-0.3 C
Warszawa
czwartek, 8 grudnia 2022
Advertisement

Odlot marszałka

Koniecznie przeczytaj

Pampersy i papierosy

W 1995 r. szwedzka wicepremier musiała odejść z polityki, bo zapłaciła kartą służbową za batonik czekoladowy, pampersy i papierosy. W Polsce nadużywanie publicznych stanowisk do celów prywatnych pozostaje bezkarne.

Prawie ćwierć wieku temu w 1995 r. kariera Mony Sahalin, wschodzącej gwiazdy szwedzkiej polityki w randze wicepremiera, nagle się załamała, bo wyszło na jaw, że wykorzystała kartę służbową do prywatnych zakupów. Kupiła za to batonik czekoladowy, pampersy i papierosy. W połączeniu z faktem, że przy okazji zainteresowania mediów wyszło, iż nie płaciła abonamentu na media publiczne i zalegała z opłatami za parkowania, musiała złożyć mandat i na wiele lat zniknąć z polityki. W Polsce nadużywanie publicznych stanowisk do celów prywatnych pozostaje bezkarne. Marszałek Sejmu Marek Kuchciński, który wydał miliony złotych, wykorzystując państwowe samoloty i śmigłowce w prywatnym transporcie swoim i swojej rodziny uważa, że sprawę zamyka stwierdzenie „przepraszam tych, którzy poczuli się obrażeni, ale prawa nie złamałem”. Niestety prywata w Polsce jest tolerowana na różnych poziomach władzy. O ile urzędy skarbowe potrafią ścigać przedsiębiorców i sprawdzać, czy nie korzystają w weekendy ze służbowych aut, robiąc prywatne zakupy, to urzędnicy państwowi sami dla siebie nie są już tacy surowi.

Wszyscy umoczeni
Jesienią 2014 r. wybuchła tzw. „afera madrycka”. Trzech wpływowych polityków PiS Adam Hofman, Mariusz Antoni Kamiński i Adam Rogacki zakończyło kariery polityczne. Zostali przyłapani na tym, że ich służbowy wyjazd do Hiszpanii okazał się tak naprawdę przelotem tzw. tanimi liniami lotniczymi. Różnica między kosztami podróży samochodem, a kosztami tanich linii miała zostać w kieszeniach posłów. Chociaż PiS na polecenie Jarosława Kaczyńskiego dość szybko wyrzucił trefnych posłów z „politycznych sań”, to sprawa ucichła z innych powodów. Okazało się bowiem, że praktycznie wszyscy politycy, niezależnie od opcji, traktowali rozliczenia kilometrówek jako sposób na dorabianie do pensji. Wystarczyło tylko, że w mediach pojawiły się informacje, iż kilometrówki rozliczali Bronisław Komorowski (w czasach, gdy był marszałkiem Sejmu, a więc miał służbowy transport) i sam Donald Tusk, gdy był szefem klubu parlamentarnego Platformy. Sprawa była tak powszechna, że zapanował milczący rozejm. Wszystkie siły polityczne w Polsce uznały, że drążenie tego tematu grozi anihilacją niemal całej naszej klasy politycznej. W ten sposób narodził się kompromis umoczonych, a także przyzwolenie na cwaniactwo kosztem podatników. Kolejne afery z rozliczeniami kilometrówek wybuchają jednak niemal cyklicznie. Politycy bowiem traktują to nie jak zwrot kosztów przejazdów, lecz dodatek do pensji.

Ta choroba braku szacunku do publicznych pieniędzy dotyczy nie tylko polityków. W grudniu 2016 r. Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że Sąd Najwyższy musi ujawnić dane dotyczące wydatków kart służbowych, bo stanowi to informację publiczną. Niby wszystko jest przecież oczywiste – to na co wydaje się pieniądze podatników, powinno być jawne. Prof. Gesdorf, pierwszy prezes Sądu Najwyższego, a więc było nie było, najważniejszy sędzia w Polsce… nie uznała wyroku NSA. Powołała się przy tym na treść przysięgi sędziego, która brzmi „Ślubuję uroczyście jako sędzia Sądu Najwyższego służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej, stać na straży prawa, obowiązki sędziego wypełniać sumiennie, sprawiedliwość wymierzać zgodnie z przepisami prawa, bezstronnie według mego sumienia, dochować tajemnicy prawnie chronionej, a w postępowaniu kierować się zasadami godności i uczciwości”. No i zdaniem sędziów SN „tajemnica prawnie chroniona” to też na co wydają służbowe pieniądze. Skandal, który wówczas wybuchł sprawił, że SN opublikował dane dotyczące wydatków z kart, jednak podał tylko zbiorcze kwoty, bez wyszczególnienia na co zostały wydane pieniądze. Fakt, że najważniejsi sędziowie w Polsce uznali, iż nie muszą się tłumaczyć podatnikom, co robią z ich pieniędzmi, szokuje.

Lotny marszałek
Nic więc dziwnego, że marszałek Sejmu Marek Kuchciński nie uważa za stosowne podać się do dymisji. Rządzi zasada, że skoro praktycznie wszyscy politycy, niezależnie od opcji, traktują pieniądze podatnika jakby się im należały, to nie widzi powodu, dla którego w jego wypadku miałoby być inaczej. PiS jednak wygrywał wybory pod hasłami przywrócenia uczciwości w życiu publicznym i wprowadzenia innych standardów. PiS został wybrany, bo ludzie mieli dość systemu klienckiego, który stworzono tuż po transformacji ustrojowej w 1989. W czasach I Rzeczpospolitej klientami nazywano motłoch szlachecki głosujący tak jak kazały im utrzymujące ich domy magnacki. Podobnie było w polityce. Członkowie partii politycznych, a także ci, którzy celują w państwowe stanowiska, w znacznej części uczestniczą w grze o władzę nie po to, aby coś zmienić na lepsze, tylko po to, aby dostać „michę” dla siebie, kolegów i rodzin. W Polsce, niestety, polityka nie jest powołaniem do ciężkiej służby publicznej, lecz sposobem na życie. Zawodowi polscy politycy są ludźmi, którzy w życiu rzadko kiedy coś osiągnęli. Ci, którzy mają piękną kartę opozycyjną z bagażem wiedzy o PRL snują się po politycznych salonach od 30 lat.

Większość naszych polityków z ubóstwa stara się zrobić cnotę. Ludzie, którzy zarabiają miesięcznie po 10 tys. zł i więcej, notorycznie wykazują brak oszczędności i minimalny majątek w oświadczeniach majątkowych. Mamy więc do czynienia bądź z utracjuszami, bądź z osobami ukrywającymi prawdziwy majątek. Marszałek Kuchciński deklarując wpłatę na Caritas 28 tys. zł, jako swoistej „dobrowolnej karze” za szastanie publicznym groszem, nie wytłumaczył, skąd ma pieniądze, skoro w oświadczeniach podaje iż ma 15 tys. zł oszczędności. Większość znaczących polityków ma rozdzielność majątkową z żonami i nawet to, co widać, jest kompletnie nieprzejrzyste. Były wieloletni premier i wicepremier i szef PSL Waldemar Pawlak pewnego pięknego dnia zbiedniał praktycznie do zera (przepisał zapewne na kogoś majątek) i przestał się przejmować oświadczeniami majątkowymi. Jak zauważył słynny pogromca Adolfa Hitlera, brytyjski premier Winston Churchil „polityka to nie zabawa, to całkiem dochodowy interes”. Do tej pory pozostaje tajemnicą, jak przystępując do II wojny światowej zadłużony po uszy, skończył ją jako milioner. Dla PiS i dla Polski lepiej by było, gdyby marszałek Kuchciński zniknął z polityki. Chociażby po to, aby jego koledzy zaczęli się mitygować i szanować pieniądze tych, którzy na nich łożą.

Autor

Najnowsze