność dotyczy już jego teraźniejszości.

 Takie pytanie rodzi się w obliczu wydarzeń ostatnich tygodni. Są nimi kryzysy rządowe we Włoszech, Hiszpanii oraz Niemczech. Zmiany gabinetów oraz niesnaski koalicyjne wywołują silne turbulencje unijnego jądra ekonomicznego – eurolandu. A wraz z nim może zawalić się cała UE.

Włoskie gwiazdy

Zbliża się sezon urlopowy, czas zatem na wycieczkę. Zawsze warto wiedzieć coś więcej o polityce odwiedzanego kraju, ponieważ wszelkie zawirowania natychmiast odbijają się na kieszeniach turystów.

Zacznijmy od Republiki Włoskiej, która właśnie zakończyła osiemdziesięciodniowe przesilenie gabinetowe związane z wynikami marcowych wyborów parlamentarnych. Był to czas gorących sporów personalnych, festiwal wzajemnych oskarżeń o egoizm, lecz także publicznych debat o teraźniejszości, a szczególnie przyszłości Włoch w Unii Europejskiej. Dla przypomnienia, trzy miesiące temu po władzę szły siły umiejscowione dokładnie na skrajnych skrzydłach miejscowej sceny politycznej. Pierwszą jest lewicowy Ruch Pięciu Gwiazd, drugą prawicowa koalicja Liga (była Liga Północna). Oba ugrupowania dzieli wiele, jednak wspólnym, choć różnie wyrażanym mianownikiem pozostaje eurosceptycyzm.

Jak więc ocenia sytuację Centrum Carnegie: „Wprawdzie powyborczy spektakl zakończył się na przełomie maja i czerwca, ale takim rezultatem, że obawy Unii Europejskiej tylko się potwierdziły. Nawet w nadmiarze”. Faktycznie Włochy, trzecia gospodarka UE, znalazły się „w podwójnym uścisku populistów”. Oczywiście z punktu widzenia Brukseli oraz zwolenników liberalnego podejścia do gospodarki. Postrzegając wydarzenia oczami Włochów, większość biorących udział w wyborach pokazała czerwoną kartkę dotychczasowej polityce UE i eurolandu w szczególności.

Dlaczego? Ruch Pięciu Gwiazd zdobył 32 proc. głosów, a tym samym uzyskał najlepszy rezultat wśród partii. W swoim programie akcentuje szczególnie: walkę z surową polityką finansową, a więc przede wszystkim podatkową, która uderza w tzw. przeciętnych obywateli. Na kolejnych miejscach znajduje się przeciwdziałanie korupcji, likwidacja energetyki jądrowej i przywrócenie wszystkim Włochom państwa zawłaszczonego przez establishment. Przy tym międzynarodowym gwoździem programu okazuje się, jeśli nie całkowite wyjście ze strefy euro i zasadniczo z UE, to z pewnością kardynalna zmiana reguł strategii walutowej i rozluźnienie związków z brukselską administracją.

Koalicja Ligi z wynikiem ponad 20 proc. została drugą siłą polityczną kraju. W jej programie wyborcy odnaleźli takie atrakcje jak: antyeuropejska i antyglobalistyczna polityka Rzymu oraz równie kardynalna, restrykcyjna zmiana podejścia do imigrantów. Nietrudno zgadnąć, że na Ligę głosy oddali wszyscy, których zawiodła dotychczasowa postawa UE wobec kryzysu migracyjnego, a także miliony Włochów, jacy nie odnieśli żadnych korzyści z wejścia kraju do eurolandu. Chodzi głównie o młodych, wykształconych, a jednocześnie bezrobotnych i pozbawionych perspektyw.

Doprawdy trzeba dużej wyobraźni, aby wymyślić lewicowo-prawicową koalicję, a co dopiero w realiach włoskiego parlamentaryzmu, który dotąd charakteryzował się naprzemiennymi rządami jednego skrzydła sceny politycznej. Nie można się również dziwić ogromnego zaniepokojenia europejskich partnerów Rzymu, Ruch Pięciu Gwiazd, i Liga obiecały bowiem wyborcom wszystko, co tylko możliwe. Ich determinacja władzy jest tak duża, że liderzy obu ugrupowań odsunęli na bok osobiste ambicje. Zresztą w osiągnięciu porozumienia Luigi di Maio i Matteo Salvini walnie dopomógł prezydent, który desygnował na stanowisko premiera kompromisową figurę technokraty i bezpartyjnego prawnika Giuseppe Conte, który wynegocjował skład koalicyjnego rządu.

Jednak nie w politycznych ambicjach i oryginalnych postaciach kryje się największa niewiadoma włoskich wyborów. Jest nią wola realizacji obietnic złożonych obywatelom. Jeśli jej nie zabraknie, to wysadzi w powietrze cały euroland. Nową politykę Rzymu można nazwać odmową realizacji kryteriów z Maastricht, a więc wypowiedzeniem konstytucji strefy euro. Politycy, którzy właśnie zasiedli w ministerialnych fotelach, obiecali zmienić reguły wzajemnych relacji zadłużenia państwa i deficytu budżetowego.

Jak wiadomo, umowy leżące u podstaw stabilności euro nakazują, aby dług publiczny nie przekraczał 60 proc. PKB, tymczasem rozmiar włoskiego dawno przekroczył 130 proc. Dokładniej mówiąc, wynosi 2500 mld, czyli 2,5 bln euro. Dotychczasowy rząd centroprawicy ściśle realizował program naprawczy Banku Europejskiego, wytyczne Brukseli oraz MFW, co z powodu zaciśnięcia podatkowego i dochodowego pasa mocno uderzało w mieszkańców słonecznej Italii.

Nowy gabinet widzi ratunek w znacznym poluzowaniu polityki fiskalnej i płacowej. Proponuje na przykład ustanowienie skali podatkowej dla osób fizycznych oraz firm w wysokości 15 proc. Innym pomysłem jest ustanowienie tzw. bazowego dochodu dla najbiedniejszych. Chodzi o swoiste minimum socjalne wypłacane przez budżet państwa tym, którzy popadną socjalne tarapaty mierzone według kilku podstawowych wskaźników.

Włoskie media nie pozostawiają suchej nitki na programie ekonomicznym rządu, zważywszy na fakt, że według wyliczeń ekspertów jego realizacja będzie wymagała co najmniej 123 mld euro. I nikt ze świeżo upieczonych ministrów nie wskazał dotąd źródeł ich pozyskania. Wiadomo jedno, spora część środków będzie musiała pochodzić z zasobów państw strefy euro, a więc także unijnego budżetu. Z tego powodu po sformowaniu włoskiej koalicji w Europie wybuchła panika, ze wskazaniem na rychłą powtórkę greckiego kryzysu. Tyle że zważywszy na wielkość gospodarki w nieporównywalnie większej skali.

Pierwszym symptomem ogromnego niepokoju było wiosenne zawirowanie na światowych rynku walutowym. Kurs euro spadał, bo gracze rynkowi sprzedawali unijny pieniądz, inwestując w dolara i franka szwajcarskiego. Po zaprzysiężeniu gabinetu tąpnięcia doznał włoski indeks FTSE MIB, a za nią europejskie notowania. Nad eurolandem zawisł ponownie upiór kryzysu zadłużenia. Widocznym wskaźnikiem pogorszenia nastrojów jest sytuacja włoskich obligacji państwowych. Zdaniem ekspertów kurs tych papierów wartościowych decyduje o wpadnięciu gospodarki w silne turbulencje.

Czy greckie reminiscencje są trafne? Jak najbardziej, zważywszy, że w chwili tamtejszego kryzysu finansowego grecki dług wynosił 177 proc. PKB. Jest jednak spora różnica, bo w liczbach tamtejsze zadłużenie wynosiło tylko 320 mld euro, wobec włoskiego szacowanego na 2,5 bln. Kilka lat temu specjalny fundusz stabilizacyjny strefy mógł lekko pokryć długi Aten. W przypadku Rzymu jest to po prostu niemożliwe, bo włoska gospodarka jest po prostu zbyt duża. Grecja, Portugalia, Irlandia tak, ale nie Italia, co czyni aktualny kryzys nad wyraz niebezpiecznym dla całej Europy. Właśnie taka perspektywa straszy najbardziej międzynarodowych inwestorów, co przykłada się na wartość włoskich obligacji państwowych. Ich dochodowość maleje. Są wyprzedawane, a to może uruchomić efekt domina w przypadku podobnych papierów innych państw eurolandu.

Jak prognozuje „Deutsche Welle”, kryzys zadłużeniowy może mieć następujący przebieg. Włoski skarb państwa nie udźwignie rosnących kosztów obsługi swoich zobowiązań, tym bardziej że już obecnie „zajmuje się wyłącznie kolejnymi emisjami papierów wartościowych, które mają pokryć koszt dotychczasowych pożyczek”. Dalsze obniżenie wartości obligacji postawi w trudnym położeniu włoskie banki, ponieważ to one są głównymi wierzycielami państwa, dokonując masowych wykupów. A to doprowadzi do obniżenia wartości bankowych aktywów, czyli zdolności udzielania kredytów niezbędnych w bieżącej działalności tysięcy firm. Przy tym banki muszą gromadzić obligacje, bo ich szeroka sprzedaż załamałaby natychmiast włoski rynek finansowy. Stąd prosta droga do nakręcenia niebezpiecznej spirali. Inwestorzy będą uciekać najpierw z włoskich aktywów, a następnie taka ocena ryzyka przeniesie się na rynek finansowy całej strefy euro, włącznie z niemieckimi obligacjami państwowymi, co zada eurolandowi nokautujący cios.

Oczywiście można się pocieszać cytatami włoskich mediów, według których realizacja polityki finansowej nowego gabinetu, to nic innego jak „worek pełen fantazji”. Można liczyć na sprzeciw innych państw strefy, a także na fakt, że włoska gospodarka nadal rośnie, co prawda powoli, ale jednak. Niemniej jednak, jeśli spełni się czarny scenariusz, także polskie obligacje państwowe stracą na wartości, bo kryzys rozleje się na całą Europę. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że jako pierwsze ucierpią najsłabsze gospodarki południa kontynentu, do czego walnie może przyczynić się rosnąca destabilizacja Hiszpanii.

Hiszpańskie obietnice

„Rząd się zmienił, problemy pozostały”, tak skwitował niedawną zmianę hiszpańskiego gabinetu francuski portal „Atlantico”. Miał na myśli rosnącą niestabilność gospodarki oraz permanentny kryzys polityczny, w jakim pogrąża się hiszpańska scena polityczna. Na początku czerwca dotychczasowy konserwatywny rząd Mariano Rajoya podał się do dymisji po głosowaniu Kortezów nad votum nieufności. Jego miejsce zajął gabinet lidera Socjalistycznej Partii Robotniczej Hiszpanii Pedro Sancheza.

Pierwszy problem Madrytu wynika z faktu, że lewicowe ugrupowanie ma jedynie 84 mandatów na 350 deputowanych parlamentu. Inaczej mówiąc, rząd ma charakter mniejszościowy i powstał wyłącznie dzięki poparciu barwnej improwizacji, na którą złożyły się głosy skrajnie lewicowej partii „Podemos” oraz deputowanych katalońskich i baskijskich, a więc regionów, które dążą do separacji z Hiszpanią.

Po drugie, podobnie jak we Włoszech, politycy, którzy objęli ministerialne stanowiska, nie mają praktycznie żadnego doświadczenia w sprawowaniu władzy wykonawczej. I wreszcie parlamentarne poparcie gabinetu jest mocno warunkowe, czyli uzależnione od spełnienia wygórowanych żądań politycznych i ekonomicznych często stojących w sprzeczności z konstytucją. Sami socjaliści planują wprowadzenie polityki finansowej wprost ściągniętej z włoskich programów wyborczych, co sprowadza się do anulowania ekonomicznych reform poprzedniego gabinetu realizowanych pod dyktando eurolandu.

Motywem jest „zakończenie dyskryminowania praw ludzi pracujących”. W tych ramach hiszpańskie władze zamierzają podnieść płace, zasiłki dla bezrobotnych oraz wprowadzić bezpłatną opiekę medyczną dla coraz liczniejszych nielegalnych imigrantów. Znaczące wydatki pochłonie zawodowe wsparcie młodzieży, najliczniejszej grupy dotkniętej kryzysem zatrudnienia. Ponadto planowany jest wzrost wydatków na edukację, w tym zwiększenie ilości stypendiów. Program ma objąć również rozbudowę odnawialnej infrastruktury energetycznej oraz dofinansowanie regionów kraju.

Tym razem źródłem niezbędnych dochodów będzie progresywny podatek dla najbogatszych, ale wątpliwe, aby przyniósł on oczekiwany wzrost nakładów do zakładanego poziomu 20 mld euro rocznie. Własną cenę poparcia wystawiła przecież lewacka „Podemos”, która żąda natychmiastowej podwyżki emerytur i rent, szacowanej na kolejne 4,5 mld euro. W dalszej kolejności idzie postulat demontażu obecnego systemu politycznego wraz z rychłą nacjonalizacją przemysłu i banków. A to zbliża Hiszpanię do recydywy wojny domowej lat 1936–1939.

Swoje dorzucają oczywiście baskijscy, a szczególnie katalońscy separatyści. Warunkowe poparcie nowego rządu jest dla pierwszych okazją dla wygórowanych żądań dofinansowania Kraju Basków. Dla drugich to wstęp do podjęcia nowej fazy rozwodu Katalonii z Hiszpanią. Jakkolwiek miejscowi eksperci prognozują krótkie życie gabinetu Sancheza, to cały kraj stoi u progu długiego okresu niestabilności wewnętrznej, co odbija się dramatycznie na sytuacji gospodarczej. Kryzys zapowiada się tym dotkliwszy, że ostatnie spoiwo państwa, rodzina królewska, znalazła się w epicentrum skandalu korupcyjnego podrywającego zaufanie Hiszpanów do instytucji monarchii.

Na Zachodzie też zmiany

Nie ma wątpliwości, że przyczyna włoskich i hiszpańskich turbulencji kryje się w wewnętrznej niewydolności strefy euro. Zdaniem francuskiego „Le Figaro”, system walutowy, a zatem finansowy był z góry obliczony jako mechanizm bezpieczeństwa i osłony niemieckiej gospodarki. Poprzez strategię finansową euro Berlin uczynił z gospodarek południa Europy rynki zbytu dla swojej produkcji, co niezwykle negatywnie wpływa na rozwój takich państw jak Włochy, Hiszpania, ale także Portugalia i Grecja. Niemiecki rząd narzucił wprost restrykcyjną politykę fiskalną, socjalną i płacową, która powoduje wysokie bezrobocie i krępuje działalność przemysłowej, handlowej oraz usługowej konkurencji.

Niemniej jednak, same Niemcy nie są stabilne, o czym świadczy tamtejszy kryzys rządowy, który grozi rozpadem koalicji CDU/CSU/SPD. Choć niemiecka gospodarka ma się świetnie, to bawarskie ugrupowanie CSU żąda zmiany polityki Angeli Merkel wobec imigrantów. Koalicyjny minister spraw wewnętrznych zaproponował właśnie tzw. Plan Generalny, zakładający kwotowe ograniczenie liczby przyjmowanych obcokrajowców do 200 tys. Widzi również potrzebę relokacji niechcianych przybyszów do krajów UE, na których terenie zostali zarejestrowani.

Projekt uderza w podstawy strefy Schengen, przewiduje bowiem zaostrzone kontrole na niemieckich granicach. Ponadto imigranci oczekujący na prawo pobytu mają zostać skoncentrowani w tymczasowych ośrodkach pod nadzorem policji i służb imigracyjnych.

Brak kompromisu pomiędzy CSU i CDU poważnie zagrozi stabilności gabinetu i dalszemu kanclerstwu Merkel, która i tak styka się bez przerwy z nowymi wyzwaniami. O pieniądze dla imigrantów apeluje całe południe UE, a nowy rząd w Rzymie praktycznie już zamknął włoskie terytorium przed napływem kolejnych fal nielegalnych przybyszów z Afryki i Bliskiego Wschodu. Własny Plan Generalny wprowadza Austria, co razem podważa dotychczasowe założenia polityki migracyjnej UE.

Merkel stara się wprawdzie o stworzenie swoistej osi Berlin-Wiedeń-Rzym, ale bez poparcia innych państw członkowskich i wypracowania nowej strategii ochrony zewnętrznych granic Unii taki pomysł jest skazany na niepowodzenie.

Jeśli do nowej odsłony kryzysu migracyjnego dodać rosnący konflikt handlowy UE (czytaj Berlina) z USA i rosnące prorosyjskie sympatie w Rzymie, Madrycie, Wiedniu i Atenach, o jakiejkolwiek wewnętrznej spójności UE możemy zapomnieć. Na wadliwą, bo kryzysową konstrukcję europejskiego rynku walutowego i finansowego nakłada się szereg kryzysów politycznych, których wspólnym mianownikiem jest rosnąca niezgoda na obecną Unię.

Jak przypuszcza „The New York Times”, eurosceptycyzm jest wynikiem alienacji europejskich elit władzy i ich funkcjonowania w oderwanej rzeczywistości. Dlatego potrzebna jest radykalna naprawa Unii, tyle że nikt nie wie jaka. Z pewnością jednym z wariantów jest przyspieszenie integracji, co wobec sprzeciwu wielu państw członkowskich wobec UE dwóch prędkości może tylko pogłębić europejski chaos.

Wobec tego portal „Atlantico” proponuje Europę różnych wektorów, która poprzez niewymuszoną w Brukseli różnorodność ma złożyć się na powrót w logiczną i spójną całość. Problem w tym, że na takie działania jest coraz mniej czasu. Brak także odważnego lidera z wizją, który poprowadziłby UE do takiego kompromisu. Wobec rosnącego sprzeciwu południa Europy, które dołączyło do wschodniej flanki, o odegranie takiej roli coraz niej może ubiegać się tandem niemiecko-francuski, a w takich ramach słabnie wyraźnie pozycja Angeli Merkel. Trzeba jednak bić na alarm, dopóki nie jest za późno. A to dlatego, że kardynalnym zagadnieniem przestaje być dalsza lub bliższa przyszłość projektu europejskiego. Na plan pierwszy wychodzi jego teraźniejszość.

Autor

Poprzedni artykułBerliński blamaż
Następny artykułKto odpowie za GetBack?

Najnowsze