18.7 C
Warszawa
czwartek, 6 października 2022

Ekstraklasa z kasą, ale bez klasy

Koniecznie przeczytaj

Polskie kluby dostają „bęcki” od biednych amatorów.

Miało być jak nigdy, wyszło jak zawsze. Polskie kluby po raz kolejny zrobiły z siebie pośmiewisko na europejskim podwórku. Mistrz Polski, Piast Gliwice, w dziecinny sposób odpadł już w I rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów, bijąc tym samym niechlubny rekord, jeśli chodzi o długość przygody polskich klubów w tych rozgrywkach. Cracovia Kraków też została wyproszona z piłkarskich salonów, zanim jeszcze postawiła na nich obydwie nogi. Skompromitowała się również Legia Warszawa, która co prawda przeszła do dalszej fazy eliminacji do mniej prestiżowej Ligi Europy, ale zrobiła to w stylu godnym pożałowania. Stan na 2019 rok jest zatem taki, że od 1993 roku tylko trzy polskie kluby dostąpiły zaszczytu gry w Lidze Mistrzów (1995 r. – Legia Warszawa, 1996 r. – Widzew Łódź, 2016 – Legia Warszawa). Oczywiście na lata 90. trzeba patrzeć z pewnym przymrużeniem oka. Wszak polska liga była wówczas mocno poobijana pod względem finansowym oraz organizacyjnym, toczyła ją korupcja oraz romanse z półświatkiem przestępczym. Tak było kiedyś, ale teraz polska ekstraklasa jest jedną z bogatszych lig w naszym regionie. Wystarczy powiedzieć, że wartość rynkowa samej Legii Warszawa to prawie połowa wartości całej białoruskiej ligi. I cóż jednak z tego, skoro mistrza Polski eliminuje klub z… Białorusi. To jednak nic w porównaniu z kabaretem, jaki w ostatnich latach odstawia warszawska Legia, walcząca jak równy z równym z amatorami, którzy następnego dnia po meczu rozchodzą się do normalnej pracy.

Warszawskie pośmiewisko w Europie
Pieniądze nie zawsze gwarantują jakość i triumfy, to prawda. Można wydać setki milionów na piłkarza, który dobrze wygląda w reklamie smartfonów, ale na boisku jest egoistą, nie szuka współpracy z kolegami, olewa treningi i nie identyfikuje się ze swoim klubem. Taki opis jak ulał pasuje do Brazylijczyka Neymara, za którego francuski PSG wywalił 222 mln euro, a w zamian otrzymał rozkapryszonego i nadętego młodzika, bojkotującego treningi i publicznie krytykującego swojego pracodawcę. To jednak przykład ekstremalnie marginalny i wyjątek od reguły, którą dobrze zdefiniował Zbigniew Boniek, mówiąc, że „piłka nożna to biznes – rządzą ci, którzy mają najwięcej pieniędzy”. W myśl tej zasady Legia Warszawa powinna rok temu jak walec przejechać się po luksemburskim Dudelange i to samo powinna zrobić kilka tygodni temu w dwumeczu z amatorską drużyną z Gibraltaru – FC Europa. „Wojskowi”, ze swoim budżetem, w jednym okienku transferowym mogliby spokojnie wykupić wszystkich zawodników wspomnianych drużyn. Wystarczy powiedzieć, że wartość rynkowa całego zespołu Dudelange wynosi zaledwie 4 mln euro, podczas gdy Legia Warszawa jest wyceniana na ponad 30 mln. Finansowe dysproporcje jeszcze lepiej oddaje inny przykład. Otóż jeden zawodnik „Wojskowych” – bramkarz Radosław Majecki – jest wart więcej niż cały luksemburski klub. Portal transfermarkt.de oszacował jego wartość rynkową na 5 mln euro, a dla porównania najdroższy piłkarz Dudelange kosztuje tylko 300 tys. euro (Belg Charles Morren).

Inne porównanie: stadion mistrza Luksemburga może pomieścić maks. 2 tys. kibiców, natomiast trybuny przy Łazienkowskiej w Warszawie – 30 tys. Jaki był wynik zeszłorocznej potyczki obu klubów? W pierwszym meczu na wyjeździe Legia zremisowała 1:1 i tydzień później musiała gonić wynik na własnym stadionie. Niestety w tej pogoni potknęła się o własne nogi i przegrała 1:2. „Zapisaliśmy się w historii Legii jako prymitywny zespół” – celnie zauważył po meczu pomocnik 13-krotnego mistrza Polski Michał Kucharczyk, zapewniając, że za rok już się nie skompromitują. Minął jednak rok, a Legia znów zrobiła z siebie pośmiewisko na oczach całej Europy. Na początku lipca „Wojskowi” zmierzyli się z amatorską drużyną z Gibraltaru – FC Europa, w skład której wchodzą: kucharze, handlowcy, elektrycy itd. Żeby było zabawniej, klub ten nie dysponuje nawet stadionem spełniającym kryteria UEFA, dlatego też spotkanie zostało rozegrane na sztucznej murawie. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem, a jeżeli ktoś w spotkaniu był lepszą drużyną, to z pewnością nie była nią Legia, która oddała mniej strzałów i przeprowadziła mniej akcji niż jej rywal. Warto przypomnieć, że mówimy o drużynie, której rynkowa wartość wynosi 1,25 mln euro. To zaś oznacza, że w składzie „Wojskowych” znajdziemy dziesięciu zawodników wartych więcej (każdy z osobna) niż cały gibraltarski zespół. Ktoś mógłby teraz stanąć w obronie Legii, bo przecież w drugim meczu zwyciężyła 3:0 i przeszła do dalszej fazy eliminacji. Liczy się jednak nie tylko rezultat, ale również styl, w jakim się go osiągnęło. Piłkarzom „Wojskowych” płaci się średnio 100 tys. zł miesięcznie nie za to, by po mękach wygrywali z „ogórkami”, ale za to, by robili to z przytupem.

Blamaż po krakowsku
Kompromitacji na początku obecnego sezonu nie uniknęła również Cracovia Kraków, która już w I rundzie eliminacji do Ligi Europy została wyeliminowana przez niżej notowaną słowacką Dunajską Stredę. Co prawda rywal „Pasów” nie jest drużyną złożoną z amatorów (jak FC Europa), tym niemniej Cracovia powinna „z urzędu” odprawić z kwitkiem zespół, który w zeszłym sezonie zakończył krajową ligę na 3. miejscu. Na korzyść krakowskiego klubu przemawia porównanie danych finansowych obu zespołów. Streda jest bowiem warta zaledwie 7,5 mln euro, podczas gdy wartość Cracovii szacuje się na 12,5 mln. Również zestawienie wydatków na transfery wypada na korzyść polskiego klubu. Otóż w ubiegłym sezonie klub należący do Janusza Filipiaka (właściciela firmy Comarch, którego majątek „Forbes” wycenił na 614 mln zł) na zakup nowych zawodników przeznaczył 570 tys. euro, natomiast Słowacy odpowiednio – 200 tys. Dowodem na ekonomiczną przewagę Cracovii jest również porównanie najdroższego transferu obu klubów. W wypadku 5-krotnego mistrza Polski będzie to zakup Czecha Jaroslava Mihalika w sezonie 2017/18 za 850 tys. euro. Natomiast Dunajska Streda najwięcej jednorazowo wydała przed rozpoczęciem obecnego sezonu, płacąc 500 tys. za Kolumbijczyka Erica Ramireza, który – nomen omen – strzelił Cracovii gola na wagę awansu do dalszej fazy eliminacji (dwumecz zakończył się remisem 3:3, jednak to Słowacy przeszli dalej, ponieważ strzelili więcej bramek na wyjeździe).

Piast nie obronił honoru ligi
Spośród polskich zespołów, które w tym sezonie walczyły o europejskie puchary, tylko Piast Gliwice musiał uporać się z porównywalnym – finansowo oraz sportowo – rywalem. W I rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów na drodze gliwickiego klubu stanął białoruski BATE Borusów, który regularnie gości na europejskich salonach, o czym polskie kluby mogą tylko pomarzyć. Wystarczy przypomnieć, że BATE aż pięciokrotnie występował w fazie grupowej Ligi Mistrzów (sezony: 2008/2009, 2011/2012, 2012/2013, 2014/2015 i 2015/2016) oraz dwukrotnie w Lidze Europy (2009/2010, 2010/2011). Zatem doświadczenie zdecydowanie przemawiało na korzyść rywala zza wschodniej granicy. Jednak argumenty finansowe były nieznacznie po stronie mistrza Polski. Wartość rynkowa Piasta wynosi bowiem 13 mln euro, natomiast klub z Borysowa został wyceniony na 12 mln. Gdyby jednak to porównanie kogoś nie przekonywało, to wystarczy dodać, że gliwiczanie reprezentują ligę wartą aż o 120 mln euro więcej! Rynkowa wartość PKO Ekstraklasy wynosi 202 mln euro, podczas gdy białoruska Wyszejszaja Liha jest warta 81 mln. Niestety Piast nie obronił honoru polskiej ligi, tracąc w frajerski sposób dwie bramki w ostatnich minutach dwumeczu.

Gorsi od Azerbejdżanu i Kazachstanu
Mizerne występy w tegorocznych rozgrywkach europejskich doprowadziły do spadku Ekstraklasy o trzy pozycje w rankingu UEFA – z 24. na 27. miejsce. Obecnie wyprzedzają nas półamatorskie ligi z Izraela, Kazachstanu, a nawet z Azerbejdżanu. Ta ostatnia (azerbejdżańska Premyer Liqasi) jest warta zaledwie 61,23 mln euro, zaś średnia wartość rynkowa jednego zespołu wynosi 7,65 mln, podczas gdy klub Ekstraklasy „kosztuje” przeciętnie 12,6 mln. Różnicę w finansowym potencjale potwierdza również porównanie najbardziej wartościowych zawodników rozgrywek. W polskiej Ekstraklasie będzie to Robert Gumny (Lech Poznań), który został wyceniony na 5 mln euro, natomiast najdroższy gracz Premyer Liqasi jest wart ok. 1,6 mln (Richard – pomocnik Qarabağ Ağdam, 7-krotnego mistrza Azerbejdżanu). Gdyby ranking UEFA uwzględniał wyłącznie wartość rynkową danych rozgrywek, wówczas polska liga powinna uplasować się o 10 pozycji wyżej, wyprzedzając: Kazachstan, Białoruś, Szwecję, Izrael, Norwegię, Szkocję, Serbię, Chorwację oraz Cypr. To zestawienie potwierdza opinię wielu komentatorów, którzy twierdzą, że Ekstraklasa jest produktem ładnie opakowanym, z drogimi prawami do transmisji, relatywnie wysokimi wynagrodzeniami, jednak z niską jakością piłkarską. „Jak możemy mieć wysoki poziom w lidze, skoro grają w niej przeciętni piłkarze?” – zapytał niedawno retorycznie Zbigniew Boniek, komentując kiepskie występy polskich drużyn w europejskich rozgrywkach. Niestety już na początku tego sezonu przekonaliśmy się, że w najbliższym czasie wcale nie będzie lepiej. Ekstraklasie po piętach depczą ligi: słowacka, bułgarska i słoweńska. Niewykluczone zatem, że niedługo polskie rozgrywki znajdą się w czwartej dziesiątce rankingu UEFA.

Autor

Poprzedni artykułDroga nowoczesność
Następny artykułNowa stara rewolucja

Najnowsze