2.1 C
Warszawa
wtorek, 6 grudnia 2022
Advertisement

Broń matematycznej zagłady

Koniecznie przeczytaj

Nie taki Pegasus straszny

Matematyka stała się znaczenie lepszym narzędziem segregacji rasowej i majątkowej niż wszystkie ideologie XX wieku.

W ekranizacji prozy Philipa K. Dicka „Raport mniejszości” opisany jest świat z roku 2054. Jego cechą jest to, że nie ma w nim zbrodni. Dzięki obdarzonym parapsychicznym mocom jasnowidzom przestępcy są aresztowani, zanim popełnią zbrodnię. Takie oskarżenie zostało wysunięte przeciwko komisarzowi Johnowi Andertonowi, który musi zmagać się z oskarżeniami o czyn, który dopiero miał popełnić. Ten absurdalny świat ma coraz więcej wspólnego z tym, w którym żyjemy. Rolę jasnowidzów pełnią jednak skomplikowane modele matematyczne, które na podstawie tzw. metadanych (ang. big data, czyli tego, gdzie, za co, o której płacimy, gdzie się loguje nasz telefon i to, po jakich stronach chodzimy) zaczynają podejmować decyzje mające decydujący wpływ na życie ludzi. W tym wypadku matematyka, chociaż przewiduje przyszłość z wielkim prawdopodobieństwem, to jej działanie tworzy rodzaj „zbiorowej odpowiedzialności”. W wydanej w 2016 r. książce „Weapons of Math Destruction” (Broń matematycznej zagłady) Cathy O’Neil pokazała, jak użycie tych danych w branżach ubezpieczeniowej, reklamowej, politycznej, edukacyjnej sprawiają, że biedni są jeszcze biedniejsi. Matematyka stała się znaczenie lepszym narzędziem segregacji rasowej i majątkowej niż wszystkie ideologie XX wieku.

Nie taki Pegasus straszny
W dobie strachu przed Pegasusem, izraelskim programem służącym do włamywania się na smartfony, ludzie przestali myśleć o tym, co się dzieje z ich danymi. Bezmyślnie przekazaliśmy swoje dane wielkim internetowym korporacjom. Zarówno brexit w Wielkiej Brytanii w 2016 r., jak i zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich USA w tym samym roku było możliwe z uwagi na metadane, które sprzedał specjalistom od kampanii politycznych Facebook. Z pomocą danych, które nieświadomi użytkownicy Facebooka przekazali tej firmie, opracowano najbardziej skuteczną propagandę, aby skłonić ich do poparcia konkretnego rozwiązania politycznego. Algorytmy nie kłamały. Jednak czy przy takim sposobie personifikowania propagandy możemy jeszcze mówić o demokracji? A może mamy do czynienia kontrolą umysłów? Obsługa Pegasusa, jak każdego indywidualnego programu szpiegującego, jest droga i nieefektywna. Oczywiście można zniszczyć jednej osobie, a nawet kilkunastu życie przy pomocy wyciągnięcia prywatnych sekretów, ale nie można sterować przy pomocy Pegasusa społeczeństwem. Do tego służyć mogą metadane. Pod tym względem są one groźniejsze niż jakikolwiek program szpiegujący. Potrafi ą bowiem dać klucz do umysłów i portfeli (a co za tym idzie: przyszłości) milionów ludzi.

Prymitywne polskie podwórko
W Polsce analiza metadanych jeszcze raczkuje. Na razie służby kreatywnie inwigilują nas po staroświecku. Kreatywność polega w tym wypadku na wymyślaniu własnych definicji do obchodzenia prawa. Ponieważ służb nikt nie ściga za to, co robią, wydaje się to zbrodnią doskonałą. Nie bez powodu za rządów PiS nie rozliczono nielegalnej inwigilacji dziennikarzy. Po prostu wszyscy rządzący zakochują się w szpiegach, którzy na ich zlecenie mogą np. lokalizować telefon nieprzychylnego dziennikarza (a więc pośrednio takoż i jego), co rzekomo nie jest inwigilacją w rozumieniu polskiego prawa. Można więc wysłać zgodnie ze wskazaniem lokalizacji funkcjonariusza, aby zobaczył, co też ten dziennikarz (lub dokładniej jego telefon) porabiają. Ba, taki oficer może sobie usiąść i posłuchać, o czym rozmawia ów dziennikarz. Przebywa bowiem w miejscu publicznym i znów: takie „przypadkowe” podsłuchiwanie nie jest traktowane jako inwigilacja. Teraz w służbach opracowuje się opinie, że w ten sam sposób należy interpretować podsłuchiwanie internetowych komunikatorów. Skoro komunikacja dokonuje się na zbiorowych platformach społecznościowych, to w zasadzie tak jakby miało się do czynienia z rozmową w barze. Do czego to prowadzi, najlepiej pokazał wypadek słynnej supertajnej amerykańskiej Narodowej Agencji Bezpieczeństwa (National Security Agency – tłumaczone żartobliwe jako No Such Agency, czyli nie ma takiej agencji) W 2013 r. niezapowiedziana kontrola ujawniła, iż agenci wykorzystywali super skuteczne narzędzia inwigilacyjne do… śledzenia i zdobywania informacji o swoich partnerach.

W Polsce korzystanie przez służby z Pegasusa jest kompletnie poza kontrolą. To, że będzie dochodzić do nadużyć, jest więc pewne. Czy można coś z tym zrobić? Oczywiście. Należy poddać wszystkie inwigilacyjne działania służb kontroli sądów. W przeciwnym wypadku będziemy mieć coraz mniej demokracji, a coraz więcej „demokracji hakowej”, czyli gry interesów opartej na szantażach i wykorzystywaniu nielegalnie zdobytej wiedzy. Angielski filozof Jeremy Bentham żyjący na przełomie XVIII i XIX w. zaprojektował idealne więzienie Panoptikon. Więźniowie nie mieli szansy, aby zorientować się, czy i kiedy są obserwowani, musieli więc zawsze zachowywać się idealnie. Wiele wskazuje na to, że pozwoliliśmy zbudować sobie własny Panoptikon. Znacznie groźniejsze są jednak modele zbudowane na podstawie metadanych. A te praktycznie są chronione. Dziś w Polsce modele te wykorzystywane są przez firmy ubezpieczeniowe i banki. Nie chwalą się tym, bo ta wiedza przeraża, gdyby ktoś z nas orientował się, że fakt, iż w soboty rano kupujemy alkohol w osiedlowym sklepie (i płacimy kartą) może sprawić, iż nasze ubezpieczenie na życie będzie droższe. Albo, że w ogóle go nie dostaniemy? Że fakt uzyskania – bądź nie – kredytu na studia jest zależne od miejsca, w którym spędziliśmy dzieciństwo.

Każdy z nas musi sam zadbać o swój audyt prywatności. Na początek proponuję zacząć korzystać z internetu za pośrednictwem VPN (Virtual Private Network, czyli prywatnej sieci wirtualnej). Takie sieci, jeżeli mają być szybkie, są płatne. Nic co dobre nie jest za darmo. Kosztują ok. 150 zł rocznie. Dzięki temu to, czego szukamy w Internecie, pozostanie tajemnicą i nie będzie mogło posłużyć do tworzenia naszych profili. Kolejnym dobrym sposobem na prywatność jest używanie staroświeckiej gotówki. Nie bez powodu wszelkie rządowe instytucje i banki w Polsce i na świecie nienawidzą tych, którzy unikają płacenia kartą. Brak transakcji kartą to skuteczne ograniczenie wycieku prywatnych danych. Nawet tylko proste ograniczenie tychże transakcji do np. zakupów, którymi nie chcemy się chwalić, czyli np. co kupujemy w aptekach, skutecznie zwiększa naszą prywatność. Tego typu działania oczywiście ograniczają naszą wygodę. Pytanie jednak, czy, aby na pewno zdajemy sobie sprawę z tego, jak mogą być używane dane, które nieświadomie rozdajemy na lewo i prawo?

 

 

W dobie strachu przed Pegasusem, izraelskim programem służącym do włamywania się na smartfony, ludzie przestali myśleć o tym, co się dzieje z ich danymi. Bezmyślnie przekazaliśmy swoje dane wielkim internetowym korporacjom. Zarówno brexit w Wielkiej Brytanii w 2016 r., jak i zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich USA w tym samym roku było możliwe z uwagi na metadane, które sprzedał specjalistom od kampanii politycznych Facebook. Z pomocą danych, które nieświadomi użytkownicy Facebooka przekazali tej firmie, opracowano najbardziej skuteczną propagandę, aby skłonić ich do poparcia konkretnego rozwiązania politycznego. Algorytmy nie kłamały. Jednak czy przy takim sposobie personifikowania propagandy możemy jeszcze mówić o demokracji? A może mamy do czynienia kontrolą umysłów? Obsługa Pegasusa, jak każdego indywidualnego programu szpiegującego, jest droga i nieefektywna. Oczywiście można zniszczyć jednej osobie, a nawet kilkunastu życie przy pomocy wyciągnięcia prywatnych sekretów, ale nie można sterować przy pomocy Pegasusa społeczeństwem. Do tego służyć mogą metadane. Pod tym względem są one groźniejsze niż jakikolwiek program szpiegujący. Potrafi ą bowiem dać klucz do umysłów i portfeli (a co za tym idzie: przyszłości) milionów ludzi. Prymitywne polskie podwórko W Polsce analiza metadanych jeszcze raczkuje. Na razie służby kreatywnie inwigilują nas po staroświecku. Kreatywność polega w tym wypadku na wymyślaniu własnych definicji do obchodzenia prawa. Ponieważ służb nikt nie ściga za to, co robią, wydaje się to zbrodnią doskonałą. Nie bez powodu za rządów PiS nie rozliczono nielegalnej inwigilacji dziennikarzy. Po prostu wszyscy rządzący zakochują się w szpiegach, którzy na ich zlecenie mogą np. lokalizować telefon nieprzychylnego dziennikarza (a więc pośrednio takoż i jego), co rzekomo nie jest inwigilacją w rozumieniu polskiego prawa. Można więc wysłać zgodnie ze wskazaniem lokalizacji funkcjonariusza, aby zobaczył, co też ten dziennikarz (lub dokładniej jego telefon) porabiają. Ba, taki oficer może sobie usiąść i posłuchać, o czym rozmawia ów dziennikarz. Przebywa bowiem w miejscu publicznym i znów: takie „przypadkowe” podsłuchiwanie nie jest traktowane jako inwigilacja. Teraz w służbach opracowuje się opinie, że w ten sam sposób należy interpretować podsłuchiwanie internetowych komunikatorów. Skoro komunikacja dokonuje się na zbiorowych platformach społecznościowych, to w zasadzie tak jakby miało się do czynienia z rozmową w barze. Do czego to prowadzi, najlepiej pokazał wypadek słynnej supertajnej amerykańskiej Narodowej Agencji Bezpieczeństwa (National Security Agency – tłumaczone żartobliwe jako No Such Agency, czyli nie ma takiej agencji) W 2013 r. niezapowiedziana kontrola ujawniła, iż agenci wykorzystywali super skuteczne narzędzia inwigilacyjne do… śledzenia i zdobywania informacji o swoich partnerach. W Polsce korzystanie przez służby z Pegasusa jest kompletnie poza kontrolą. To, że będzie dochodzić do nadużyć, jest więc pewne. Czy można coś z tym zrobić? Oczywiście. Należy poddać wszystkie inwigilacyjne działania służb kontroli sądów. W przeciwnym wypadku będziemy mieć coraz mniej demokracji, a coraz więcej „demokracji hakowej”, czyli gry interesów opartej na szantażach i wykorzystywaniu nielegalnie zdobytej wiedzy. Angielski filozof Jeremy Bentham żyjący na przełomie XVIII i XIX w. zaprojektował idealne więzienie Panoptikon. Więźniowie nie mieli szansy, aby zorientować się, czy i kiedy są obserwowani, musieli więc zawsze zachowywać się idealnie. Wiele wskazuje na to, że pozwoliliśmy zbudować sobie własny Panoptikon. Znacznie groźniejsze są jednak modele zbudowane na podstawie metadanych. A te praktycznie są chronione. Dziś w Polsce modele te wykorzystywane są przez firmy ubezpieczeniowe i banki. Nie chwalą się tym, bo ta wiedza przeraża, gdyby ktoś z nas orientował się, że fakt, iż w soboty rano kupujemy alkohol w osiedlowym sklepie (i płacimy kartą) może sprawić, iż nasze ubezpieczenie na życie będzie droższe. Albo, że w ogóle go nie dostaniemy? Że fakt uzyskania – bądź nie – kredytu na studia jest zależne od miejsca, w którym spędziliśmy dzieciństwo. Każdy z nas musi sam zadbać o swój audyt prywatności. Na początek proponuję zacząć korzystać z internetu za pośrednictwem VPN (Virtual Private Network, czyli prywatnej sieci wirtualnej). Takie sieci, jeżeli mają być szybkie, są płatne. Nic co dobre nie jest za darmo. Kosztują ok. 150 zł rocznie. Dzięki temu to, czego szukamy w Internecie, pozostanie tajemnicą i nie będzie mogło posłużyć do tworzenia naszych profili. Kolejnym dobrym sposobem na prywatność jest używanie staroświeckiej gotówki. Nie bez powodu wszelkie rządowe instytucje i banki w Polsce i na świecie nienawidzą tych, którzy unikają płacenia kartą. Brak transakcji kartą to skuteczne ograniczenie wycieku prywatnych danych. Nawet tylko proste ograniczenie tychże transakcji do np. zakupów, którymi nie chcemy się chwalić, czyli np. co kupujemy w aptekach, skutecznie zwiększa naszą prywatność. Tego typu działania oczywiście ograniczają naszą wygodę. Pytanie jednak, czy, aby na pewno zdajemy sobie sprawę z tego, jak mogą być używane dane, które nieświadomie rozdajemy na lewo i prawo?

Autor

Poprzedni artykułHakerzy w kapeluszach
Następny artykułKaczyński i spółka w panice

Najnowsze