19.6 C
Warszawa
środa, 29 czerwca 2022

Efekt Trumpa

Koniecznie przeczytaj

W sensie gospodarczym i politycznym, bardzo realna staje się oś antyamerykańska z udziałem Pekinu, Moskwy, Ankary i Teheranu.

Sankcje Donalda Trumpa wymierzone w Iran mogą doprowadzić do nieoczekiwanych rezultatów. W miejsce zmiany teokratycznego reżimu na bardziej liberalny, władzę w Teheranie mogą przejąć radykałowie prący do regionalnej wojny. Nie mówiąc o tym, że irańska strategia USA wbija potężny klin w stosunki z Europą.

Strategia Waszyngtonu

Na początek mały quiz. Od kiedy wobec Iranu stosowane są sankcje? Poprawna odpowiedź brzmi: od 1979 r., gdy autokratyczną władzę szacha zakończyła rewolucja. Spontaniczny zryw Irańczyków zamienił jednak siekierkę na kijek. A może odwrotnie, bo policyjne państwo świeckie zastąpiła znacznie surowsza teokracja ajatollahów. To dlatego współczesny Iran jest szyicką republiką islamską, która boryka się z ogromnymi problemami społecznymi i gospodarczymi. A miało być pięknie. Po wielu latach obowiązywania zachodnich sankcji okazało się, że jest to polityka kompletnie nieskuteczna. Dowodem stał się realizowany w najlepsze program budowy irańskich ładunków jądrowych i strategicznych nosicieli rakietowych. Wypisz wymaluj kopia polityki Korei Północnej.

W takiej sytuacji, aby zahamować niebezpieczne ambicje Teheranu, w 2015 r. Waszyngton oraz pozostali partnerzy rokowań wynegocjowali porozumienie, na mocy którego Iran zastopował program rozwoju broni niekonwencjonalnej, w zamian za stopniowe przywracanie normalnych relacji gospodarczych i politycznych ze światem. Była to szansa dla wszystkich, na czele z ajatollahami. Jeśli użyć polskiego powiedzenia, ich poprzednik Reza Pahlawi zastał Iran drewnianym, a zostawił murowanym. Tak zawzięcie modernizował i laicyzował państwo, że uczynił zeń regionalną potęgę industrialną oraz militarną.

Szach popełnił jednak kardynalny błąd, jakim było iście stalinowskie tempo reform, za którym nie nadążała mentalność irańskiego społeczeństwa. Z tego powodu wybuchła rewolucja, która została szybko zawłaszczona przez religijnych konserwatystów. O ile jednak szyiccy duchowni łatwo poradzili sobie ze spuścizną laicyzacji, o tyle z uprzemysłowieniem nie mogli nic zrobić. Irańska potęga opiera się na dochodowym eksporcie ropy naftowej, a to wymaga stałej kooperacji z zachodnimi dostawcami odpowiednich technologii i urządzeń.

Tymczasem międzynarodowe sankcje uczyniły irański przemysł wydobywczy zacofanym. Bez napływu petrodolarów zaczęła się sypać infrastruktura oraz siła militarna. Można śmiało postawić hipotezę, że jednym z celów programu jądrowego było uzyskanie instrumentu nacisku, pozwalającego ajatollahom na przywrócenie relacji gospodarczych, powiedzmy z pozycji siły. Oczywiście poza uzyskaniem żelaznej gwarancji, że nikt nie ośmieli się zagrozić ich władzy. Jak wiadomo, broń jądrowa służy do odstraszania, a nie popełnienia zbiorowego samobójstwa. Takie czynniki wziął pod uwagę Barack Obama, który uchodzi za ojca chrzestnego zaskakującego zwrotu akcji, czyli rozpoczęcia kompromisowych negocjacji z Iranem. Natomiast jego następca Donald Trump wywrócił porozumienie jądrowe do góry nogami.

Obecna administracja w Waszyngtonie mówi o naprawie kosmicznej pomyłki, jaką była polityka Obamy. „Washington Free Beacon” na podstawie rozmów z urzędnikami Białego Domu tłumaczy: „cały świat doskonale zdawał sobie sprawę, jakie niebezpieczeństwo stanowi islamski kraj, który na szczeblu państwowym sponsoruje terroryzm i stara się wejść do klubu atomowych mocarstw. Wobec Iranu panował zatem globalny konsensus, który zniszczył Barack Obama. Teraz zadaniem tandemu Trump – Bolton (prezydencki doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego) jest ponowne wpisanie takiej reguły w globalną agendę”.

Co kryje się za dyplomatycznym stwierdzeniem? Jak informuje wspomniany tytuł, amerykańska Rada Bezpieczeństwa Narodowego rozpatruje możliwość zmiany systemu politycznego Iranu, a więc obalenia szyickich duchownych rządzących od 40 lat. Drogą do osiągnięcia celu jest wsparcie nastrojów opozycyjnych rosnących w irańskim społeczeństwie. Prawdziwym autorem irańskiej strategii Trumpa nie jest prezydent, tylko ośrodek analityczny SSG (Strategic Studies Group) ściśle związany z Johnem Boltonem uchodzącym za irańskiego „jastrzębia”. Zdaniem Jima Hansona z SSG: „Trump nie pali się do wojny z Iranem, ale wyraźnie preferuje kontakty z inną władzą w tym kraju”. Jak wynika z tej wypowiedzi, problemem obecnej administracji waszyngtońskiej nie jest zatem kształt wynegocjowanego w 2015 r. porozumienia jądrowego, tylko autokratyczny reżim, który został uznany za „właściwą przyczynę chaosu i przemocy w tym regionie świata”.

To prawda, gdy w maju tego roku Donald Trump publicznie podjął decyzję o wyjściu USA z wielostronnego układu, postawił Iranowi twarde warunki powrotu do stołu rokowań nad nowym kształtem porozumienia. Teheran powinien zaprzestać politycznego, militarnego i finansowego wsparcia udzielanego szyickim powstańcom w Jemenie, palestyńskiemu Hamasowi, libańskiej Partii Boga, a także wycofać Korpus Strażników Islamskiej Rewolucji (KSIR) z Syrii, a przede wszystkim wyrzec się gróźb wobec Izraela. Rzecz jasna, Iran ma zapewnić nieograniczony dostęp międzynarodowych inspektorów do swoich obiektów jądrowych, tak aby wykluczyć możliwość ich wykorzystania do celów militarnych. Stawiając ultimatum, Biały Dom kieruje się następującymi przesłankami.

Po pierwsze, jak twierdzą prezydenccy doradcy na podstawie raportów wywiadowczych, miliardy petrodolarów, jakie napływają do Iranu po osłabieniu embarga, służą ajatollahom do fundowania szyickiej rewolucji w krajach ościennych. W najmniejszym stopniu nie są przeznaczane na potrzeby społeczne.

Po drugie, pieniądze są wyprowadzane na zagraniczne konta skorumpowanego duchowieństwa i generalicji. Wszystko razem stanowi dowód, że intencją, z jaką Iran podpisywał porozumienie, nie była modernizacja państwa i gospodarki oraz poprawa położenia ekonomicznego ludności. Chodziło o finansowanie badań nad bronią atomową, kontynuowanych w tajemnicy wbrew oficjalnemu zobowiązaniu. Wiosną tego roku udowodnił to Mossad, a do identycznych wniosków doszła irańska opozycja. W jej opinii pomysł Obamy „pozwolił irańskiej władzy wygrać czas, wzmocnić się, zgromadzić dolary i rozpocząć kampanię ingerencji w wewnętrzne sprawy innych państw regionu”.

Istotną nowością obecnej polityki Waszyngtonu, co podkreśla „Bloomberg”, jest fakt, że Trump zamierza się skoncentrować na demokratyzacji Iranu. To znaczy, tak odczytuje intencje prezydenta Kenneth Polack, autor książki pt. „Irańska łamigłówka”. Były analityk CIA zwraca uwagę, że w Iranie trwają dwa procesy: zbrojeń i demokratyzacji społeczeństwa. Zdaniem „Bloomberga” jest to najważniejszy powód, aby Waszyngton „rozdzielał irańską władzę od Irańczyków, po to, aby pomóc w narodzinach wolności i samookreśleniu narodu”. W tym celu Biały Dom aktywizuje kontakty z perską emigracją i stawia na ekspatów, którzy wracają do kraju przesiąknięci kulturą Zachodu.

Niebagatelną rolę odgrywają także media społecznościowe, umożliwiające Irańczykom na nieocenzurowany kontakt pomiędzy sobą i ze światem. Na przykład eksperci SSG twierdzą, że „Messenger Telegram” Pawła Durowa jest w irańskiej strategii Trumpa więcej wart, niż „wszyscy doradcy Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA”. A co na to sami Irańczycy lub inaczej mówiąc, czy polityka Trumpa ma jakieś podstawy?

Wielka niewiadoma

Na początku sierpnia tego roku, John Bolton, a za nim prezydent potwierdzili oficjalnie rozpoczęcie drugiego etapu nacisków na Teheran. Przywrócenie sankcji ekonomicznych jest logiczną konsekwencją wyjścia USA z porozumienia jądrowego. Według „Deutsche Welle”, taki krok Waszyngton „postawił Iran na granicy przeżycia”. Pierwsza część retorsji sprowadza się do zakazu nabywania amerykańskiej waluty przez banki i podmioty gospodarcze Iranu oraz identycznych obostrzeń na międzynarodowym rynku metali szlachetnych. Ponadto powinien zostać przerwany handel surowcami, m.in. aluminium, grafitem, węglem, stalą, ale przede wszystkim przemysłowym oprogramowaniem komputerowym.

Największy cios spadnie na Iran po 90 dniach, czyli na początku listopada, gdy USA wprowadzą w życie zakaz handlu tamtejszą ropą naftową i gazem, co odetnie Teheranowi główną arterię finansową. Na samą wieść o takich decyzjach Irańczyków ogarnęła gorączka znana pod nazwą paniki. Ruszyli kupować waluty wymienialne, co spowodowało krach narodowego pieniądza. Już w maju 2018 r. cena dolara podskoczyła do 60 tys. riali, aby w sierpniu pobić rekord 115 tys. Szybkimi krokami zbliża się chwila, gdy rial pokona psychologiczną barierę 200 tys. za dolara.

Na łamach azerskiego tytułu „Haqqin” irański opozycjonista Ahmed Husejni konstatuje ponuro: „sytuacja w Iranie jest krytyczna. Społeczeństwo znajduje się pod silną presją psychologiczną. Ciągłe lęki przed zapaścią finansową i utratą wszystkich oszczędności, a w praktyce środków egzystencji, mieszają się z równie silnymi obawami przed wybuchem wojny. Irańczycy za wszelką cenę skupują walutę i złoto, co tylko nasila kryzys na wewnętrznym rynku”. Taki pejzaż potwierdza wypowiedź przewodniczącego komisji finansowej irańskiego parlamentu. Mohhamad Reza Pour-Ebrachimi szacuje, że obywatele inwestują na potęgę w kryptowaluty, wyprowadzając za granicę ok. 2,5 mld dolarów. Pomimo że jest to działalność niezgodna z prawem i zagrożona surowymi karami.

Dodać należy, że taka sytuacja nie jest niczym nowym. Niepokoje społeczne rozlały się na cały Iran już na przełomie lat 2017/2018. Szalę goryczy z powodu ciągłych podwyżek cen żywności przechyliła rosnąca wartość jajek, które dla ajatollahów okazały się swoistymi „czarnymi łabędziami”. W trakcie kilkutygodniowych demonstracji ulicznych i ataków na siedziby władz oraz koszary KSIR, w starciach z policją zginęło co najmniej 20 osób, a setki zostały aresztowane. Od tego czasu strajkowały niemal wszystkie grupy zawodowe, od nafciarzy i metalurgów, po handlowców i rolników. W sierpniu miały miejsce manifestacje strefy budżetowej na czele z nauczycielami. Oczywiście wszystkie protesty mają podłoże ekonomiczne. Rewolucja islamska miała charakter wybitnie egalitarny, a naftowe dochody pozwalały dotować ceny podstawowych produktów żywnościowych.

ak było dotychczas, ale strajki ekonomiczne szybko nabrały podtekstu politycznego. Dlatego jak mówią opozycjoniści, reżim ajatollahów zapędził się w pułapkę bez wyjścia. Z jednej strony, w gospodarkę uderzyły powtórnie amerykańskie sankcje. Z drugiej strony, w społeczeństwie narasta zapotrzebowanie na zmiany. Nie jest to wyłącznie skutek aspiracji związanych z chwilowym, jak się okazuje, odblokowaniem eksportu i importu. Pod wpływem koncesjonowanego otwarcia na świat Irańczycy się zmieniają, a przede wszystkim rośnie zmęczenie niezmiennymi rządami ajatollahów. Rewolucja islamska bardzo oddaliła się od głoszonych haseł sprawiedliwości społecznej. Gdy zwykli obywatele cierpią coraz większe wyrzeczenia, duchowieństwo i KSIR opływają w dostatki. Nic dziwnego, że na transparentach demonstracji poczesne miejsce zajmuje walka z olbrzymią korupcją.

Co najważniejsze, jednym z głównych żądań jest kontrola nad wydatkami państwa. Mają służyć walce ze stagnacją ekonomiczną w Iranie, a nie eksportowi szyickiej rewolucji do Arabii Saudyjskiej czy Libanu. Przy tym szybko okazało się, że polityczna strona protestów to sprawka konfliktu frakcji w obozie władzy. Rządy sprawuje ekipa prezydenta Hassana Rouhani uchodzącego wśród ajatollahów za reformatora. Przeciwko niemu występują konserwatyści skupieni wokół poprzednika Mahmuda Ahmadineżada. To oni zezwolili na demonstrowanie politycznego niezadowolenia, ale się przeliczyli. Protesty szybko wyszły spod kontroli, dlatego obserwatorzy irańskiej sceny politycznej diagnozują rozwój sytuacji, jak dżina wypuszczonego z butelki.

Według prognoz izraelskiego 9 Kanału telewizji, Irańczycy poczuli smak wolności i nie zechcą z niego zrezygnować. Dlatego polityczny scenariusz jest patowy. Reformatorzy Rouhaniego, którzy wiele postawili na jądrową transakcję i odblokowanie dialogu z USA, tracą obecnie wiarygodność i społeczne poparcie. Decyzja Trumpa wybija im grunt spod nóg. Górę biorą kręgi związane z duchowym, czyli religijnym liderem Iranu ajatollahem Chamenei. Ich fi larem jest KSIR, który z reformatorskiego prezydenta uczynił listek figowy swojej agresywnej polityki zagranicznej. Bilans władzy nie jest więc najlepszy. W listopadzie USA odetną Iranowi 40 mld dolarów, bo tyle wynoszą dochody z eksportu ropy naftowej. W tym samym czasie konserwatyści grożą wznowieniem procesu wzbogacania uranu, a więc powrotem do produkcji broni jądrowej. Regularna armia chwali się nowymi rakietami dalekiego zasięgu, a KSIR jak zawsze obiecuje zetrzeć Izrael z powierzchni ziemi i na potęgę dozbraja szyickie milicje w całym regionie.

Efekt Trumpa może więc zakończyć się bardzo nieoczekiwanym zwrotem. Zamiast liberalizacji Iranu, osiemdziesięciomilionowy kraj wpadnie ponownie w ręce nieobliczalnych konserwatystów, dla których wojna nie tylko z Izraelem, ale także sunnickimi sąsiadami będzie jedynie słuszną kontynuacją rewolucji islamskiej. I nie jest to wcale koniec efektów ubocznych polityki Waszyngtonu. Z chwilą wprowadzenia ponownych sankcji nabiera obrotów konflikt amerykańsko-europejski. Nie da się ukryć, że choć autorem jądrowego kompromisu był Obama, Europa szykowała się najaktywniej do przejęcia beneficjów porozumienia. No może niecała i nie w jednakowym stopniu, bo na sute kontrakty liczyły najbardziej koncerny Niemiec, Francji, Włoch i Wielkiej Brytanii. To państwa, które jeszcze od czasów szacha pozostawały głównymi partnerami handlowymi Teheranu i bardzo chciały powrotu na zajmowane miejsca. Jeśli przyjrzeć się wypowiedziom prominentnych polityków z 2015 r. nie kryli zadowolenia z odblokowania wzajemnych kontaktów.

Za deklaracjami poszły czyny. Francuski „Total” zawarł umowę na zagospodarowanie bodaj największego pola naftowego świata „Południowy Pars” w wysokości nieomal 5 mld euro. W tyle nie pozostały francuskie koncerny samochodowe deklarujące irańską produkcję 400 tys. samochodów rocznie. Europejski Airbus zawarł umowę na dostarczenie Teheranowi 100 pasażerskich liniowców (20 mld euro) z perspektywą na kolejne 400. Tyle bowiem samolotów potrzebuje Iran, aby całkowicie odnowić park narodowego przewoźnika, który obecnie lata maszynami liczącymi ponad 30 lat. Z kolei od 2015 r. współpracę handlową i produkcyjną z Iranem podjęło 10 tys. niemieckich firm. Dla porównania z Rosją handluje 6 tys. tamtejszych podmiotów. Niemieckie koncerny bardzo liczyły na zyskowną rekonstrukcję irańskiego przemysłu wydobywczego, a zwłaszcza maszynowego. Za czasów szacha Berlin dostarczał 40 proc. wszystkich maszyn i urządzeń elektromechanicznych oraz obrabiarek. W każdym razie Wschodni Komitet Niemieckiej Gospodarki deklarował trzy lata temu: „wyrażamy szczerą nadzieję, że rynek irański otworzy się na nasze towary i usługi. Jest to wręcz konieczne z powodu strat ponoszonych w Rosji na skutek europejskich sankcji”.

Dziś po triumfalnym tonie nie ma śladów, bo w następstwie amerykańskich sankcji obejmujących firmy z krajów trzecich współpracujące z Iranem, europejscy potentaci jeden po drugim wycofują się z tamtejszego rynku. Nie ma już śladu ani po „Total”, ani po „Siemensie”. Jest za to morze pretensji do Trumpa, które niedawno zwerbalizował francuski prezydent. Emanuel Macron wezwał do uniezależnienia Europy od USA poprzez stworzenie „bloku finansowego stanowiącego realną konkurencję dla dolarowego dyktatu”.

Najbardziej nieoczekiwanym skutkiem ekonomicznym niezłomności amerykańskiego prezydenta jest przyspieszona penetracja Iranu przez Chiny. W oczach Teheranu wyrastają na jedyną realną alternatywę zachodniego handlu i know-how. Berlin już skarży się, że Pekin zajął 36 proc. tradycyjnego segmentu niemieckiego w Iranie. Swojego miejsca szuka Rosja, która proponuje irańskiemu partnerowi coraz to nowe schematy obejścia naftowego embarga. W tyle nie pozostaje Turcja, a to rodzi obawy przed ostateczną utratą Iranu. Tak w sensie gospodarczym, jak i politycznym, bo bardzo realną staje się oś antyamerykańska z udziałem Pekinu, Moskwy, Ankary i Teheranu.

 

Autor

Poprzedni artykułRuch na krawędzi
Następny artykułDrugi Internet

Najnowsze