-0.2 C
Warszawa
piątek, 9 grudnia 2022
Advertisement

Frankowe przepychanki

Koniecznie przeczytaj

Niezależnie jednak od tego, co można sądzić o frankowiczach, problem wręcz krzyczy o systemowe rozwiązanie, tak jak zrobiono to w innych krajach (i systemy bankowe jakoś się nie zawaliły).

Od kilku dni narasta gęsta atmosfera wokół tzw. kredytów frankowych. 19 lutego ambasady Niemiec, Austrii, Hiszpanii i Portugalii wystosowały wspólny list do Andrzeja Szlachty, przewodniczącego sejmowej komisji finansów publicznych, w którym przestrzegają przed przyjęciem ustawy frankowej. Autorzy pisma, nie ukrywając, że zostali zaalarmowani w tej sprawie przez banki, piszą: „Banki wyraziły wobec nas obawy, że z projektem legislacyjnym może się wiązać ryzyko naruszenia fundamentalnych zasad prawa UE”, dalej podnosząc m.in. kwestię kosztów mających sięgać miliardów złotych rocznie, a także okoliczność, iż obowiązkowe wpłaty na rzecz planowanego, kontrolowanego przez państwo funduszu restrukturyzacyjnego, mające stanowić odsetek od ich portfela kredytowego, mogą zostać uznane za „wywłaszczenie”. Tu przypomnijmy, że procedowany projekt ustawy zakłada, iż banki swoje „wkłady” do funduszu mogłyby odzyskać po przewalutowaniu kredytów na złotówki, co ma je „zachęcić” do negocjacji z frankowiczami. W związku z tym, piszą dyplomaci, „spółki dominujące banków, które zainwestowały w Polsce, mogłyby na podstawie dwustronnych umów inwestycyjnych (BIT) rozważać wystąpienie z pozwem” (cyt. za wPolityce.pl).

Z kolei, jak podał „Dziennik Gazeta Prawna”, Raiffeisen Bank rozesłał list m.in. do prezydenta Andrzeja Dudy, premiera Mateusza Morawieckiego oraz prezesa NBP Adama Glapińskiego, w którym ostrzega, że będzie domagał się rekompensat za spodziewane „szkody”. Krótko mówiąc, mamy do czynienia z niedwuznacznymi pogróżkami, choć trzeba przyznać, że sformułowanymi bardziej dyplomatycznie, niż słynny list ambasador Mosbacher w obronie TVN. Na marginesie – to aż niewiarygodne, że przez tyle lat pozwalaliśmy sobie wmawiać, że „kapitał nie ma narodowości”. Jak się okazuje – ma i to bardzo konkretną, a gdy zachodzi potrzeba, potrafi zaprząc do obrony swych interesów służby dyplomatyczne – najbardziej bowiem na ustawie ucierpiałyby właśnie banki zagraniczne z wymienionych na wstępie krajów.

Druga rzecz, to wciąż nierozwiązany problem umów BIT (na ich likwidację naciska nawet KE), zawierających procedurę ISDS, pozwalającą pozywać zagranicznemu inwestorowi państwo przed międzynarodowy arbitraż na praktycznie dowolną kwotę (wystarczy, że banki wyliczą sobie księżycowe „straty”, jak to miało miejsce przy poprzednich projektach ustaw frankowych). Jest to permanentny miecz Damoklesa wiszący nad głową rządu, dający o sobie znać przy różnych okazjach – pozwami grożą też np. zagraniczne koncerny medialne, ilekroć powraca sprawa dekoncentracji mediów. Kolejna kwestia, to lobbying Związku Banków Polskich, postulującego ograniczenie zmian jedynie do Funduszu Wsparcia Kredytobiorców (czyli w praktyce, pożyczek na spłatę kredytów frankowych). Co więcej, z uczestnictwa w pracach sejmowej komisji wycofało się reprezentujące klientów stowarzyszenie „Stop Bankowemu Bezprawiu”. Wedle relacji stowarzyszenia, podczas posiedzenia komisji przewodniczący Andrzej Szlachta nie dopuszczał jego przedstawicieli do głosu – w przeciwieństwie do ZBP oraz Konfederacji Lewiatan.

Jak już informowałem na tych łamach, frankowicze jednak nie odpuszczają i przygotowują pozew zbiorowy przeciw Skarbowi Państwa – jak na ironię wykorzystując zalecenie Jarosława Kaczyńskiego, by kredytobiorcy „brali sprawy we własne ręce” i dochodzili sprawiedliwości w sądach. Jest tajemnicą poliszynela, że PiS-owi w sprawie problemu frankowego „wychłódło”, kiedy okazało się, że frankowicze są w większości zwolennikami opozycji (głównie PO – 29 proc., na PiS głosuje jedynie 19 proc. frankowiczów – sondaż Kantar dla Instytutu Jagiellońskiego). Jest to o tyle zdumiewające, że PiS-owi można co najwyżej zarzucić bierność i stopniowe łagodzenie kolejnych projektów ustaw, podczas gdy Platforma nie dość, że kompletnie ignoruje temat, to podczas swych rządów aktywnie przeciwdziałała rozwiązaniu problemu na forum międzynarodowym. Przypomnijmy, że kiedy Sąd Najwyższy Węgier skierował sprawę kredytów frankowych do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, rząd Ewy Kopacz wystosował pismo straszące zapaścią sektora bankowego – zachował się więc niczym branżowy lobbysta. Złośliwie powiem, że takie preferencje polityczne ugruntowują wizerunek frankowiczów jako lemingów z „Miasteczka Wilanów”, którzy uważają, że PiS to „obciach”, bo tak usłyszeli w TVN-ie.

Niezależnie jednak od tego, co można sądzić o frankowiczach, problem wręcz krzyczy o systemowe rozwiązanie, tak jak zrobiono to w innych krajach (i systemy bankowe jakoś się nie zawaliły). To zwyczajnie kwestia elementarnej praworządności – są dalece posunięte wątpliwości co do samej natury i legalności produktu, umowy zawierane z klientami są najeżone klauzulami abuzywnymi, co znajduje potwierdzenie w kolejnych wyrokach sądowych, wreszcie – w wielu przypadkach owe „kredyty” są nie do spłacenia, co czyni je, cytując klasyka, „nowoczesną formą niewolnictwa”. To chyba wystarczające powody, nieprawdaż?

 

Autor

Poprzedni artykułCzeski raj rosyjskiego wywiadu
Następny artykułLepsza Merkel

Najnowsze