22.9 C
Warszawa
poniedziałek, 4 lipca 2022

Licencja na zabijanie

Koniecznie przeczytaj

Zagrożenie terrorystyczne jest bliżej, niż myślimy.

Liczba Polaków, którzy zginęli z rąk zamachowców, przekroczyła dwudziestkę. Co robi Warszawa, aby ukarać sprawców?

Po teoretyzujmy. Jeśli tematem medialnym jest coraz częściej narodowy arsenał jądrowy, dlaczego nie porozmawiać o zagranicznej obronie polskich obywateli przed terrorystami? Rzecz z pewnością nie leży w chorych ambicjach ani tym bardziej w propagowaniu przemocy. Pozostawmy również na boku rozważania o „państwowym terroryzmie”, bo spora część komentatorów tak właśnie nazywa nadpobudliwość władzy w wykorzystaniu aparatu represji. Zacznijmy od ocen krajowego systemu zwalczania terroryzmu. Uczestnicy konferencji „Terrodebaton-2019” zwrócili uwagę na jego kluczową wadę. Choć ustawa o działaniach antyterrorystycznych z 2016 r. uległa dobrej nowelizacji, praktyka pozostawia wiele do życzenia.

Do największych mankamentów należą zbyt ogólne zapisy. To oznacza trudność w interpretacji, czyli brak pewności działania. Tak właściwych organów państwa, jak i samych antyterrorystów. Choć ostatni mogą już strzelać bez głośnych wezwań „rzuć broń!”. Nabyli prawa do „strzałów specjalnych”. Tylko co z tego, gdy zamachowiec będzie miał na sobie pas śmierci, czyli samobójczą kamizelkę wypełnioną kilogramami trotylu? Użyje ciężarówki (jak w Berlinie), nożyczek (jak w Izraelu) lub po prostu podpali budynek pełen niewinnych ludzi?

Dr Krzysztof Liedl ma rację, gdy zwraca uwagę na błąd systemowy. Jest nim wciąż spóźniona reakcja na wydarzenie, a najczęściej na jego skutki. Mówiąc prościej, działamy, dopiero gdy zamachowiec ma nacisnąć lub naciska spust, przycisk albo jest już w ciężarówce. Nawet jeśli uda się zdobyć wyprzedzające informacje umożliwiające zastopowanie w ostatniej sekundzie, przeszkodą w oddaniu „specjalnego strzału” będzie skomplikowany łańcuszek decyzyjny. Prowadzi najpierw od ministrów i szefów służb specjalnych do premiera, po to wrócić od szefa rządu do tych samych ministrów i szefów służb specjalnych, żeby wydali polecenia komendantom i generałom, a ci przekuli je w rozkazy dla dowódców jednostek policji i sił zbrojnych odpowiedzialnych za nasze bezpieczeństwo. I nie jest ważne, że wszyscy zasiadają w jednym gremium kryzysowym, bo takie nie zdąży się po prostu zebrać. Zbyt skomplikowane, a co gorsza pozwala na przerzucanie się odpowiedzialnością. Oczywiście w razie najgorszego, które prędzej czy później nastąpi. Nie ma wątpliwości co do tego, że w Polsce były i są podejmowane próby zamachów terrorystycznych. Świat stał się nieprzewidywalny, a Polska zbyt zaangażowana w procesy globalne. I co wtedy? Zapewne na końcu „łańcucha pokarmowego” tłumaczeń, dlaczego daliśmy się zaskoczyć i nic nie zadziałało poprawnie, znajdzie się Straż Pożarna, która zbyt późno dojechała na miejsce. I to nie zawodowa tylko ochotnicza, bo ktoś do cholery musi być winny.

A jak to się rozgrywa gdzie indziej? Państwa, które mają za sobą nie tylko paroksyzmy terroryzmu, lecz są stałymi celami zamachowców, dorobiły się prostych do bólu struktur decyzyjnych. Jedynymi kryteriami są efektywność i czas. Działania podejmowane są na podstawie jednoznacznych zapisów prawnych przekutych w procedury działania. Wszystko to służy zapobieganiu, a nie tylko reagowaniu, choć tę kwestię również dopracowano do perfekcji. Przykładem są rządy Françoisa Hollande. Według komentatora operacji specjalnych Vincenta Nouzille, były prezydent Francji zasłynął nudnymi, acz jednoznacznymi i lakonicznymi rozkazami: „Zidentyfikować, namierzyć, zlikwidować”. Hollande wydał ich wiele, bo pozwalało mu na to prawo, a przede wszystkim miał je kto wyegzekwować. Nie bez przyczyny Dyrekcja Generalna Bezpieczeństwa Zewnętrznego (DGSE) jest nazywana „długą ręką Francji, która na całym świecie eksterminuje wrogów Republiki”. Paryż, Waszyngton, Jerozolima, Londyn oraz w zdeprawowany sposób Moskwa, kierują się bowiem jedyną zasadą. Jeśli prewencja to jak najdalej od ulic własnych miast. Jeśli karanie odpowiedzialnych, to na terytorium wroga uderzając w gniazda os. Na tym tle powstaje pytanie, czy wzorem najsprawniejszych służb specjalnych, także nasze potrzebują rozwiązań prawnych oraz ludzi wyposażonych w „licencję na zabijanie”?

Choć sam termin spopularyzował filmowy James Bond, rzecz dotyczy realnych uprawnień państwa do stosowania przemocy. Jego synonimami są pejoratywne „szwadrony śmierci” lub bardziej enigmatyczne „celowe zabójstwa”. Rozważania dotyczą nie tylko operacji zagranicznych, sytuacje bowiem wymagające pozaprawnych działań motywowanych wyższym dobrem bezpieczeństwa publicznego znajdujemy na krajowych podwórkach. Weźmy choćby prerogatywy brytyjskiego kontrwywiadu, które cytując „Guardiana”: „pozwalają tajnym współpracownikom lub oficerom uplasowanym w organizacjach ekstremistycznych popełniać przestępstwa w określonych sytuacjach”. Jak informowały media, specyficzne uprawnienia zostały zaskarżone przez pięć organizacji pozarządowych broniących praw człowieka, a ich obawy dotyczyły „zabijania, stosowania tortur i porywania ludzi bez ponoszenia odpowiedzialności”. Trybunał ds. Instytucji Śledczych Sądu Najwyższego, jedyny organ uprawniony do orzekania w takiej materii, odrzucił skargę. Uznał, że: „Zbieranie informacji wywiadowczych oraz praca agenturalna wymagają określonego zachowania w określonych sytuacjach. […] Co ważne dla służb bezpieczeństwa, pozostaje ważne z punktu widzenia interesu publicznego, a więc obrony obywateli przed szerokim spektrum zagrożeń, szczególnie terrorystycznych”. Z takim wywodem prawników MI5 zgodził się królewski wymiar sprawiedliwości.

Potrzeba?
Wróćmy do Polski. Rośnie rodzima aktywność na arenie międzynarodowej. Po pierwsze coraz silniejsza jest gospodarka, a rolą polityki zagranicznej jest niezbędne wsparcie wymiany handlowej. Mocna pozycja na arenie międzynarodowej tylko ułatwia promocję biznesu. Jeśli stoi za nim realna siła państwa. Po drugie, zobowiązania sojusznicze. Warszawa jest sygnatariuszem ONZ, NATO i UE oraz wielostronnych porozumień, w tym koalicji antyterrorystycznej. Stąd wynika obowiązek zwalczania wyzwań bezpieczeństwa. Wszystko razem przeczy wygodnemu niezaangażowaniu, wyrażonemu sloganem: nasza chata z kraja. Zgodnie z danymi do 2018 r. ponad dwudziestu naszych obywateli poniosło śmierć, stając się ofiarami zamachów terrorystycznych na całym świecie. W tym samym czasie podczas humanitarnych i bojowych misji armii poległo 74 polskich żołnierzy. To nie wszystko, stajemy się bowiem atrakcyjnym celem porwań. Od Czeczenii, przez Liban, Irak po Pakistan. „Łatka” bliskiego alianta USA nie przysparza nam sympatii w wielu regionach świata. Pamiętamy, co działo się, gdy Warszawa gościła konferencję bliskowschodnią. Choć w dokumencie końcowym nie padło oskarżenie skierowane pod adresem Iranu, Teheran zaczął nam grozić. Ostrzegł, że jeszcze popamiętamy.


Przeczytaj też:

Świat bez wstydu

Kosztowny odwrót

Bułgarski trop


A cóż powiedzieć o Rosji, która zdaniem komisji helsińskiej amerykańskiego Kongresu jest według prawa międzynarodowego „sponsorem terroryzmu”? Moskwa zdestabilizowała Syrię, kierując migracyjny potop wprost do UE. Jeden z ekspertów warszawskiego „Terrodebatonu” dr Wojciech Szewko opowiedział o udziale byłych oficerów rosyjskiego, ukraińskiego i białoruskiego specnazu w komercyjnym szkoleniu terrorystycznym bojowników ISIS. Czy takiego postępowania nie można uznać za przykład nieusprawiedliwionego „terroryzmu państwowego”? Zresztą Szewko w kontekście wojny hybrydowej Kremla zadał niezwykle aktualne pytanie. Czy zwracając szczególną uwagę na imigrantów z Syrii i Iraku, jesteśmy przygotowani na niekoniecznie przyjacielską wizytę „specjalistów” z bliższego nam Wschodu? Tym bardziej że niektórzy ze słowiańskich instruktorów ISIS prawdopodobnie bywali w naszym kraju i znają język polski. A jeśli ktoś zapłaci im więcej niż islamiści? W przypadku Rosjan obowiązuje dodatkowo maksyma Putina o tym, że nie ma byłych czekistów. Mogą więc połączyć przyjemną gażę z pożytecznym obowiązkiem patriotycznym. Służby specjalne przecież, tak jak choćby tureckie, nie tylko zwalczają zamachowców, ale i ich wykorzystują, co rodzi problem reakcji na faktyczną wojnę, bez jej formalnego wypowiedzenia.

 Kardynalnym pytaniem jest więc wybór polskiej odpowiedzi na pytanie: czekać aż się coś wydarzy, czy aktywnie temu przeciwdziałać? A jeśli tak to gdzie: w Krakowie i Poznaniu, a może lepiej w Bejrucie lub Bagdadzie? Identyczna dyskusja trwa właśnie w Niemczech. Jest skutkiem morderstwa politycznego dokonanego w Berlinie na Zalimchanie Changoszwili, Czeczenie poszukującym w UE azylu. Śledztwo trwające od lata ubiegłego roku udowodniło udział rosyjskich służb specjalnych (prawdopodobnie FSB). Skandal zakończyła na dniach Angelą Merkel. Zatwierdziła wydalenie dwóch moskiewskich „dyplomatów”, a w rzeczywistości zidentyfi kowanych oficerów wywiadu. W związku z tym były dyrektor Federalnej Służby Wywiadowczej (BND) Gerhard Schindler prognozuje: „W najbliższej przyszłości ilość zabójstw, w których wyraźny jest trop służb specjalnych różnych państw świata, będzie raczej rosła, niż malała”.

Opinię o rosnącej liczbie międzynarodowych zabójstw podziela historyk Christopher Nehring. Według dyrektora Niemieckiego Muzeum Szpiegostwa w Berlinie: „Mamy do czynienia z niepokojącą falą. Przyczyną jest rozpad dotychczasowego porządku międzynarodowego”. W opinii naukowca USA, Rosja i Chiny konkurują z coraz silniejszymi mocarstwami regionalnymi, takimi jak Iran, Arabia Saudyjska czy Turcja. „Ich relacje stają się coraz bardziej szorstkie, a instrumenty radykalniejsze”. Polska może się więc zawczasu przygotować na eskalację przemocy, chroniąc obywateli metodą odstraszania i nieuchronności kary. Może też liczyć, jak dotąd, na instrumenty dyplomatyczne, lecz te właśnie z powodu rozpadu globalnej współpracy zawodzą. Poza tym, ile jeszcze razy MSZ uda się przeprowadzić skuteczne negocjacje, np. z porywaczami?

Możemy też liczyć na pomoc USA i sojuszników z NATO, mających potencjał i doświadczenie. Tyle że ustawia nas to w kolejce petentów. Ponadto ze zobowiązaniami sojuszniczymi też dzieje się nie najlepiej. Zdaniem eksperta Marka Galeottiego zdecydowana reakcja Zachodu na próbę otrucia Siergieja Skripala w Wielkiej Brytanii była raczej wyjątkiem potwierdzającym regułę. „W Europie brakuje solidarności. Jeśli następuje atak cybernetyczny, zamach terrorystyczny lub inny wrogi incydent, dane państwo pozostaje faktycznie sam na sam z problemem i jego skutkami. […] Zabójstwo w Berlinie było więc dla Rosjan testem czy powtórzy się brytyjski precedens”, podsumował Galeotti. Dodać należy, że próba wypadła dla Kremla pomyślnie, co zagraża polskiemu bezpieczeństwu. Jeśli Moskwa, a za jej przykładem inne nieprzyjazne stolice będą prowadziły wymierzone w nas działania terrorystyczne, a wobec braku solidarności Warszawa pozostanie osamotniona, może warto rozważyć powstanie narodowych sił odwetu wyposażonych w „licencję na zabijanie”?

Przykłady?
Żadne państwo świata, a już tym bardziej demokratyczne, nie stosuje przemocy według reguł „wolnej amerykanki”. Niech USA staną się zatem pierwszym przykładem, tym bardziej że mają na „koncie” egzekucję Osamy bin Ladena, szalonego Abu Bakra al-Baghdadi, który stworzył ISIS oraz irańskiego generała Kasema Sulejmaniego. Decyzję eksterminacyjną wydawał zawsze prezydent USA, bo jest głównodowodzącym sił zbrojnych. Ponadto po zamachach 11 września 2001 r. pozwolił mu na to amerykański parlament. Niemniej jednak, jak powiedział agencji „Reuters” prokurator generalny USA William P. Barr: „Donald Trump konsultował legalność operacji przeciwko Sulejmaniemu”. W rozmowie prezydent ujawnił dowody świadczące, że generał KSIR jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego, w związku z tym został uznany „za legalny cel ataku”. Mimo tego prezydent zgodził się na operację wyłącznie w sytuacji „gdy działania Sulejmaniego doprowadzą do śmierci obywatela USA”. Dopiero kiedy proirańskie bojówki proxy zabiły w ataku rakietowym amerykańskiego instruktora w irackiej bazie, siły zbrojne i służby specjalne USA przystąpiły do likwidacji winowajcy. Amerykańska sprawność to rezultat reform systemu bezpieczeństwa w czasie prezydentury Georga W. Busha. Powstały struktury odpowiedzialne za wyprzedzające zapobieganie terroryzmowi na terenie kraju i poza granicami. W tym celu przywrócono „licencję na stosowanie przemocy” tak agentom FBI, jak i CIA. Ostatni mają robić wszystko dla „zebrania odpowiednich informacji”, a to bardzo pojemna definicja.

Choć egzekucji Irańczyka dokonały rakiety przeciwpancerne, Waszyngton wykorzystuje najchętniej agentów i siły specjalne. Tak jest praktycznie a przede wszystkim tanio. Gdy pod koniec lat 90. Al-Kaida napadła na amerykańskie ambasady, prezydent Clinton kazał zbombardować afgańską kryjówkę bin Ladena. Koszt nalotu wyniósł 47 mln dolarów. Osama przeżył, zginęło tylko siedmiu terrorystów, a inteligentne rakiety kosztowały w przeliczeniu na głowę zabitego ponad sześć milionów dolarów. Nieco miejsca trzeba poświęcić francuskiej DGSE. Dyrektoriat to prawdziwa maszyna śmierci. Powstała w 1982 r. jako połączenie wywiadu zagranicznego wojskowego i cywilnego. Mimo że formalnie podlega ministerstwu obrony, na jej czele może stanąć cywil. Byle był absolwentem renomowanej Ecole Nationale d’Administration. Najważniejsze, że w DGSE znajduje się Service Action (Służba Operacji) odpowiedzialna za zagraniczne akcje likwidacyjne. W dużym skrócie, DGSE to oficjalny budżet roczny na poziomie pół miliarda euro. Natomiast Service Action to ok. 800 kadrowych agentów, którzy toczą za granicą ciągłą wojnę w imieniu V Republiki. I wreszcie Rosja. Nawet tam potrzebne było prawo. Jak informowała „Nowaja Gazieta” w 2003 r. powstała tajna instrukcja likwidacyjna FSB. Zagraniczne „szwadrony śmierci” szkoliły się już trzy lata, gdy w 2006 r. dekretem prezydenta Putina otrzymały „licencję na zabijanie”, potwierdzoną następnie przez Dumę. Po wybuchu pasażerskiego samolotu wiozącego rosyjskich turystów z Egiptu w 2015 r. identyczne prerogatywy otrzymał wywiad wojskowy GRU znany dziś z większości zamachów w Europie. Oraz armia, która może na wzór amerykański, francuski i brytyjski bombardować ludzi i cele bez formalnego wypowiedzenia wojny. No dobrze, ale przecież na takie operacje i prawo mogą sobie wyłącznie światowe mocarstwa? Otóż nie. W 2017 r. wietnamska służba bezpieczeństwa porwała w Berlinie byłego funkcjonariusza partii komunistycznej, który oskarżony o malwersacje finansowe uciekł do Niemiec i poprosił o azyl. Rok później tego samego dokonały służby specjalne Singapuru. Porwały Wietnamczyka, który starał się o azyl w tamtejszej ambasadzie RFN. Skorumpowany urzędnik wrócił do Hanoi, a Singapur dostał w Wietnamie inwestycyjny kontrakt warty 2 mld dol. A co powiedzieć o Ukrainie, która odstrzeliwuje „Motorole” i „Giwich”, czyli prorosyjskich watażków z Donbasu z rękoma po łokcie unurzanych w krwi.

Wszystko ładnie i pięknie, jednak najważniejszą dla Polski jest kwestia efektywności „zespołów śmierci”. Czy ich działania doprowadzą do ukarania nie tylko bezpośrednich sprawców, ale właściwych pomysłodawców zamachów oraz porwań? Opinie różnią się tutaj mocno. Józef Korzeniowski, znany bardziej pod literackim pseudonimem Josepha Conrada napisał w 1907 r. powieść „Tajny agent”. Autor uważał bez wątpienia, że terroryzm jest pomysłem na życie nieudaczników i moralnie wątpliwych liderów politycznych. Czy państwo, a szczególnie demokratyczne państwo prawa może odpowiadać w gruncie rzeczy identycznymi metodami? Politolodzy Benjamin Jones i Benjamin Olkien na łamach „American Economic Journal” przedstawili zaskakujące wyniki analizy. Uzyskali odpowiedź, czy państwowe operacje likwidacyjne stały się nietrafionymi decyzjami politycznymi, prowadząc do następstw odwrotnych od zakładanych.

Na przykładzie ponad dwustu zrealizowanych decyzji doszli do wniosku, że zdecydowana większość nie zapobiegła wybuchom wojen ani ich nie zatrzymała. Poprawie nie ulegało bezpieczeństwo obywateli ani sytuacja gospodarcza. Za to operacje specjalne wywoływały niepożądaną eskalację, przyczyniając się do wzrostu napięć. Jednoznacznej odpowiedzi nie daje również prawo międzynarodowe. Portal Washington Pro Files ocenia: „Państwa dotknięte plagą terroryzmu są postawione przed trudnym wyborem. Mogą grać według norm, których z założenia nie respektuje przeciwnik lub podjąć grę według zasad narzuconych przez terrorystów”. Dylemat jest tym większy, że tak jak obecnie, obowiązuje stan formalnego pokoju, a nie wojny. Dlatego kluczową kwestią pozostaje wybór celu. Wykładowca prawa międzynarodowego Uniwersytetu Purdue, Louis Beres wskazuje na konieczność przestrzegania czterech norm. Wyjątkowych okoliczności, które wymuszają operację likwidacji, a szerzej bezwzględne działanie; poszanowania prawa międzynarodowego i krajowego; posiadania dowodów przygotowania zamachu lub porwania, które nie budzą wątpliwości; klarownego przekonania, że inne metody zawiodą, a zabójstwo w imieniu państwa przyniesie więcej korzyści niż strat.

A jednak mimo wszystkich wątpliwości czas nie stoi w miejscu. Czy w 2007 r. demokratyczna wspólnota wierzyła w rosyjski atak cybernetyczny na Estonię? Czy w 2014 r. Zachód wierzył w hybrydowy atak Rosji na Ukrainę, okupację Krymu i rzeź donbaską? Z tego powodu dziś Polska powołała wojska obrony informacyjnej oraz szkoli Obronę Terytorialną do zwalczania hybrydowych zagrożeń. Może nauczeni doświadczeniami i globalnym tempem zmian przedyskutujemy potrzebę „licencji na zabijanie”? Tak na wszelki wypadek. Choćby teoretycznie.

 

Autor

Poprzedni artykułJerozolimskie forum
Następny artykułTransferowe pudła

Najnowsze