26.8 C
Warszawa
sobota, 25 czerwca 2022

Kłamać jak Dorota Kania

Koniecznie przeczytaj

Dorota Kania mogłaby równie dobrze być dziennikarką peerelowskiej „Trybuny” i głosić tamte poglądy.

Nestorka polskiego dziennikarstwa śledczego Dorota Kania (jeżeli wierzyć Wikipedii, w tym roku skończyła 53 lata) lubi pozować na ostatnią sprawiedliwą, taką, która opiera się naciskom, pisze tylko prawdę i jest gotowa płacić za to niemalże każdą cenę. Ale to tylko poza. Tak naprawdę Dorota Kania mogłaby równie dobrze być dziennikarką peerelowskiej „Trybuny” i głosić tamte poglądy. Dowodem na to jest historia pomówienia przez nią redaktora naczelnego i wydawcy „Warszawskiej Gazety” Piotra Bachurskiego. Kania otwarcie przyznaje się przed sądem do napisania nieprawdy o Bachurskim, mimo to procesuje się i nie zamierza przepraszać. Gdy kilkanaście dni temu Sąd Apelacyjny w Warszawie nieoczekiwanie zmienił korzystny dla redaktora Bachurskiego wyrok i uznał prawomocnie, że pisząc nieprawdę, Dorota Kania nie dopuściła się przestępstwa, wówczas dziennikarka ogłosiła wielkie zwycięstwo we wszystkich mediach, w których pracuje. Ani słowa o tym, że wyrok był tylko i wyłącznie stwierdzeniem, że Kania, pisząc bezsprzecznie nieprawdę, nie zrobiła tego celowo, a więc nie popełniła przestępstwa.

Kłamstwo i półprawda

W grudniu 2013 r. wspólnie z publicystą Jerzym Targalskim i dziennikarzem Maciejem Maroszem Dorota Kania napisała książkę Resortowe dzieci. Media. Książka zawierała przede wszystkim wyciąg z dokumentów Instytutu Pamięci Narodowej obejmujący głównie rodziny obecnych tuzów salonowego dziennikarstwa. Było to pierwsze tego typu kompendium wiedzy oparte na dokumentach. I właśnie w takim to towarzystwie Dorota Kania (jak wykazał proces, dwaj pozostali autorzy nie mieli z tym fragmentem książki nic wspólnego) umieściła red. Bachurskiego. Rzekomo przez pomyłkę.

Opisywała założoną przez ludzi nomenklatury postkomunistycznej spółkę Polska Korporacja Handlowa, utworzoną 25 kwietnia 1994 r. Bardzo ciekawie wyglądała również lista posiadaczy akcji A Polskiej Korporacji Handlowej. Znaleźli się na niej m.in. Mieczysław F. Rakowski, Romuald Szeremietiew, Leonard Praśniewski, January Gościmski, Lech Jaworowicz, Tadeusz Jastrzębski, Zbigniew Grycan, Adam Kozłowski, Holding Wars, Izba Kupców i Przemysłowców, Jerzy Krogulec, Grażyna Wencel, Beata Tyszkiewicz, Kazimierz Morawski, Marek Mikuśkiewicz, Elżbieta Wiśniewska, Anna Woźniak-Starak i Piotr Bachurski, obecnie wydawca „Warszawskiej Gazety”. Biorąc pod uwagę archiwa komunistycznej bezpieki, śmiało można powiedzieć, że dobór osób zaangażowanych w PKH nie był przypadkowy – podsumowała Kania i zaczęła wyliczać, w towarzystwie iluż to esbeków znalazł się redaktor Bachurski.

Było to oczywiste kłamstwo. Redaktor Bachurski nie był akcjonariuszem żadnego z podmiotów wymienionych przez Kanię, a ludzi podanych przez nią nie znał. Po co więc Kania umieściła go i to zaznaczając, że jest wydawcą „Warszawskiej Gazety”? Po to, aby móc później kłamać i szkalować wydawane przez niego tytuły. Sąd pierwszej instancji uznał Kanię winną pomówienia i nakazał jej zapłacenie na rzecz Piotra Bachurskiego 10 tys. zł nawiązki oraz orzekł o podaniu wyroku do publicznej wiadomości poprzez opublikowanie go na koszt Kani na łamach „Gazety Polskiej” i „Warszawskiej Gazety” w formie ogłoszenia, zaczynającego się od frazy wskazującej, że publikacja jest efektem właśnie wyroku sądu. Sąd I instancji wziął pod uwagę, że na spotkaniach z czytelnikami (zarejestrowanych kamerą!) Kania przekonywała, że red. Bachurski był wręcz członkiem zarządu w tym towarzystwie komunistycznej jaczejki.

Gdy doszło do procesu, okazało się, że Kania broniła się, twierdząc, iż dochowała staranności dziennikarskiej, bo informacja ta była w Krajowym Rejestrze Sądowym. Jest to jednak okoliczność obciążająca, bo z żadnego wpisu w KRS-ie nie wynika to, co napisała. Nie wykonała również innej elementarnej pracy związanej z zawodem dziennikarza, mianowicie nie zapytała przed publikacją red. Bachurskiego, czy i co miał wspólnego z ww. spółkami. Nie było jej to, jak widać, potrzebne, ponieważ wszystko, co chciała, to już wiedziała.

Przyjaciółka rodziny Dochnalów

Swoim zachowaniem Kania przypomina mi bohaterkę słynnej anegdoty, w której elegancki jegomość dopytuje równie elegancką damę, czy odda mu się za milion dolarów. Gdy w końcu ta się zgadza, dżentelmen  dopytuje się, czy za 1 dolara również. Wówczas „dama” wrzeszczy: za kogo mnie Pan uważa?! Na to pan tłumaczy: to już ustaliliśmy, teraz się targujemy.

Miałem wątpliwą przyjemność pracować z Dorotą Kanią w tygodniku „Wprost”. Została ona z niego zwolniona na początku 2008 r., gdy okazało się, że w 2005 r. pożyczyła od rodziny skazanego za korupcję słynnego lobbysty 245 tys. zł i 25 tys. zł od jego prawniczki. Według Dochnala i jego żony ta pożyczka bez oprocentowania (nota bene Kania nie zapłaciła od tej ogromnej pożyczki żadnego podatku) była wymuszonym honorarium za pomoc w jego sprawie. Dochnal przebywał wówczas w areszcie śledczym, Kania zaś obiecała, że dzięki swoim wpływom w rządzącym wówczas PiS-ie pomoże mu. Prokuratura stwierdziła, że Kania jako dziennikarka publikowała w prasie artykuły korzystne dla Dochnala i zabiegała, aby przenieść śledztwo do „życzliwej” dla niego prokuratury. Gdy działania Kani okazały się nieskuteczne, a sytuacja po przeniesieniu śledztwa do Katowic jeszcze bardziej dla Dochnala poważna i nie uchylono tymczasowego aresztowania, zwróciła zaciągniętą pożyczkę z rażącą zwłoką w ratach nie z własnej inicjatywy, lecz po wielokrotnych zdecydowanych żądaniach – podsumowali śledczy.

Kania broniła się, że pożyczyła pieniądze od właścicielki biura nieruchomości, za pośrednictwem którego kupiła dom, rzekomo nie wiedziała, że ma do czynienia z matką żony lobbysty. To twierdzenie obaliły jednak zeznania znanego mecenasa prof. Piotra Kruszyńskiego, który stwierdził, że w jego obecności Kania przeprowadzała wywiad z żoną Dochnala, a była przy tym także matka. Również właścicielka domu, który za pośrednictwem teściowej Dochnala miała kupić Kania, zeznała, że nie zna ani jej, ani jej biura nieruchomości i nie korzystała z jej usług. Kania nadal jednak publicznie trzyma się swojej wersji, że nie wiedziała, od kogo pożycza pieniądze. Przypomina to starą bezpieczniacką zasadę: wszystkiemu zawsze zaprzeczać. Doskonale wpisał ją scenarzysta w dialog z hitu filmowego lat ’90 „Młode Wilki”: Nigdy do niczego się nie przyznawaj, złapią cię pijanego w samochodzie, to mów, że nie piłeś, znajdą ci dolary w kieszeni, to mów, że to pożyczone spodnie, a jak cię złapią na kradzieży za rękę, to mów, że to nie twoja ręka. Nigdy się nie przyznawaj.

Latem 2015 r. Kania została skazana na 2 lata więzienia w zawieszeniu za powoływanie się na wpływy w rządzie PiS-u i wyłudzenie 270 tys. zł od rodziny Marka Dochnala. Na początku 2016 r. nieoczekiwanie Sąd Apelacyjny ją uniewinnił, nie negując żadnego z faktów ustalonych przez prokuraturę. Kania pieniądze wzięła, za Dochnalem lobbowała, ale miała to nie być korupcja w rozumieniu kodeksu karnego, a pomoc bliskim sobie osobom. Była przyjacielem domu i dlatego nie odmówiono jej pomocy. Od tego kuriozalnego wyroku prokuratura złożyła kasację do Sądu Najwyższego, niemal natychmiast wycofaną na polecenie kierownictwa.

Reakcja Kani na ten wyrok była symptomatyczna. Zaczęła głosić przekaz: oto wreszcie uznano mnie za niewinną, byłam ofiarą politycznych prześladowań. Przypomniało mi to, jak kłamliwie komentował sprawę umorzenia zarzutów przez Sąd Najwyższy w styczniu 2007 r. o kłamstwo lustracyjne Józef Oleksy. Były premier i marszałek sejmu z kamienną twarzą tłumaczył dziennikarzom, że SN go uniewinnił. A SN stwierdził tylko, że Oleksy jako agent specjalnej jednostki peerelowskiej bezpieki Agenturalnego Wywiadu Operacyjnego zwyczajnie nie wiedział, że ma się przyznać.

Dziennikarz, który bierze pieniądze od opisywanych przez siebie osób, nie popełnia przestępstwa, ale jest zwyczajnie skorumpowany i nieetyczny. W tym przypadku Kania nie tylko wzięła pieniądze, ale również zaczęła działać na rzecz Dochnala wśród polityków i urzędników. To potwierdziły sądy wszystkich instancji. To smutne, że czołowi politycy PiS-u nie traktują Kani tak, jak na to zasługuje: jak skorumpowanej, nieuczciwej osoby. Podobny ostracyzm powinien ją spotkać ze strony całego środowiska dziennikarskiego. Tymczasem Kania jest pierwszym piórem „Gazety Polskiej” i redaktor naczelną Telewizji Republika. Gdy w 2008 r. prawda o jej relacjach z Dochnalem wyszła na jaw, nie mieliśmy wątpliwości, że musi odejść z redakcji tygodnika „Wprost”. Na naradzie redakcyjnej stwierdziłem: zakładając, że Dorota mówi prawdę, iż nie wiedziała, kto jej pożyczył 270 tys. zł bez zabezpieczeń i bez odsetek, to zwolnijmy ją za głupotę, nie za dziennikarską korupcję. Oczywiście nikt normalny w to nie wierzy, że specjalistka od teorii spiskowych, służb i układów nie wiedziała, kto i dlaczego jej pożyczał pieniądze.

Układy z Dochnalem mogą prawicowych czytelników szokować, ale nie powinny. Kania, chociaż chce uchodzić za młot na układy III RP, to ma zadziwiająco dobre powiązania w tej nomenklaturze, którą ponoć zwalcza – stąd pomoc i jej obecność przy Dochnalu. Jej hipokryzję doskonale obnażył Robert Mazurek w wywiadzie na początku 2014 r. Gdy w trakcie rozmowy przyznała, że jej druga mama należała do partii (PZPR) do 1979 r., kiedy przeszła na emeryturę, to nie potrafiła przekonująco wytłumaczyć, dlaczego wypomina to innym, a w swoim przypadku uznaje, że na nią nie miało to wpływu. Nie chciała również komentować faktu, że współautorem jej książek jest Jerzy Targalski, który w latach 1974–1979 należał do PZPR, a sam jest synem komunistycznego działacza frontu propagandy (samego kierownika szkolenia ideologicznego w ZMP, czyli odpowiedniku polskiego Konsomołu).

Na koniec warto wiedzieć, że Kania zawdzięcza uniewinnienie sędzi Iwonie Konopce, opisywanej krytycznie na łamach mediów red. Bachurskiego. Raz za skandaliczne skazanie przechodnia pobitego przez policjanta 11 listopada 2011 r., czyli za ukaranie ofiary, a nie kata (policjant w końcu został za to skazany pod presją mediów). Drugi raz za równie oburzające skazanie Grzegorza Brauna na 1 tys. zł grzywny za rzekome naruszenie miru domowego Państwowej Komisji Wyborczej (protestował w ten sposób przeciwko fałszerstwom w samorządowych wyborach w 2014 r.). Sędzia Iwona Konopka skazała również na kilka tysięcy złotych grzywny ponad 80-letniego znanego filozofa prof. Bogusława Wolniewicza (zmarłego niedawno), gdyż ten nie chciał przyjeżdżać na kolejne rozprawy i świadczyć przeciwko złodziejowi, który go okradł. Niemający adwokata profesor wniósł (do czego nie miał prawa, bowiem nie wiedzieć czemu, nie przyznano mu statusu pokrzywdzonego) o umorzenie, otrzymał grzywnę za odzywanie się na sali „bez zezwolenia”, a później za to, że nie stawiał się na kolejne sprawy.

Autor

Poprzedni artykułOsaczeni przepisami
Następny artykułIle kosztuje dziennikarz?

Najnowsze