22.7 C
Warszawa
wtorek, 28 czerwca 2022

Lobbyści z cienia

Koniecznie przeczytaj

Ukryty lobbying

Z ukrytego lobbingu korzystają zarówno wielkie międzynarodowe korporacje, jak i grupy zawodowe, na ugrupowaniach politycznych kończąc. Ukrywanie bowiem faktycznych beneficjentów działań wywierania wpływu zwyczajnie się opłaca.

W 2005 r. w Polsce spróbowano zalegalizować lobbing, czyli wpływanie na władzę polityczną w celu załatwienia określonych interesów. Chociaż słowo „interesy” i „lobbowanie” źle się kojarzy, to w wielu przypadkach działalność lobbingowa jest korzystna dla ludzi i dotyczy spraw naprawdę ważnych, tak dla całego społeczeństwa lub konkretnych grup. W założeniu ustawodawców rejestracja działalności lobbingowej miała służyć przejrzystości całego procesu tworzenia prawa, aby było wiadomo, kto i dlaczego optuje za jakimś rozwiązaniem. Wszystko dlatego, że – jak zauważył jeden z najwybitniejszych ekonomistów XX wieku, noblista, prof. Milton Friedman – w demokracji nie rządzi większość, lecz dobrze zorganizowane mniejszości. Blisko półtorej dekady po wejściu w życie prawa o lobbingu w Polsce wciąż pozostaje on jednak w cieniu. Zamiast bowiem wynajmować zarejestrowanych lobbystów, grupy interesu wolą posługiwać się organizacjami pozarządowymi (tzw. NGO, popularny skrót z języka angielskiego odnoszący się do organizacji, które działają na rzecz pożytku publicznego). Ów pożytek publiczny jest kategorią bardzo pojemną i względną. Nic więc dziwnego, że w tej samej sprawie dwie organizacje pożytku publicznego mogą toczyć zażarty spór, inaczej definiując dobro publiczne. Z tej formy ukrytego lobbingu korzystają zarówno wielkie międzynarodowe korporacje, jak i grupy zawodowe, na ugrupowaniach politycznych kończąc. Ukrywanie bowiem faktycznych beneficjentów działań wywierania wpływu zwyczajnie się opłaca.

Opłacalny biznes
Lobbyści, nie ujawniając, że są lobbystami, mają z tego szereg korzyści. Mogą występować w mediach jako eksperci, przedstawiciele wspomnianych NGO, czyli związków, fundacji, stowarzyszeń. To z kolei sprawia, że mogą brać udział w pracach sejmowych podkomisji tworzących nowe rozwiązania prawne. Takich możliwości zarejestrowani lobbyści już nie mają. Mogę również bez zwracania na siebie uwagi spotykać się z politykami lub urzędnikami. Takie spotkania, jeżeli mają miejsce z lobbystami, muszą być ujęte w notatkach służbowych urzędników. Są one jawne i umieszczane w Biuletynie Informacji Publicznej. Dlatego więc ukrywanie się przez lobbystów za plecami organizacji pozarządowych ma dla nich sens. Lobbyści nie mogą też wchodzić w żadne relacje z politykami czy urzędnikami. Co innego firmy NGO. Te mogą organizować sympozja, zjazdy i wynajmować wykładowców lub prelegentów. To rozwiązanie jest najbardziej popularne bodajże w służbie zdrowia. Lekarze są zapraszani jako wykładowcy na wyjazdy (zwykle w atrakcyjne miejsca) i otrzymują za swoją pracę więcej niż godziwe honoraria. Wszyscy zainteresowani wiedzą, chociażby po profilu działania danego NGO, na czyje zlecenie on działa. W prostych wypadkach lekarze mogą „odwdzięczać się”, wypisując lekarstwa konkretnych firm (co nie oznacza, że źle robią, bo mogą być autentycznie przekonani, że to najlepszy sposób leczenia). W innych wypadkach występują jako eksperci w procesach ministerialnych, w których zapadają decyzję o refundacjach konkretnych terapii czy leków.

W wypadku producentów aparatów słuchowych czy rozruszników serca będą oni za pośrednictwem stowarzyszeń pacjentów zabiegać o to, aby były one (dla dobra pacjentów oczywiście) wymieniane jak najczęściej – dzięki refundacji. Jeżeli rozrusznik serca, według europejskich norm, ma działać 5–10 lat, a implant słuchowy 3–6 lat, to w interesie producentów jest oczywiście, aby rząd płacił za wymianę bliżej niższej granicy eksploatacji niż wyższej. Czasem niektóre z takich NGO forsują rozwiązania technologiczne, które może wypełnić tylko jedna firma (zupełnym przypadkiem sponsor pośredni lub bezpośredni takiej organizacji). I znów nie musi to być złe dla pacjentów, lecz brak przejrzystości działań sprawia, że kontrola jest trudna. Gdyby takie postulaty oficjalnie zgłaszali lobbyści, to oczywiście byłoby jasne, że kieruje nimi chęć zysku dla firm, które reprezentują. Jeżeli z takimi postulatami występują stowarzyszenia NGO, założone np. przez rodziców dbających o dobro swoich dzieci, to ich troska o częstsze wymienianie sprzętu dającego życie lub komfort nie może nikogo dziwić.

Kup pan cegłę!
Osobną kategorią wykorzystywania NGO są organizacje ekologiczne. „Kup pan cegłę!” – taką propozycję można było usłyszeć, spacerując po odbudowywanej po wojnie Warszawie. Jeżeli delikwent nie wyrażał zainteresowania, to otrzymywał kilka ciosów cegłą. Według tej zasady działają dziś dziesiątki tzw. stowarzyszeń ekologicznych, będących w rzeczywistości maszynkami do zarabiania pieniędzy na przedsiębiorcach, którzy chcą coś wybudować. Jeżeli ci nie ugną się przed szantażem, nie kupią ekspertyzy lub nie przekażą darowizny, to stowarzyszenie swoimi protestami opóźni budowę o kilka lat. Straty z powodu opóźnień mogą sięgać milionów złotych, więc przedsiębiorcy często zaciskają zęby i płacą szantażystom. Tak wychodzi taniej. Przedsiębiorcy są bezradni, bo organizacje ekologiczne nie muszą mieć osobowości prawnej ani składać sprawozdań, nie muszą mieć nawet adresu, aby działać i protestować w całej Polsce. Takich stowarzyszeń ekologicznych są w Polsce setki, jeżeli nie tysiące. Powstają nawet tam, gdzie o ekologii nie słyszano. Z reguły są to tzw. stowarzyszenia zwykłe, o uproszczonym charakterze. Nie mają bowiem osobowości prawnej, za to posiadają zdolność prawną. Do ich założenia wystarczą trzy osoby, które muszą uchwalić regulamin (nie statut) i wyłonić swojego reprezentanta. W przeciwieństwie do tzw. stowarzyszeń rejestrowych nie muszą być nawet wpisane do Krajowego Rejestru Sądowego, wystarczy je tylko zgłosić właściwemu terytorialnie organowi nadzorującemu. W praktyce oznacza to umieszczenie ich nazwy w wykazie stowarzyszeń.

O ile założenie takiego stowarzyszenia jest łatwe, o tyle znacznie trudniej je rozwiązać. Zakaz działalności stowarzyszeń zwykłych może wydać wyłącznie sąd na wniosek prokuratora lub organu nadzorującego, i to w ściśle określonych wypadkach (mówi o tym art. 16 ustawy o stowarzyszeniach). Założone w ten sposób stowarzyszenie ekologiczne, jak już wspomniano, może uczestniczyć na prawach strony w postępowaniach administracyjnych dotyczących środowiskowych uwarunkowań zgody na realizację inwestycji. Organizacji ekologicznych boją się również urzędnicy. Pseudoekolodzy są bowiem w stanie nawet ich pomówić i złożyć do prokuratury zawiadomienie o rzekomej korupcji przy podejmowaniu decyzji środowiskowej. Dotychczas problemem pseudoekologów nikt się nie zainteresował. Warto mieć świadomość, że za tą radosną twórczość na samym końcu płacimy my, konsumenci. Przedsiębiorcy muszą bowiem wkalkulować w koszty podatek na łapówki dla ekoterrorystów. Rachunkiem za ukryty lobbing jest zaś brak wiedzy, kto i dlaczego stara się przekonać polityków i urzędników do swoich racji. Nie każdy ukryty lobbing jest szkodliwy, jednak nie ma się co oszukiwać wśród tych, którzy starają się być niewidoczni są też tacy, którzy uważają, że ujawnienie rozwiązań, które proponują, nie przysporzy im aprobaty. Jest jak w kultowym filmie „Rejs”: pan płaci, pani płaci, społeczeństwo płaci.

 

Autor

Poprzedni artykułHistoryczna wycena
Następny artykułApple zagrozi Facebookowi?

Najnowsze