-0.2 C
Warszawa
piątek, 9 grudnia 2022
Advertisement

Bałtyk w ogniu

Koniecznie przeczytaj

Krwawe walki o Mierzeję Wiślaną

Gdańsk zmasakrowany atakiem jądrowym. Krwawe walki o Mierzeję Wiślaną. Dymiące ruiny Sopotu i Kołobrzegu. Aberracje? Nie, na naszych oczach Bałtyk staje w ogniu. Dlaczego morze pokojowej współpracy przekształca się w akwen wojennej konfrontacji?

“14 czerwca 2019 r. okręty uczestniczące w manewrach BALTOPS trzymając się wód międzynarodowych podeszły do rosyjskiego wybrzeża. Jednostki NATO użyły środków walki radioelektronicznej do osłabienia sygnałów naszych radiolokatorów, radarów systemów obrony powietrznej oraz przeciwrakietowej. Flota Bałtycka odpowiedziała wzmocnieniem elektronicznej kontroli rejonu ćwiczeń bloku północnoatlantyckiego” – tak brzmi komunikat Narodowego Centrum Zarządzania Obroną Federacji Rosyjskiej. Czytelnicy znający literaturę wojenną zwrócili zapewne uwagę na mocno frontowy język informacji, czemu towarzyszy fala buńczucznych komentarzy rosyjskich ekspertów i mediów.

„Systemy rakietowe Iskander w Kaliningradzie to odpowiedź na agresywne zbliżanie wojskowej infrastruktury NATO do rosyjskich granic” – mówi dyrektor Instytutu Planowania Strategicznego. Aleksander Gusiew dotyka istoty problemu, którym jest wzajemna nieufność NATO i Rosji. Zapomina jednak dodać, że źródłem niebezpieczeństwa jest wojskowa polityka zagraniczna Putina, wywołująca nieprzewidywalność Moskwy. Tak czy inaczej, wg Gusiewa militarne działania Rosji „są jedynie próbą wyrównania parytetu sił. Blok północnoatlantycki ma bowiem nad nami przewagę w uzbrojeniu i potencjale wywiadowczym”. Odzwierciedleniem takiego punktu widzenia jest narastająca militaryzacja obwodu kaliningradzkiego i całej zachodniej flanki (wschodniej NATO) Rosji.

„W tegorocznych manewrach Floty Bałtyckiej, krypt. «Oceaniczna tarcza» wzięło udział: 50 okrętów bojowych, 20 jednostek logistycznych oraz 50 samolotów, śmigłowców i bezpilotowców” – z dumą informuje Russia Today. Telewizyjna propagandówka wyjaśnia, że to „obronna reakcja na serię bałtyckich manewrów NATO w Polsce oraz na Litwie i w Estonii, podczas których ćwiczono zablokowanie rosyjskich okrętów w bazach: Kronsztad i Bałtijsk”. Podsumowaniem rosyjskiej strategii w regionie jest październikowy wywiad prasowy, w którym minister obrony Siergiej Szojgu oświadczył: „Rosja od dawna znajduje się w stanie wojny z Zachodem. Na razie informacyjnej, ale stroną prowokującą jest NATO”.

Tymczasem w sierpniu, a więc kilka tygodni wcześniej, na niewielkiej wyspie Gogland zamykającej wejście do Zatoki Fińskiej, wylądowały rosyjskie śmigłowce transportowe. Grupy saperskie zbudowały w kilka godzin całodobowe lądowiska wraz z zapleczem inżynieryjnym i nawigacyjnym. Jak skomentował operację „The Wall Street Journal”: „Nowa baza, zdolna do przyjęcia wszystkich typów śmigłowców wojskowych, jest według rosyjskiego prezydenta kolejnym środkiem psychologicznego szantażu wobec bałtyckich sąsiadów”. Przecież od zakończenia zimnej wojny należąca do Rosji wyspa była pozbawiona strategicznego znaczenia, a zatem instalacji wojskowych. Jednak już trzy lata temu rosyjskie samoloty zrzuciły na Gogland pokazowy desant spadochronowy. Wojskowy spektakl był dedykowany USA i Europie. Zachodni liderzy podczas warszawskiego szczytu NATO ustalali wówczas twardą reakcję na politykę Kremla w naszym regionie, a więc także w akwenie Morza Bałtyckiego.

Natomiast w ubiegłym roku wyspę wizytował sam Putin, wraz z Szojgu i dowódcą Floty Bałtyckiej, admirałem Nikołajem Jewmienowem. Wylądowali w ramach ekspedycji Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, co nie zmienia faktu, że wkrótce na Goglandzie powstały nie tylko lądowiska, ale stacje radiolokacyjne, a także walki radioelektronicznej. Wcześniej czy później zapewne pojawi się uzbrojenie ofensywne. Kapitan US Navy Jerry Hendrix, obecnie komentator „National Review”, prognozuje: „Uderzenie Putina na Bałtyku to jedynie kwestia czasu”. Zatem właściwe jest nie pytanie: czy, tylko jak i kiedy? Nieprzypadkowo Agencja TASS poinformowała, że do 2022 r. Flota Bałtycka otrzyma sześć konwencjonalnych, ale za to bardzo cichych okrętów podwodnych uzbrojonych w pociski samosterujące Kalibr. Takie same, którymi Rosjanie niszczyli Syrię. Nie licząc rozmieszczonych w obwodzie kaliningradzkim Iskanderów oraz brzegowych systemów „Bastion” i „Bał” o zasięgu 600 i 240 km, przeznaczonych do zatapiania nawodnych sił NATO. A także słynnych S-400, które razem tworzą tzw. obronę antydostępową. Oznacza to, że siły powietrzne, morskie i lądowe Sojuszu spieszące na odsiecz Polsce, Litwie, Łotwie i Estonii zostaną zablokowane, a w przypadku użycia głowic jądrowych zniszczone setki kilometrów od celu. Dlatego litewski parlamentarzysta Laurynas Kaśćiunas nazwał rosyjską militaryzację Bałtyku „kością w gardle europejskiej obrony”. Dodał jednak, że w odróżnieniu od zimnej wojny, „głównym wyzwaniem regionalnego bezpieczeństwa jest brak amerykańskich dywizji, które kiedyś stacjonowały w Niemczech”.

Z tego punktu widzenia rosyjscy sztabowcy wybrali Gogland nieprzypadkowo. Skalista wysepka jest położona 40 km od estońskiej stolicy – Tallina i 55 km od Helsinek. Odcina szlaki morskiej komunikacji bałtyckich członków NATO od reszty Sojuszu oraz ewentualną pomoc skandynawskich aliantów, Finlandii i Szwecji. A propos tej ostatniej, rosyjska militaryzacja Bałtyku rodzi w Sztokholmie obawy największego kalibru. Sveriges Radio poinformowało że rozmieszczenie w Kaliningradzie ofensywnych Iskanderów zdolnych do przenoszenia głowic jądrowych to najpoważniejsze zagrożenie dla szwedzkiego bezpieczeństwa. Z ich powodu dowództwo szwedzkiej marynarki wojennej przeniosło się do podziemnych schronów wyspy Myske, znajdujących się 40 km od stolicy. Jak publicznie oświadczył minister obrony Peter Huktqvist: „jedynym państwem zdolnym do zaatakowania nas bronią atomową jest Rosja”. Podobne obawy żywi Norwegia. Jesienią portal AldriMer podniósł alarm z powodu „infiltracji trudno dostępnych odcinków granicy przez rosyjski specnaz”.

Jak się okazuje, od kilkunastu miesięcy (a może lat beztroski), oficerowie rosyjskich sił specjalnych zakamuflowani, jako myśliwi i poszukiwacze ekstremalnych wrażeń, przenikają na terytorium sąsiada przez podbiegunową granicę. Po co? A co powiedzieć o fińskich lękach? Są tak silne, że na podstawie specjalnej uchwały parlamentu wyposażone w szerokie uprawnienia jednostki policji i kontrwywiadu przeprowadziły niezwykłą operację. Przeszukano wszystkie nieruchomości i farmy leżące w pobliżu jednostek wojskowych oraz obiektów wrażliwej infrastruktury, takich jak lotniska, elektrownie, stacje przesyłowe. Ustalano, czy właścicielami nie są przypadkiem rosyjscy „biznesmeni” z GRU. Fobie? Nie bardzo, bo Putin jest naprawdę pewny siebie. Podczas spotkania z fińskim kolegą żartował ponuro: „NATO jest gotowe walczyć do waszego ostatniego żołnierza”. Pytał: „Naprawdę tego chcecie?”. Nie dziwi więc komentarz analityka Helsińskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Charly Saloniusa-Pasternaka: „Jeśli budzisz się rano, a za oknem ciągle nie ma wojny, to znak, że wszystko jeszcze jest w porządku”. Z naciskiem na jeszcze.

NATO się budzi
„Tegoroczna seria bałtyckich manewrów NATO była największą w historii od zakończenia zimnej wojny” – poinformowała Deutsche Welle. Co więcej, ćwiczenia BATLTOPS były pierwszym sprawdzianem amerykańskiej II Floty, reaktywowanej 12 miesięcy wcześniej. Do prezydentury Baracka Obamy, a szczególnie do czasu rozpadu ZSRR, II Flota odgrywała kluczową rolę. Jej zadaniem było udaremnienie próby przedarcia na Atlantyk rosyjskich podwodnych krążowników rakietowych stacjonujących pod Murmańskiem. Ponadto okręty USA chroniły Cieśninę Duńską przed Flotą Bałtycką, zabezpieczając w ten sposób konwoje zaopatrzeniowe dla amerykańskich dywizji w Europie. Jakie cele postawiono obecnie przed II Flotą? Jej dowódca, admirał Andrew Lewis mówi wymijająco: „To reakcja na zmianę globalnej sytuacji bezpieczeństwa, ale nasza obecność nie jest skierowana przeciwko jednemu państwu”. To ostatnie jest jednak mało prawdopodobne, choćby w kontekście informacji norweskich mediów.

Latem tego roku wilcze stado rosyjskich okrętów podwodnych z Murmańska, w tym osiem atomowych, przedarło się skrycie na Morze Północne i Atlantyk. Dlatego we wrześniu odbyły się kolejne manewry NATO. W ćwiczeniach noszących kryptonim „Północne Brzegi” zespoły okrętów ponownie zamykały Cieśninę Duńską oraz Bałtyk na linii Kolonia-Bornholm. Scenariusz operacji zakładał, że była to reakcja na próbę zajęcia przez teoretycznego przeciwnika strategicznej wyspy, co zagrażało swobodzie żeglugi na Morzu Bałtyckim. Reakcja NATO nie jest zaskoczeniem, tylko kardynalnym zwrotem. Sojusz nadrabia opóźnienia, wywołane mylnym przekonaniem, że głównym wyzwaniem bezpieczeństwa jest globalny terroryzm, a nie Rosja. Niestety, mamy coraz mniej czasu. Albert A. Stahel z Instytutu Badań Strategicznych w Zurychu mówi: „Dotychczasowa strategia wojskowego wzmocnienia Litwy, Łotwy i Estonii, a nawet Polski to porażka NATO”. Potrzebny jest albo radykalny wzrost liczebności kontyngentów Sojuszu i zbrojeń konwencjonalnych, albo zmiana retoryki na jądrową. Inaczej mówiąc, Stahel proponuje, aby kwatera główna w Brukseli przesłała Moskwie bezpośredni komunikat: jeśli naruszycie suwerenność bałtyckich członków, Sojusz odpowie bronią atomową.

Wyraz zaniepokojenia dał również były już głównodowodzący wojskami NATO w Europie. Podczas marcowego wysłuchania w Kongresie USA generał Curtis Scaparottii oświadczył: „Jestem wstrząśnięty gwałtownym wzrostem potencjału militarnego Rosji i faktem, że Europa ponownie znalazła się w centrum uwagi Kremla”. Wojskowy dokonał przeglądu uzbrojenia zainstalowanego w Kaliningradzie oraz przytoczył fakty wspólnych rosyjsko-chińskich ćwiczeń na Bałtyku oraz największych w Europie manewrów „Zapad 2017”. Całość podziałała na kongresmenów jak czerwona płachta na byka. W swoim komentarzu niemiecki „Focus” potwierdził, że według kongresmenów sytuacja powraca do zimnowojennej normy. A to oznacza, że na wysokości Bornholmu region bałtycki został ponownie przecięty demarkacyjną linią wrogich wpływów. Za podsumowanie narastających obaw elit politycznych USA niech posłuży redakcyjny komentarz: „Putin pręży muskuły na Bałtyku, który z morza współpracy gospodarczej – zamienia się w strefę wojenną”.

Polskie wyzwania
Nie można się dziwić reakcji Waszyngtonu, który reaktywując 2 Flotę przysyła bałtyckim sojusznikom – szczególnie Polsce – mocny sygnał. USA zwiększają wojskową obecność pod hasłem: będziemy was bronić. Tak więc to, co zdaniem gadzinówki Sputnik jest „modelowaniem konfliktu zbrojnego NATO–Rosja na Bałtyku”, dla Warszawy urasta do rangi gwarancji, potwierdzającej strategiczny sojusz polsko-amerykański. Na tym nie koniec, ponieważ Pentagon wyznacza Polsce kluczową rolę w potencjalnej bitwie o Bałtyk. Kpt. Hendrix na łamach „National Review” wskazuje, że NATO nie da rady pomóc Litwie, Łotwie i Estonii bez mobilizacyjnego ośrodka zorganizowanego w Gdańsku. Ekspert przyjmuje za punkt wyjścia strategiczne założenie Warszawy, zakładające, że Polska nie obroni się przed rosyjską agresją bez obronnego wzmocnienia Litwy, Łotwy i Estonii. Jednak aby sojusznicza pomoc dotarła na czas, musi powstać gdański hub NATO pełniący funkcję logistyczną w dziedzinach: zaopatrzenia w amunicję i paliwa, ewakuacji i leczenia rannych, wreszcie koordynacja morskich, powietrznych i lądowych konwojów Sojuszu.

Jest tylko jedno „ale”. Wcześniej NATO musi obezwładnić Kaliningrad. Antydostępowa strefa budowana przez Rosjan zagrozi przede wszystkim polskiemu portowi, a nadzieja jego zastąpienia przez morskie bazy Niemiec lub Danii mija się z celem ze względu na odległość. Tymczasem uderzenie morskich pocisków Kalibr i lądowych Iskanderów zetrze z powierzchni ziemi nie tylko Gdańsk, ale polską infrastrukturę brzegową, którą NATO może wykorzystać na Bałtyku w wojnie z Rosją. O tym, że amerykańscy wojskowi zdają sobie sprawę z powagi sytuacji, świadczy wypowiedź dowódcy oddziałów amerykańskich w Europie gen. Jeffreya Lee Harrigiana: „W razie potrzeby przełamiemy kaliningradzki system obrony powietrznej, stanowiący filar rosyjskiej strefy antydostępowej na północno-wschodniej flance NATO”. Jak dowcipnie uzupełnił szef sztabu US Air Force gen. David Goldfein: „Rosyjska obrona powietrzna na Bałtyku jest jak szwajcarski ser, a my wiemy, w którą z dziurek skrycie przeniknąć”. Z kolei „The Breaking Defence” opublikował przeciek informacji z Pentagonu, według której armii amerykańskiej wystarczy 48 godzin na obezwładnienie rosyjskiej grupy wojsk w obwodzie kaliningradzkim oraz Floty Bałtyckiej. 14 dni zajmie zaś rozgromienie północno- zachodniej flanki Rosji.

Odpowiedź Moskwy była natychmiastowa. Premier Dmitrij Miedwiediew pouczył: „Lepiej, żeby gen. Harrigian zajął się skutecznością amerykańskiego parasola antyrakietowego w Arabii Saudyjskiej”. Był to przytyk do niszczycielskiego ataku jemeńskich dronów (produkcji irańskiej) na urządzenia wydobywcze giganta naftowego Saudi ARAMCO bronione przez systemy Patriot.

Dla nas ważniejsza jest groźba, która z akceptacji Kremla padła w propagandowych mediach. Wojskowy ekspert Russia Today prognozuje, że jakikolwiek atak na Kaliningrad oznacza automatyczny wybuch III wojny światowej. Rosja odpowie natychmiastowymi lub wręcz prewencyjnymi uderzeniami w obiekty NATO i amerykańskie na terenie Polski i państw bałtyckich, nie zapominając oczywiście o terytorium samych USA (atak na 6–8 miast). Aleksander Zimowskij dodaje: „Jeśli natarcie wyjdzie z Polski, przez jej terytorium błyskawicznie przetoczy się walec naszych czołgów, które po 16 godzinach zatrzymają się przed warszawskim Belwederem”. Jest to aluzja do planów użycia 2 armii pancernej reaktywowanej przez Kreml w celu pełnowymiarowej wojny lądowej w Europie Środkowej. Zadaniem rosyjskich dywizji pancernych będzie opanowanie tzw. Korytarza Suwalskiego, czyli przesmyku oddzielającego obwód kaliningradzki od reszty Rosji. „The Daily Best” nazywa okolicę Suwałk „achillesową piętą NATO”. W przypadku jej zdobycia, rosyjskie czołgi przetoczą się także przez Litwę, a nawet przez Białoruś, co automatycznie rozszerzy wojnę na Bałtyku o cały region Europy Środkowej.

Dlatego fińskie i litewskie analizy wskazują na pilną potrzebę rozszerzenia dotychczasowych kontyngentów NATO. „Obecne batalionowe grupy bojowe rozmieszczone zgodnie ze strategią 4+4 (cztery oddziały w Polsce, Estonii, na Litwie i Łotwie) pilnie wymagają wzmocnienia do szczebla brygadowego”. Wtedy będą zdolne nie tylko do krótkotrwałej walki z Rosjanami, ale do poważnego opóźnienia ich natarcia, aż do czasu mobilizacji obronnej Polski oraz dotarcia głównych sił NATO – kończy analizę Międzynarodowe Centrum Obrony i Bezpieczeństwa (ICDS). Środowiska eksperckie nie mają również wątpliwości, że za rosyjską militaryzacją Bałtyku stoją względy ekonomiczne, a więc ewentualna wojna będzie toczyła się o surowce. Kreml robi wszystko, aby utrzymać europejski monopol gazowy i naftowy, szachując w ten sposób energetycznie Unię Europejską. Największym zagrożeniem są amerykańskie dostawy LNG, dla których głównym szlakiem transportowym jest Bałtyk. Z terminali morskich Polski i Litwy surowiec ma przecież trafiać do innych państw regionu, podważając strategię Moskwy opartą na roli jedynego dostawcy. Ponadto w grę wchodzi zablokowanie rozwoju bałtyckich portów, które stanowią konkurencję dla Petersburga. Jaka grupa finansowa poświęci kapitały dla niepewnych inwestycji na Bałtyku, który może zostać w każdej chwili zamknięty przez rosyjską flotę i armię?

I wreszcie: wbrew pozorom obecna i przyszła sytuacja na Bałtyku ma wiele wspólnego z bitwą o Arktykę. Według amerykańskiej służby geologicznej kryje się tam 13 proc. globalnych zasobów ropy naftowej, 30 proc. zapasów gazu oraz nieznana, ale pokaźna ilość węgla i rud metali. Kwestia panowania w regionie bałtyckim zapewnia bezpieczeństwo, czyli opłacalność eksploatacji i wywozu arktycznych bogactw. Rosja ma w tej chwili przewagę nad USA, UE i państwami Skandynawii, ponieważ dysponuje, tzw. północną drogą morską. Zachód i tu nadrabia zaległości, co bardzo nie podoba się Moskwie. Kreml usiłuje więc wygrać arktyczny wyścig, bezwzględnie eliminując konkurencję. Grozi wojną na Bałtyku i gospodarczą dewastacją infrastruktury niezbędnej w uruchomieniu podbiegunowych bogactw.

 

Autor

Poprzedni artykułBezgotówkowy minister finansów
Następny artykułHakerzy w kapeluszach

Najnowsze