9.8 C
Warszawa
wtorek, 4 października 2022

Rewolucja na żądanie

Koniecznie przeczytaj

Ulice Paryża to tradycyjnie ulubiona sceneria dla wielkich rewolucji. O ten bunt władze prosiły się same, prowadząc przez lata politykę opartą na życzeniowym myśleniu.

Gdy latem 2005 roku na ulicach Warszawy trwał bardzo gwałtowny, jak na rodzime warunki, protest górników przeciwko zmianom w systemie emerytalnym, opinia publiczna była zszokowana brutalnością starć. Obrazy policjantów, na których zapaliło się ubranie oraz sceny regularnej bitwy uzmysłowiły wszystkim, że po raz ostatni tego rodzaju wydarzenia miały miejsce jeszcze w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Na szczęście od tego czasu żadna manifestacja w Polsce nie przerodziła się w regularne zamieszki. Wydarzenia z 2005 roku były jednak niezwykle łagodne w porównaniu do wydarzeń, które od połowy listopada destabilizują całą Francję. Tzw. żółte kamizelki – czyli francuska klasa średnia – doprowadziły do wybuchu regularnej rewolucji, która nie przejęła wprawdzie kontroli nad państwem, lecz doprowadziła do wielkiego chaosu objawiającego się m.in. zamknięciem sklepów, stacji benzynowych czy też szkół. W czasie samych tylko sobotnich protestów rannych zostało aż 137 osób, choć był to zaledwie jeden z dni wypełnionych gwałtownymi starciami.

Nowi rewolucjoniści
Nietypowość obecnej rewolucji polega przede wszystkim na tym, że na ulice wyszli niezadowoleni z polityki rządu rodowici Francuzi. Oficjalnie przyczyną buntu był wzrost cen paliwa, a także wysokie bezrobocie i rosnące koszty życia związane z forsowanym przez władze programem ochrony środowiska. W rzeczywistości zaś, jak można było zauważyć po podnoszonych na protestach hasłach, protestujący wystąpili także, a być może przede wszystkim, przeciwko polityce imigracyjnej władz. Na uwagę zasługuje przede wszystkim skład etniczny „żółtych kamizelek”, wśród których dominują rdzenni mieszkańcy Francji. W przeciwieństwie do większości ulicznych rewolt ostatnich lat, które wzniecali przede wszystkim imigranci (jak choćby w 2005 roku, gdy w wyniku zamieszek po śmierci dwóch nastolatków spalono w nieco ponad tydzień blisko 9 tys. samochodów), tym razem „dość” powiedziały te warstwy społeczne, które do tej pory raczej biernie przyglądały się rozwojowi wydarzeń.

Nowi rewolucjoniści to klasa stanowiąca produkt prowadzonej od lat absurdalnej polityki socjalnej. Francja to kraj, który przeznacza średnio największą część swoje produktu krajowego brutto na cele socjalne (31,5 proc. w 2016 roku), wyprzedzając w tym zakresie nawet kojarzone najmocniej z wysokimi transferami socjalnymi kraje skandynawskie. Ponadto, nad Sekwaną i Loarą nieproporcjonalnie silne pozostają wciąż związki zawodowe, które formalnie zrzeszają jedynie 8 proc. pracowników w całym kraju, lecz na mocy obowiązującego prawa we wszystkich firmach zatrudniających co najmniej 50 osób posiadają władzę współdecydowania o bieżącej działalności. Co prawda główne francuskie centrale związkowe odcięły się wyraźnie od przemocy stosowanej przez „żółte kamizelki”, lecz organizowane przez nie od lat protesty przyczyniły się do wytworzenia specyficznej „kultury” dialogu z władzami przy pomocy wielkich manifestacji oraz wysuwania kolejnych roszczeń. Francuski model państwa opiekuńczego stał się inkubatorem dla obecnej rewolucji z kilku względów.

Po pierwsze, wzmocnił kulturę roszczeniową, starannie zarządzaną przez wielkie centralne związkowe. Po drugie zaś, stworzył model zachęcający do masowej imigracji osób z krajów arabskich i afrykańskich. W samym tylko 2017 roku złożono we Francji aż 100 tys. wniosków o azyl, a integracja mniejszości narodowych ewidentnie nie przynosi zamierzonych rezultatów. Francja przedstawia się w tym zakresie niemal najgorzej na całym kontynencie, o czym świadczą istniejące w całym kraju miejskie getta, do których rdzenni Francuzi nie mają już praktycznie dostępu.

Zawiedzeni Macronem
Narastający z roku na rok problem socjalno-imigrancki wystawił polityczne elity na wielką próbę już przy okazji wyborów prezydenckich w 2017 roku, kiedy to na horyzoncie pojawiła się groźba przejęcia władzy przez Marine Le Pen. Francuski establishment postawił wówczas na Emmanuela Macrona, który miał stworzyć nową jakość politycznego przywództwa i zapewnić płynne finansowanie francuskiego państwa opiekuńczego ze strony sektora finansowego, z którego przyszedł do polityki. Macron okazał się jednak mało zręcznym politykiem, który na dodatek podjął kurs godzący w niektóre przywileje pracownicze (m.in. proponując w 2017 roku wprowadzenie większej elastyczności na rynku pracy). Jak się okazuje, czarę goryczy przelała podwyżka podatku ekologicznego na paliwo oraz zapowiedź dużych zmian związanych z planem całkowitej dekarbonizacji do 2022 roku, oraz oparcia gospodarki na odnawialnych źródłach energii.

Wyższe ceny paliw nie byłyby oczywiście w stanie wywołać tak gwałtownych protestów. Przyczyna buntu leży głębiej i jest związana z tym, że obowiązujący we Francji terror politycznej poprawności oraz rozszerzający się zakres stosowania cenzury pod postacią zakazu „mowy nienawiści” przyczyniły się do wytworzenia ogromnych napięć społecznych. Szerokie masy społeczne, którym do tej pory skutecznie dogadzano szerokim strumieniem transferów socjalnych, straciły wiarę w to, że elity faktycznie panują nad sytuacją. Ulice Paryża zaczęły nawet skandować, że „chcą Trumpa”, co można rozumieć jako wyraz braku zaufania do establishmentu forsującego nieustannie swoją ekologiczną i proimigracyjną agendę. Niepokojące w wydarzeniach dokonujących się na ulicach francuskich miast jest to, że do grona pierwotnie protestujących „żółtych kamizelek” dołączają kolejne grupy, nierzadko zawodowych rewolucjonistów. Protestujący coraz śmielej nawiązują do rewolucji 1789 i 1968 roku, a na sztandarach pojawiają się też symbole komunistyczne. Bunty uliczne mają to do siebie, że potrafią podążyć w zupełnie nieoczekiwanym kierunku i nawet jeśli liderom „żółtych kamizelek” wydaje się, że zależy im wyłącznie na osiągnięciu określonych rezultatów, cały protest już dawno zaczął żyć własnym życiem.

Zmiany na horyzoncie
Moment weryfikacji dla Emmanuela Macrona nastąpi dopiero przy okazji wyborów w 2022 roku, lecz już w tej chwili widać, że nie zdał kolejnego ważnego egzaminu. Mając pełne wsparcie głównych mediów oraz biznesu nie potrafił odpowiednio rozładować społecznych napięć, przez co stracił kontrolę nad sytuacją w kraju. W oczach francuskiej klasy średniej były pracownik banku Rothschild & Cie nie jest już wiarygodny. Ulica szuka właśnie jego następcy. Wydarzenia we Francji pokazały przy tym, że poważnemu zachwianiu ulec może struktura całej Unii Europejskiej, dla której oś Berlin- Paryż stanowi wciąż podstawowy fundament. W Niemczech podobny wybuch społecznego niezadowolenia na o wiele mniejszą skalę miał miejsce w sierpniu w Chemnitz po zabójstwie dokonanym przez imigranta. Francuska fronda jest tym bardziej niebezpieczna, że protest „żółtych kamizelek” zdążył się już rozszerzyć i sięgnąć do Belgii i Holandii.

Niewykluczone, że wkrótce na ulice wyjdą także mieszkańcy innych europejskich krajów. Bez względu na to, jaki będzie efekt trwającej obecnie rewolucji, sam jej wybuch miał miejsce niejako na życzenie europejskich elit władzy, które nie wyciągnęły żadnych wniosków z alarmujących zjawisk ostatnich lat. Rosnące roszczenia społeczne, tłumienie uczciwej debaty społecznej w imię poprawności politycznej, nieudany projekt społeczeństwa multikulturowego oraz poważny kryzys imigracyjny wcześniej czy później musiały doprowadzić do wybuchu społecznego niezadowolenia. I nawet jeśli na ulice Paryża w najbliższych dniach wróci spokój, kolejna erupcja społecznego gniewu wydaje się tylko kwestią czasu.

 

Autor

Poprzedni artykułCBA na tropie skarbówki
Następny artykułWojna z Huawei

Najnowsze