22.9 C
Warszawa
poniedziałek, 4 lipca 2022

Wzrost, który został spadkiem

Koniecznie przeczytaj

Ogłoszone przez GUS dane wskazują, że wzrost PKB w pierwszym kwartale nieco wyhamował. Opozycja nie ma jednak co liczyć na to, że gospodarczy wskaźnik wykaże wkrótce, że rządy PiS oznaczają katastrofę, gdyż program 500 plus wkrótce na nowo podbije tempo wzrostu.

Gdy w 2008 roku wybuchł światowy kryzys gospodarczy wywołany przez lekkomyślną politykę pieniężną amerykańskiego banku centralnego niemal każda gospodarka z krajów zachodnich znalazła się pod kreską w zakresie wszystkich najważniejszych wskaźników ekonomicznych, ówczesny premier Donald Tusk triumfował. W pamięć zapadła przede wszystkim zorganizowana przez niego specjalna konferencja prasowa na tle mapy z zabarwionymi na czerwono krajami dotkniętymi kryzysem oraz wybijającą się spośród nich Polską jako „zieloną wyspą”.

Zabieg ten okazał się marketingowym strzałem w dziesiątkę, a korzystne wskaźniki gospodarcze: spadające bezrobocie, wzrost PKB, wyhamowująca inflacja, czy też produkcja przemysłowa stały się kluczowym dla Platformy Obywatelskiej czynnikiem wpływającym na pozytywny odbiór jej rządów. Co prawda opublikowane później dane wykazały, że na przełomie 2012 i 2013 roku wartość produktu krajowego brutto nieznacznie spadła, lecz umiejętnie prowadzona propaganda sukcesu sprawiła, że uwaga społeczeństwa została skierowana na inne tory.

Złoty cielec PKB

Wzrost PKB w Polsce jest po 1989 roku traktowany jako podstawowy barometr zmian zachodzących w polskiej gospodarce. W trakcie boomu poprzedzającego wybuch kryzysu wskaźnik ten rósł w tempie nawet 6,7 proc. rocznie, co stawiało Polskę w szeregu najbardziej dynamicznie rozwijających się krajów świata. Ostatnimi czasy PKB rośnie już wprawdzie na poziomie ok. 3,0 – 3,5 proc., co stanowi już zdecydowanie mniej imponujący wynik. Nawet uwzględniwszy fakt, iż kraje „starej” Unii Europejskiej rozwijają się w tempie nieco ponad 1 proc., Polska ma szansę nadgonić zaległości w zakresie wspomnianego wskaźnika najwcześniej w ciągu 40 lat, choć podobne prognozy dało się już słyszeć dwie dekady temu.

Ogłoszone przez Główny Urząd Statystyczny dane wykazujące mniejszy niż prognozowany wzrost PKB (3 proc. zamiast spodziewanego 3,5 proc.) został tymczasem wykorzystany przez polityków i dziennikarzy kwestionujących rządy Prawa i Sprawiedliwości do wykazania, iż oto właśnie „zielona wyspa” znika z mapy Europy. Choć spadek dynamiki wzrostu nie jest porażający, czyni się liczne sugestie, iż partia Jarosława Kaczyńskiego rozpoczęła właśnie demontaż zasad, które gwarantowały do tej pory Polsce pozycję jednego z liderów wzrostu PKB w naszej części Europy.

Osoby, które w mniejszym niż zakładano wzroście PKB upatrywałyby pierwszych symptomów uwiądu nośnego medialnego wskaźnika spowodowanego złymi rządami czeka jednak spory zawód. Wedle przyjętych standardów obliczania w skład PKB zalicza się także wydatki rządowe, których bez wątpienia w najbliższym czasie raczej nie ubędzie. Mowa przede wszystkim o wydatkach rządowych związanych z programem 500+, który rocznie ma pochłaniać ok. 20 mld złotych i zgodnie z założeniami wpływać na zwiększone zakupy detaliczne.

Zamiast dalszego spadku dynamiki wzrostu PKB należy się raczej spodziewać, o ile oczywiście nie nastąpi żadne gwałtowne tąpnięcie w światowej gospodarce, iż czczony przez wielu wskaźnik będzie rósł, a polityczny straszak w postaci „niszczenia gospodarki” przez PiS nie będzie miał żadnej racji bytu. Polska gospodarka z jej coraz silniejszym eksportem oraz poprawiającym się popytem wewnętrznym jest w stanie przetrwać nawet utarczki z zachodnimi agencjami ratingowymi i inwestorami, którzy będą zapewne coraz drożej wyceniać polski dług oraz wpływać na osłabianie się złotówki. Pokazuje to los wskaźnika PKB Węgier, które swoją analogiczną polityczną odyseję z unijnymi politykami oraz międzynarodową finansjerą rozpoczęły już kilka lat wcześniej, a obecnie ich produkt krajowy brutto odnotowuje wciąż stabilne wzrosty.

Niemiarodajny wskaźnik

Prawdziwy problem ze wskaźnikiem wzrostu produktu krajowego brutto polega przede wszystkim na tym, iż obliczając go ekonomiści uwzględniają także wydatki państwa. Dzięki tej właśnie metodzie polski PKB zyska wkrótce za sprawą programu 500+ dodatkową dynamikę. Gdyby jednak wydatki rządowe faktycznie napędzały gospodarkę, wówczas rząd powinien wydawać jak najwięcej pieniędzy, co jednak postawiłoby budżet w niezwykle trudnej sytuacji. Ponadto, środki na rządowe „inwestycje” pochodzą z podatków, które uszczuplają zasoby inwestycyjne sektora prywatnego. W gruncie rzeczy więc nie dowiemy się nigdy, czy gospodarka nie rozwijałaby się szybciej, gdyby zamiast obciążania podatkami przedsiębiorstw pozwolono im na swobodny rozwój.

Mechanizm liczenia produktu krajowego brutto skupia się także na produktach finalnych, które wyprodukowano w danym okresie. Taki sposób liczenia całkowicie pomija szereg istotnych czynników, jak chociażby jakość tychże towarów, istnienie szarej strefy, czy też fakt, iż w okresie gospodarczej hossy wartość poszczególnych rynków i towarów może być znacząco zniekształcona. Gdy w czasie boomu poprzedzającego kryzys 2008 roku w Stanach Zjednoczonych zbudowano tysiące drogich domów, ich wartość została wliczona do PKB, lecz później okazało się, że była to wartość jedynie iluzoryczna.

Wreszcie, gdyby wierzyć wskaźnikowi PKB, należałoby uznać, iż Rosja (nawet pomimo obecnego kryzysu związanego z niskimi cenami ropy naftowej) jest krajem względnie rozwiniętym. Tymczasem bogactwo pochodzące z eksploatacji surowców naturalnych jest na Wschodzie konsumowane przez stosunkowo nieliczną grupę beneficjentów, co nie przeszkadza jednak temu, aby rosyjski PKB pozostawał na bardzo przyzwoitym poziomie.

Ponieważ wskaźnik produktu krajowego brutto jest od lat kwestionowany jako niemiarodajny oraz wykrzywiający gospodarczą rzeczywistość, od dłuższego czasu jako jego substytut kreowany jest wskaźnik rozwoju społecznego HDI. Wskaźnik ten obliczany jest jednak na podstawie dość arbitralnych czynników jak chociażby długość życia, wspomniany PKB per capita, czy też oczekiwana liczba lat edukacji dzieci. Choć trudno odmówić wskaźnikowi HDI zdolności uchwycenia pewnych istotnych elementów przekładających się na jakość życia, w sporej mierze i tak jest on niezwykle zawodny. Najlepszą ilustracją jest chociażby, wysoka pozycja Polski, która pomimo wysokiej oceny tzw. jakości życia nadal stanowi kraj wyludniający się i nie umiejący powstrzymać procesu zarobkowej emigracji.

Najbardziej rzetelny wskaźnik

Najbardziej rzetelnym wskaźnikiem rozwoju danego kraju są w ostateczności płace. Dynamika ich wzrostu od lat pozostaje niezadowalająca, a niewątpliwy wzrost PKB nie przekłada się wciąż na podniesienie poziomu wynagrodzeń. Obecnie średnie wynagrodzenie nad Wisłą wynosi ok. 4350 zł brutto, czyli ok. 756 euro na rękę. Tymczasem nawet w najbiedniejszym kraju tzw. starej Unii, czyli Grecji, średnia płaca jest wciąż o połowę wyższa, nie wspominając już o Niemczech, czy Francji, gdzie zarabia się średnio prawie trzy razy więcej niż w Polsce.

Choć jeszcze dekadę temu zarobki w Polsce były średnio niemal o połowę niższe niż obecnie, kraje, które Polska zamierza dogonić, w tym czasie również nie próżnowały. Należy także pamiętać o tym, że średnie wynagrodzenie nie jest równie miarodajne w ocenie poziomu życia ludności co mediana wynagrodzeń. Dane dotyczące tego wskaźnika pokazują dobitnie, że pomimo wielkiego postępu w zakresie PKB i osiągnięcia pułapu 60 proc. „starej Unii” w zakresie zarobków pozostaje wciąż wiele do nadrobienia.

W rzeczywistości więc, gdyby obecna opozycja chciała przypuścić szturm na rząd Prawa i Sprawiedliwości, powinna obrać sobie za cel dynamikę wzrostu wynagrodzeń. Rząd Beaty Szydło wprowadził już płacę minimalną na poziomie 12 zł za godzinę pracy, co jak do tej pory nie znalazło żadnego przełożenia na wzrost wynagrodzeń (i raczej nie znajdzie). Jeśli więc opozycji faktycznie zależy na przyłapaniu rządzącej ekipy na niefrasobliwości w zakresie zarządzania gospodarką, powinna skupić się na płacach. Produkt krajowy brutto to wskaźnik, który interesuje przede wszystkim statystyków, ekonomistów i inwestorów – zwykły człowiek chce po prostu lepiej zarabiać.

Autor

Poprzedni artykułRak trawi NSA?
Następny artykuł„Lewa” kasa na boisku

Najnowsze