20.5 C
Warszawa
wtorek, 28 czerwca 2022

Ratunek w deglomeracji

Koniecznie przeczytaj

Nową ofertą wyborczą dla elektoratu PiS będzie więc w nadchodzących wyborach obietnica przeniesienia części warszawskich urzędów i instytucji do średnich i dużych miast.

 Wicepremier Jarosław Gowin chce uczynić z projektu deglomeracji jedno ze sztandarowych haseł kampanii przed tegorocznymi wyborami parlamentarnymi. Polska pilnie potrzebuje jednak nie tyle przeniesienia urzędów centralnych na prowincję, ile programu decentralizacji władzy z prawdziwego zdarzenia. Od lat praktycznie jedyną instytucją konsekwentnie wzywającą do deglomeracji jest Instytut Jagielloński. Eksperci z tego ośrodka w swoich raportach pokazują, że polska transformacja ustrojowa i gospodarcza przyczyniła się do zastoju, a nawet regresu wielu ośrodków miejskich. Poza rozwijającą się w dość dynamiczny sposób „wielką piątką” aglomeracji (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Poznań), istnieje w Polsce co najmniej kilkadziesiąt ośrodków intensywnie się wyludniających, pozbawionych szansy na podźwignięcie się z ekonomicznego upadku. Lobbing Instytutu sprawił, że na początku ubiegłego roku Senat przyjął do ustawy o Rzeczniku Przedsiębiorców poprawkę z „regułą deglomeracyjną”, umożliwiającą utworzenie siedziby nowego urzędu poza Warszawą. Początkowo Rzecznik miał rezydować w Nowym Sączu, ale ostatecznie skończyło się jak zawsze i na siedzibę kolejnego urzędu centralnego wybrano Warszawę.

Powiatowy elektorat
Na niedawnej konwencji partii Jarosława Gowina Porozumienie padła zapowiedź uruchomienia kompleksowego programu wsparcia dla Polski powiatowej. Autorem koncepcji jest prezydent Chełma, Jakub Banaszek, który w najbliższym czasie ma przedstawić listę urzędów i instytucji szczebla centralnego, które z powodzeniem można by przenieść do regionalnych stolic lub miast, które przed reformą administracyjną z 1999 roku stanowiły siedzibę władz wojewódzkich. Równolegle do tego rząd ma zamiar przedstawić swój własny program poprawy statusu Polski powiatowej. Ogłoszenie zamiaru poważnego potraktowania programu deglomeracji jest bez cienia wątpliwości powiązane ze zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi, w których Prawo i Sprawiedliwość będzie walczyło o utrzymanie władzy. O zwycięstwie tej partii w 2015 roku zadecydowały przede wszystkim głosy wyborców żyjących w „Polsce powiatowej”. Największe poparcie dla partii Kaczyńskiego odnotowano przede wszystkim w tych regionach Polski, które w raportach Instytutu Jagiellońskiego są ukazywane jako najbardziej zagrożone nieharmonijnym rozwojem gospodarczym kraju (mowa m.in. województwach lubelskim, podkarpackim czy też świętokrzyskim).

Zdecydowanie więcej głosów PiS zebrał także na wsi (ok. 50,1 proc.) niż w dużych miastach, gdzie poparło go 31,3 proc. wyborców. Nową ofertą wyborczą dla elektoratu PiS będzie więc w nadchodzących wyborach obietnica przeniesienia części warszawskich urzędów i instytucji do średnich i dużych miast. Hasło to ma jednak dość ograniczoną nośność, gdyż ostatecznie sprowadza się do bliżej nieokreślonych korzyści, niemających bezpośredniego wpływu na życie zwykłego Kowalskiego. W przeciwieństwie do programu 500 plus, który wiązał się z konkretnym skutkiem pieniężnym odczuwanym w portfelu zwykłej polskiej rodziny, program deglomeracji ma o wiele bardziej abstrakcyjny charakter.

Warszawska perspektywa
Potrzeba deglomeracji pogłębią się niemal z każdym rokiem oraz każdym nowym wieżowcem powstającym w komercyjnym centrum Warszawy. W obecnie warszawskie Śródmieście stanowi tak naprawdę jeden, wielki plac budowy, na którym chronicznie brakuje pracowników. Pomimo znaczących podwyżek wynagrodzeń obecnie szacuje się, że w stołecznej branży budowlanej niedobór wynosi stale ok. 40 tys. robotników. Z warszawskiej perspektywy cały kraj przedstawia się zupełnie inaczej, gdyż w niemal wszystkich zestawieniach i statystykach stolica znacząco wyprzedza całą resztę Polski. Pod względem produktu krajowego brutto obszar metropolitarny Warszawy notuje wynik stanowiący aż 196 proc. średniego poziomu całego kraju, a mediana wynagrodzeń w stolicy jest aż o 1700 zł wyższa niż dla całej reszty Polski. Życie polityczne i biznesowe skupiło się w ostatnich latach w centrum administracyjnym kraju, co niestety przełożyło się na alienację całej klasy politycznej, uznającej warunki panujące w Warszawie za reprezentatywne dla wszystkich regionów.

Sukces wyborczy PiS można tłumaczyć m.in. w ten sposób, że politycy tej partii umieli skutecznie przyjąć perspektywę osób żyjących poza Warszawą i wielkimi miastami i odpowiednio do ich potrzeb zmodyfikowali swój program oraz obietnice. Potencjalne przeniesienie części urzędów centralnych do regionalnych stolic jest oczywiście bardzo pożądane, gdyż wraz z urzędnikami wysokiego szczebla wędruje także biznes. Zakres tego zjawiska będzie jednak zawsze ograniczony, gdyż kluczowi politycy i urzędy pozostaną zawsze w Warszawie, a na przyjęcie instytucji centralnego szczebla czeka zbyt wiele regionalnych ośrodków, aby można było liczyć na wymierne efekty. Ten czy inny urząd może wprawdzie wygenerować dla danego miasta dodatkową ilość miejsc pracy, lecz o wiele większe znaczenie ekonomiczne miałoby np. uruchomienie dużej fabryki.

Decentralizacja pilnie potrzebna
Niestety, samo przeniesienie urzędów do lokalnych stolic to dopiero wstępny etap procesu deglomeracji. Gdyby o losie regionalnych ośrodków mogły decydować zwykłe urzędnicze decyzje, „Polskę powiatową” już dawno podźwignęłyby np. Specjalne Strefy Ekonomiczne. O wiele bardziej przydatną reformą byłoby powierzenie lokalnym strukturom samorządowym znacznie większych kompetencji, niż posiadają obecnie. W obecnym kształcie województwa, powiaty czy też gminy nie mają możliwości kształtowania m.in. polityki podatkowej, czy też prawnej na swoich obszarach, gdyż o tych kwestiach decyduje bezpośrednio Warszawa. Przeciwnicy idei deglomeracji Polski wskazują, że pomimo dystansowania całej reszty kraju Warszawa nadal pozostaje w tyle za większością największych aglomeracji Europy, także pod względem przyrostu liczby ludności (szybciej przybywa mieszkańców m.in. w Dublinie, Sofii czy Helsinkach).

Deglomeracja uderzająca w niedostatecznie zaglomeryzowaną stolicę może się więc wydawać zdecydowanie błędnym krokiem. Inaczej rzecz przedstawia się, jeśli spojrzymy na nią z perspektywy całego kraju, z którego w ciągu ostatnich lat za granicę wyjechało ok. 2,5–2,8 mln Polaków, a kolejne 4 mln poważnie rozważa emigrację. Warszawa to prężnie rozwijająca się stolica szybko wyludniającego się kraju, który szansę na awans ekonomiczny stwarza przede wszystkim w dużych ośrodkach miejskich oraz stolicy. Problem leży znacznie głębiej niż tylko upadek regionalnych ośrodków, gdyż dotyczy całego kraju. Odpowiedzią na demograficzne i gospodarcze problemy Polski mogłaby być odważna i daleko idąca ustawa decentralizacyjna, czyniąca z regionalnych ośrodków autonomiczne jednostki współdecydujące o swojej przyszłości. Polskie regiony mogłyby w ten sposób konkurować ze sobą o biznes, obniżając stawki podatkowe, oferując ułatwienia i ulgi oraz konstruować swoje prawo tak, aby ułatwiało życie mieszkańcom.

Od wielu lat Polska traci wielu przedsiębiorców, którzy wobec niekorzystnych warunków systemu podatkowego i ubezpieczeń społecznych przenoszą swoją działalność np. do Czech czy też Wielkiej Brytanii. Tego niekorzystnego trendu można by uniknąć, m.in. wprowadzając większą konkurencję do polskiego systemu podatkowego na wzór amerykański, gdzie poszczególne stany mają bardzo rozbudowane kompetencje w zakresie ustalania stawek podatku dochodowego czy też od sprzedaży. W efekcie amerykański biznes, zamiast uciekać z kraju, rozważa w pierwszej kolejności przenosiny się do innego stanu. W Polsce niekorzystny system prawny i podatkowy skłania najczęściej jedynie do emigracji. Niestety nie wydaje się jednak prawdopodobne to, aby Prawo i Sprawiedliwość chciało przystać na tego rodzaju decentralizację, gdyż zanadto obawia się o utratę kontroli nad życiem politycznym w kraju. Duże miasta stanowią wciąż bastion opozycji, dlatego program ratowania regionalnych ośrodków ograniczy się zapewne do przenosin kilku lub kilkunastu urzędów. Pod względem wizerunkowym będzie to korzystne, ale zdecydowanie nie pomoże „Polsce powiatowej” podnieść się z pogłębiającego się upadku.

Autor

Najnowsze