25.7 C
Warszawa
poniedziałek, 4 lipca 2022

Wojna o handel

Koniecznie przeczytaj

Nikt nie potrafi przewidzieć, jakie rzeczywiście skutki może przynieść wojna handlowa pomiędzy światowymi potęgami gospodarczymi. I chyba dlatego już dzisiaj wielu polityków przed nią przestrzega.

 21 lipca szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) Christine Lagarde podczas dwudniowej konferencji ministrów finansów i szefów banków centralnych Grupy G 20, która odbywała się w Buenos Aires, ostrzegła, że wojna handlowa między Stanami Zjednoczonymi, Chinami i Unią Europejską może spowodować spadek globalnego wzrostu PKB co najmniej o 0,5 pkt procentowego. Przekazała także specjalną notatkę, jaką przygotowali eksperci MFW. Zdaniem jej autorów, z powodu rozpoczętej właśnie wojny handlowej istnieje poważne ryzyko zmniejszenia globalnego wzrostu gospodarczego nawet o około 430 miliardów dolarów już w 2020 roku. Dalsze eskalowanie konfliktów handlowych może negatywnie wpłynąć na wszystkie kraje świata. W sposób szczególny może dotknąć także gospodarkę Stanów Zjednoczonych.

Z ostrzeżeniami Lagrade i jej ekspertów nie zgodzili się jednak inni uczestnicy konferencji w Buenos Aires. Amerykański minister finansów Steven Mnuchin odrzucił ostrzeżenia lakonicznym stwierdzeniem, że protekcjonistyczna polityka Waszyngtonu, z jaką mamy obecnie do czynienia, wcale nie wpłynie negatywnie na wzrost gospodarczy USA. Podkreślił również, że USA nie wykluczają podpisania porozumienia o wolnym handlu z Unią Europejską, które zakładałoby likwidację ceł, barier pozataryfowych oraz dotacji. Jednak będzie to zależało od postawy samej Brukseli. Wypowiedź Mnuchina skrytykował Olaf Scholtz, wicekanclerz i minister finansów Niemiec, twierdząc że celem wspólnoty europejskiej, jest „wolny i zrównoważony handel”. Znacznie ostrzej na wypowiedź Amerykanina zareagował francuski minister finansów Bruno La Maire, który bez ogródek stwierdził, że „wojna handlowa jest dzisiaj rzeczywistością”.

Chcąc wytłumaczyć dotychczasowe działania Brukseli, La Maire zaznaczył, że „światowy handel nie może bazować jedynie na prawie dżungli, a jednostronne podnoszenie taryf celnych jest właśnie takim prawem”. Była to wyraźna aluzja do decyzji prezydenta USA Donalda Trumpa o podniesieniu cła na europejską stal i aluminium. Z kolei jego chiński odpowiednik, Xiao Jie, zakomunikował, że Chiny wcale nie chcą eskalacji konfliktu handlowego z USA, jednak będą bronić swoich interesów. Wypowiedzi przedstawicieli USA, Unii Europejskiej i Chin, jakie miały miejsce podczas konferencji w Buenos Aires mogą wskazywać na to, że światowa wojna handlowa szybko się nie zakończy. Chyba dlatego szefowa MFW stara się już dzisiaj apelować do wszystkich jej uczestników, podkreślając, że na światowej wojnie handlowej stracą wszyscy, a najbardziej Stany Zjednoczone, które ją wywołały.

Trump uderza w Europę

Dla prezydenta USA Donalda Trumpa, człowieka z bogatą biznesową przeszłością, sprawa wolnego handlu zawsze była prawdziwym „oczkiem” w głowie. Istotą wolnego handlu są przede wszystkim cła, a raczej ich brak. Te obowiązują zarówno w Europie na amerykańskie towary, jak i w USA na znaczną część produktów pochodzących z naszego kontynentu. Amerykański prezydent już na początku swojej kadencji postanowił ten problem ostatecznie rozwiązać. W tej sprawie przez wiele miesięcy toczyły się intensywne rozmowy pomiędzy stroną amerykańską a przedstawicielami Unii Europejskiej. Nie przyniosły one jednak oczekiwanego przez Trumpa rezultatu. Politycy unijni nie chcieli zgodzić się na propozycje amerykańskie, z kolei Jankesi byli w tych negocjacjach zbyt sztywni, chcąc za wszelką cenę przeforsować korzystne dla siebie rozwiązania.

Wtedy amerykański prezydent postanowił wprowadzić karne cła na europejskie towary. Trump już wcześniej wiele razy mówił o tym, że nie może być dalej tak, że „USA bardzo trudno jest sprzedawać samochody do Europy, a w drugą stronę do USA płynie cały strumień mercedesów i BMW”. Takie słowa padły w rozmowie z szefem NATO Jensem Stoltenbergiem. Można się było tylko zastanawiać, które z europejskich produktów jako pierwsze zostaną objęte nowymi amerykańskimi cłami? Trump zdecydował, że wybrane zostaną te najbardziej strategiczne, czyli europejska stal i aluminium, które zostały obłożone kolejno 25 proc. i 10 proc cłem. Stało się tak dlatego, że wiadomo było, że takie posuniecie uderzy w europejskie huty, które dostarczają aż 21 proc. potrzebnej Stanom Zjednoczonym stali i aluminium.

Amerykańskie cła miały wejść w życie dokładnie z dniem 1 maja br. Trump postanowił jednak przesunąć termin ich wprowadzenia o 30 dni. Liczył zapewne na to, że uda mu się jeszcze zmiękczyć postawę liderów UE i skłonić ich do zawarcia porozumienia handlowego z USA na zupełnie nowych zasadach. Bruksela jednak nie zrobiła żadnego kroku. Amerykańskiemu prezydentowi pozostało więc tylko wdrożenie powziętej decyzji. 1 czerwca br. amerykańskie cła na europejską stal (25 proc.) i aluminium (10 proc.) zaczęły zatem obowiązywać.

Na reakcję Brukseli nie trzeba było zbyt długo czekać. Z dniem 1 lipca br. wprowadzono karne cła odwetowe (w wysokości 10, 25, 35 i 50 proc.) na amerykańskie towary eksportowane do krajów unijnych. Na liście znalazły się produkty spożywcze (m.in. soki owocowe, wieprzowina), wyroby stalowe (łańcuchy, śruby, sztućce), łodzie motorowe, jachty, motocykle, bourbon (amerykańska whiskey) czy karty do gry. Ich łączna wartość sięgnęła prawie 6,4 mld euro. Unijna komisarz ds. handlu Cecilia Malmstroem komentując tę decyzję podkreśliła, że środki podjęte przez Unię Europejską to bardzo wyważona i proporcjonalna odpowiedź na „jednostronną i nielegalną” decyzję USA w sprawie ceł na europejską stal i aluminium i że jest ona całkowicie zgodna z międzynarodowymi przepisami prawa handlowego.

Cios w chińską gospodarkę

Trump prowadzi otwartą wojnę handlową nie tylko z Unią Europejską. Podjął również decyzję w sprawie obłożenia cłem zaporowym towary sprowadzane z Chin. Ostateczną decyzję w tej sprawie miał podjąć po naradzie ze swymi najbliższymi współpracownikami: ministrem finansów Stevenem Mnuchinem, handlu Rosem Wilburem i przedstawicielem USA ds. handlu Robertem Lighthizerem. 25-procentowe amerykańskie cła weszły w życie dokładnie 6 lipca br. i objęły one ponad 800 chińskich produktów o wartości 34 miliardów dolarów rocznie. Waszyngton zapowiedział również, że przygotowywana jest kolejna lista chińskich wyrobów, które już niebawem objęte zostaną amerykańskimi cłami. Ich wartość sięgała będzie kolejnych 16 mld dolarów rocznie. Łączna wartość wszystkich chińskich produktów obłożonych amerykańskimi cłami sięgać będzie prawie 50 miliardów dolarów.

Nowe amerykańskie taryfy mają być karą dla Pekinu za wymuszanie transferu technologii od zagranicznych firm oraz stosowanie nieuczciwych praktyk handlowych, które stały się przyczyną olbrzymiego deficyt jego kraju w handlu z Chinami. W ubiegłym roku wyniósł on aż 375 mld dolarów. Po decyzji amerykańskiego prezydenta Chiny zapowiedziały natychmiastowe działania odwetowe, informując, że nałożą 25-procentowe cła na 659 rodzajów towarów ze Stanów Zjednoczonych o łącznej wartości 50 miliardów dolarów rocznie, a także że wszystkie dotychczasowe gospodarcze i handlowe porozumienia z USA są nieważne. Obie strony doszły wcześniej do porozumienia w ramach WTO (Światowej Organizacji Handlu), nazywanego przez komentatorów „zawieszeniem broni”. Zgodnie z jego ustaleniami Chiny miały zwiększyć import amerykańskich dóbr, aby „znacznie zmniejszyć” swoją nadwyżkę w handlu dwustronnym.

ak widać, tak się już nie stanie, bo Waszyngton oddał już pierwsze salwy w kierunku Pekinu. Zdaniem ekspertów, to dopiero początek amerykańskich posunięć wobec Państwa Środka. Donald Trump chce najpierw zobaczyć, jakie mogą być faktyczne skutki amerykańskich ceł zaporowych na chińskie produkty. Jeśli okażą się one zgodne z jego przewidywaniami, na pewno będzie on systematycznie poszerzał listę chińskich produktów, które objęte zostaną amerykańskimi cłami. Amerykański prezydent chce także ograniczyć działalność chińskich firm inwestycyjnych na terenie USA. Na razie nie wiadomo jeszcze, jak zamierza tego dokonać. Nie ulega wątpliwości, że jest to już tylko kwestia czasu. Pekin zresztą już o tym dobrze wie i dlatego już dzisiaj czyni przygotowania do tego, aby skutecznie odpowiedzieć i na te obostrzenia.

Ucierpią także sąsiedzi USA

Trump uderzył swoimi cłami zaporowymi nie tylko w Unię Europejską i Chiny. Nowe amerykańskie taryfy celne objęły także najbliższych sąsiadów Stanów Zjednoczonych. Karne cła na stal (25 proc.) i aluminium (10 proc.) Waszyngton wprowadził również wobec Kanady i Meksyku. W odpowiedzi na to posunięcie rząd kanadyjski nałożył swoje cła odwetowe, w wysokości 25 i 10 proc. na amerykańską stal i aluminium oraz inne produkty o całkowitej wartości 16,6 mld dolarów kanadyjskich rocznie. Minister spraw zagranicznych Kanady Chrystian Freeland podkreślił, że „to najsilniejsze działanie odwetowe w powojennej historii Kanady”. Kanada zamierza również wszcząć przeciwko USA postępowania w ramach układu NAFTA (gwarantuje to rozdział 20 tego układu, dotyczący rozwiązywania sporów) oraz na forum WTO.

Podobnie na decyzje Waszyngtonu zareagował Meksyk, wprowadzając własne cła odwetowe. Dodatkowe opłaty w wysokości od 15 do 25 proc. obejmą amerykańskie wyroby ze stali oraz niektóre amerykańskie produkty rolne. W przypadku tych ostatnich 20-procentowe cła zostały nałożone m.in. na importowane z USA wieprzowe udźce i łopatki oraz jabłka i ziemniaki, a także na niektóre rodzaje sera i amerykańskiego bourbona. Meksykański rząd również zamierza złożyć skargę na USA w Światowej Organizacji Handlu (WTO). Ocenia, że amerykańskie cła na meksykańskie produkty nie zostały „przyjęte zgodnie z przewidzianymi procedurami i naruszają układ ogólny w sprawie taryf celnych i handlu z 1994 roku”. Jest już przesadzone, że niebawem toczyć się będą postępowania w sprawie amerykańskich ceł zaporowych przed wieloma międzynarodowymi instytucjami. Jednak tak szybko one się nie zakończą.

Obsesja Trumpa i jej potencjalne skutki

Wielu komentatorów już dzisiaj zwraca uwagę, że amerykańskie cła niekoniecznie mogą prowadzić do zmniejszenia amerykańskiego deficytu handlowego, zwłaszcza w relacjach z Chinami. Może się okazać, że wprowadzone przez cła podniosą jedynie ceny dla amerykańskich konsumentów. Eksperci podkreślają, że Donald Trump nie docenia zwłaszcza roli, jaką pełnią dzisiaj w światowym handlu tzw. międzynarodowe łańcuchy produkcyjne. Produktów, które są ich wynikiem, jest wiele w amerykańskim obrocie handlowym. Choćby masowo sprowadzane z Chin smartfony. Ich import sięgnął w 2017 r. prawie 70 mld dolarów. Przy amerykańskim deficycie w handlu z Chinami sięgającym prawie 370 mld dolarów, to jego spora część.

Tymczasem nakładanie na nie ceł całkowicie mija się z celem. Wystarczy bowiem przeanalizować najpopularniejszego z nich, jakim jest iPhone, opracowany przez amerykańską firmę Apple Inc. i produkowany na masową skalę w Chinach. Na jego cenę – 1000 dol. – przypada koszt produkcji wynoszący 370 dolarów. Jednak Chiny dodają do niego tylko około 3–6 proc. wartości dodanej. iPhone jest tam bowiem tylko składany z części, które są produkowane w innych krajach. I tak najdroższym elementem jest wyświetlacz, wart prawie 110 dolarów, produkowany przez południowokoreańskiego Samsunga. Układy pamięci są produkowane przez japońską Toshibę i południowokoreański koncern SK Hynix, wyceniane zaś na 44,45 dolarów. Pozostałe części urządzenia sprowadzane są z Singapuru albo ze Szwajcarii.

To pokazuje, że jakiekolwiek amerykańskie cło zaporowe nałożone na iPhone’y uderzyłoby w najmniejszym stopniu w Chiny. Ostatecznie najwięcej za takie opłaty zapłaciliby amerykańscy konsumenci, którzy kupują iPhone’y. Jeżeli zatem Donald Trump będzie chciał nakładać cła na kolejne produkty, które są wynikiem funkcjonowania międzynarodowych łańcuchów produkcyjnych, to skutki takich posunięć będą ponosili sami Amerykanie. To tylko jeden z przykładów na to, że zaporowa polityka celna w wykonaniu prezydenta Donalda Trumpa, niekoniecznie musi doprowadzić do tego, na czym mu zawsze najbardziej zależało.

Autor

Poprzedni artykułKarty na stół
Następny artykułCzarni jeźdźcy Kremla

Najnowsze