12.5 C
Warszawa
wtorek, 27 września 2022

Pożar “Łoszarika”

Koniecznie przeczytaj

Incydent czy prawidłowość?

Śmiertelne wypadki zdarzają we wszystkich armiach świata, lecz palmę pierwszeństwa dzierżą kremlowskie siły zbrojne. Pożar „Łoszarika” to tylko wierzchołek technologicznej degradacji Rosji, zarówno w sferze militarnej, jak i cywilnej. Czy katastrofy mają charakter incydentalny, czy są skutkiem zapaści rosyjskiej infrastruktury? Z pewnością zagrażają władzy Putina, a nawet istnieniu Rosji.

Wielbiciele sensacji oglądają z pewnością serial „Czarnobyl”. To opowieść o największej katastrofie w historii energetyki jądrowej. W 1986 r. wybuch reaktora czarnobylskiej elektrowni atomowej wypchnął do atmosfery kilkadziesiąt ton paliwa jądrowego. Radioaktywna chmura rozpostarła się nad większością Europy.

Sowieckie przekleństwo
Do ekonomicznych skutków należała ewakuacja kilkuset tysięcy osób, olbrzymie straty gospodarcze wynikające ze skażenia gruntów rolnych i oczywiście koszty leczenia oraz utrzymania tysięcy napromieniowanych ofiar. Mniej osób zdaje sobie sprawę z niewymiernych kosztów politycznych Czarnobyla. Katastrofa wykazała kompletną niewydolność ZSRR. Propaganda, mająca oszukać społeczeństwo, tylko rozbudziła narody imperium. ZSRR, uważany za supermocarstwo, okazał się molochem na glinianych nogach. Nie poradził sobie z kryzysowym zarządzaniem, a społeczne i finansowe koszty awarii dopełniły dzieła jego upadku. U podstaw ówczesnych nieszczęść stały jednak dwa czynniki. Pierwszym była zapaść technologiczna, która wynikała z izolacji od osiągnięć zachodniego świata naukowego. Drugim czynnikiem była ideologia komunistyczna, która pozbawiła ludzi poczucia odpowiedzialności. Okazało się, że technologie przemysłowe, wojskowe, a szczególnie niekonwencjonalne są niedopracowane, przestarzałe, a więc z góry niebezpieczne. Jeśli dołączyć do tego brak poczucia elementarnego obowiązku i awaryjnych procedur, nieszczęście było tylko kwestią czasu. A raczej nieszczęścia, bo katastrofa czarnobylska była jedynie wierzchołkiem utajnionej góry lodowej. Radioaktywne wycieki i wybuchy w obiektach przemysłu jądrowego zdarzały się cyklicznie od lat 50. XX w. Tonęły i paliły się atomowe okręty podwodne. Kto wie, że pod koniec lat 70. wydarzył się pierwszy Czarnobyl? W wyniku technologicznej awarii przy produkcji broni biologicznej mieszkańcy Uralu zostali śmiertelnie zarażeni bakteriami gorączki syberyjskiej. Pod koniec istnienia ZSRR waliły się mosty, tonęły statki pasażerskie, wybuchały odwierty gazu i ropy naftowej oraz zderzały pociągi. Liczba zabitych, rannych i kalek szła w dziesiątki tysięcy, aż społeczeństwo powiedziało dość.

Sowiecki spadek
Problem w tym, że współczesna Rosja mieni się prawnym sukcesorem imperium nie tylko na arenie międzynarodowej. Odziedziczyła spadek naukowo-techniczny ZSRR, z którego nader obficie korzysta. Podczas niedawnego exposé Władimir Putin postraszył świat nowymi rodzajami niekonwencjonalnej broni w rodzaju samosterujących pocisków hipersonicznych, a co gorsza rakiet wyposażonych w silniki atomowe. Zachód wstrzymał oddech, ale eksperci przypomnieli, że koncepcje uzbrojenia, nad którymi pracuje rosyjski przemysł, pochodzą z drugiej połowy XX w. Taka jest geneza stosowanych współcześnie rozwiązań technologicznych. Mówiąc wprost, obecny arsenał Kremla (także konwencjonalny) ma co najmniej 50 lat. To nic, że cywilizacja zachodnia wkroczyła w postmodernizm, który cechuje szybkie wdrożenie technologii informacyjnych, nowych materiałów, a przede wszystkim rewolucyjne wykorzystanie zdobyczy intelektualnych w szerokim spektrum życia. Kreml nie może przebierać w ofertach z wielu powodów. Ostatnio środowiska naukowe Rosji doszły do wniosku, że po zakończeniu zimnej wojny Moskwa z kretesem przegrywa wyścig technologiczny, spadając do rangi „drugorzędnego mocarstwa”. Jest to skutek zahamowania demokratycznej i wolnorynkowej transformacji, gwarantujących powstanie kreatywnego, bo wolnego społeczeństwa. Zamiast tego Putin powrócił ze względów politycznych do dominującej roli gospodarczej państwa. Kontrolując strumienie finansowe i uzależniając miliony pracowników sfery budżetowej łatwiej utrzymać władzę. Tym samym Kreml zahamował kompletnie wszelką inicjatywę, również w dziedzinie know-how. Teraz musi wyciągać zakurzone teczki z równie zakurzonymi pomysłami, których realizacja jest obarczona wysokim stopniem ryzyka.

Według ocen rosyjskich analityków wojskowych, Kreml dysponuje archaicznym przemysłem, który nie przeszedł żadnej modernizacji od czasu upadku imperium. O czym mowa, skoro park maszynowy zmniejszył się o połowę w porównaniu z ZSRR. Umiejętność budowy precyzyjnych obrabiarek zanikła w ogóle. A więc na urządzeniach liczących 50 lat pracują jeszcze starsi specjaliści lub niedouczona młodzież, niegarnąca się do statusu klasy robotniczej. Ponadto Rosja obłożnie choruje na holenderską chorobę, czyli przekleństwo gospodarki surowcowej. Po co wymyślać technologie i w ogóle coś produkować, jeśli dochody uzyskiwane z eksportu węglowodorów pozwalają kupić wszystko za granicą? Niestety Putinowi aż za dobrze udało się podtrzymać sowieckie myślenie o pracy i kreatywności. Przecież odpowiednikiem ideologii komunistycznej ogłosił pakt społeczny: my wam dajemy pełną miskę, a wy, Rosjanie, pozwalacie nam rządzić, nie mieszając się do polityki. Tyle że taka strategia zdawała egzamin w czasach surowcowej hossy. Nadeszła dekoniunktura, a wraz z nią stagnacja gospodarcza i konsumpcyjna. Budżet przestała zalewać rzeka petrodolarów. Cóż było robić, skoro obiecane Rosjanom bogactwo nie nadchodzi? Dla utrzymania władzy, Putin rozpoczął konfrontację międzynarodową, zwaną wojną hybrydową. Tylko pod sztandarami oblężonej twierdzy Kreml mógł utrzymać społeczne poparcie. Napotkał jednak opór Zachodu, który w formie embarga odciął nowoczesne technologie, dostawy podzespołów podwójnego zastosowania i cały krytycznie ważny import. Efekt jest taki, że rosyjski przemysł jest przestarzały, importować nie ma skąd lub brak po prostu pieniędzy. Militarna i cywilna infrastruktura zaczynają się rozsypywać, ale nadal obowiązuje hasło wojskowej mocarstwowości. Broń jakoś trzeba produkować, a armia ma trenować. To samo dzieje się w sferze cywilnej opartej na wielkich projektach infrastrukturalnych, takich jak budowa elektrowni atomowych, kosmodromów czy wysokotechnologicznych miejsc pracy.

Pożar „Łoszarika”
Winnym tragedii, która kosztowała życie czternastu doświadczonych oficerów marynarki wojennej, jest Władimir Putin. To nie polityczny slogan, tylko konsekwencja agresywnej polityki zagranicznej Kremla, która wplątała Rosję w wyścig zbrojeń nie do wygrania. Trzymając się rosyjskiej nomenklatury, głębokowodny aparat o napędzie atomowym, znany pod kryptonimami AS-12 lub AS-31 lub pod nazwą „Łoszarik”, to nic innego niż supertajny okręt podwodny. Należy do Głównego Zarządu Badań Podwodnych ministerstwa obrony. Jest to zespół zwany „Hydroanautami” o bardzo wysokim stopniu utajnienia, co pozwala przypuszczać, że w jego kompetencje wchodzi podwodna dywersja, operacje specjalne lub wykorzystanie nowych rodzajów morskiego uzbrojenia. Sam aparat składa się z siedmiu tytanowych kapsuł połączonych śluzami i pokrytych zewnętrznym kadłubem. Oficjalnie nie jest uzbrojony, ale może opuszczać się na głębokość od 3 do nawet 6 km poniżej poziomu oceanów. Wachlarz możliwości czyni zeń unikalny sprzęt obsługiwany wyłącznie przez oficerską załogę z ogromnym doświadczeniem. AS-31 transportuje się na miejsce pod kadłubem specjalnie przystosowanego okrętu podwodnego. Rosja posiada trzy jednostki-matki. Najważniejszym jest pytanie, w jakich okolicznościach doszło do pożaru oraz jakie były jego przyczyny. W obu przypadkach możemy jedynie spekulować, bo jak oświadczył rzecznik prasowy Kremla Dmitrij Pieskow: „Nigdy nie ujawnimy zadania, które realizował okręt”.

Różne scenariusze
Zdaniem wojskowych ekspertów portalu Lenta cel zanurzenia „Łoszarika” na głębokości jedynie 300 metrów, i to w obrębie poligonu marynarki wojennej niedaleko Murmańska, mógł wyglądać następująco. Pierwszym, lecz najmniej prawdopodobnym wariantem było zapoznanie chińskich specjalistów z możliwościami jednostki. Pekin coraz mocniej interesuje się ekonomicznym i militarnym wykorzystaniem Arktyki. Ponieważ Moskwa ma ten sam zamiar (eksploatacja złóż gazowych na szelfie, ocenianych na 12 proc. globalnych zasobów), ale brak jej finansów i technologii. Moskwa dopuściła więc Chińczyków do tajemniczej stacji. Za kolejny scenariusz mogą uchodzić eksperymenty z podwodnym aparatem bezpilotowym „Posejdon”, służącym do przenoszenia głowicy jądrowej. Na taki wariant wskazuje obecność w rejonie atomowego okrętu podwodnego, przewidzianego jako nosiciel „Posejdonów”. W takim razie celem ćwiczeń było dopracowanie współdziałania różnych jednostek pływających i systemów uzbrojenia. Wiadomo za to, czego „Łoszarik” z pewnością nie robił. Rosyjskie ministerstwo obrony najwyraźniej kłamie, twierdząc, że aparat dokonywał specjalistycznych pomiarów dna morskiego. Jak mówią specjaliści, marynarka wojenna ma inne aparaty przewidziane do takich zadań, np. „Mir”. Poza tym od czasów zimnej wojny linia brzegowa nieodległej Norwegii, także w części podwodnej, jest Rosjanom doskonale znana.

Może chodziło o przygotowania do specjalnej misji na innym akwenie? AS-12 jest znana na Zachodzie jako jednostka do zadań dywersyjnych. W ostatnim czasie spędza natowskim sztabowcom sen z powiek. Dysponuje możliwościami przecięcia światłowodowych kabli ułożonych na dnie Atlantyku, które służą połączeniu USA i Europy. Jeśli podmorska łączność zostanie przerwana, nastąpi gospodarczy, finansowy i polityczny chaos, nie wspominając o działaniu Internetu. Rosyjscy eksperci spekulują jednak, że „Łoszarik” przygotowywał się do ustawienia podsłuchów na zachodnich kablach cywilnych lub wojskowych. Być może załoga trenowała ustawienie szpiegowskich urządzeń na systemie SOSUS, służącym NATO do wykrywania rosyjskich okrętów podwodnych opuszczających bazę na Półwyspie Kolskim. I wreszcie, jednostka mogła ćwiczyć układanie elementów rosyjskiego odpowiednika SOSUS, systemu „Harmonia”, w pobliżu baz atomowych okrętów podwodnych USA. Tak czy inaczej na „Łoszariku” doszło do pożaru, zaś jego oficjalną przyczyną miało być krótkie spięcie instalacji elektrycznej w przedziale akumulatorów napędzających okręt. Zdaniem byłych oficerów rosyjskiej marynarki oficjalna wersja może być najbardziej zbliżona do prawdy. Komandor Siergiej Kubynin mówi, że przyczyną był prawdopodobnie błąd podczas budowy obiektu. „Ileż katastrof wydarzyło się na naszych atomowych okrętach, a we wszystkich przypadkach widać było »brudny« ślad niedoróbek przemysłu zbrojeniowego”. Możliwą przyczyną obecnego pożaru było niechlujstwo w instalacji sieci elektrycznej, twierdzi Kubynin, dodając: „Powinniśmy budować nowoczesne jednostki ze wszelkimi systemami zabezpieczeń, a nie chłam”. Redakcja Lenty dodaje, że podobne zaniedbania nie powinny zdarzyć się na jednostce tej klasy, uchodzącej za supertajną. A przecież nie jest to jedyna katastrofa lub incydent w rosyjskiej marynarce. Podczas syryjskiej misji lotniskowiec „Admirał Kuzniecow” utracił przy lądowaniu kosztowne myśliwce pokładowe Mig-29 i Su-30. Do wymontowania tajnych urządzeń pokładowych potrzeba było aparatów „Mir”. Według specjalistów przyczyną incydentu było słabe wyszkolenie pilotów lub załogi pokładowej, co wynikało z bałaganu na okręcie.

W ubiegłym roku jedyny lotniskowiec Rosji uległ ciężkiemu uszkodzeniu podczas remontu. W niekontrolowany sposób zatonął suchy dok z lotniskowcem, a przyczyną było banalne uszkodzenie systemu elektrycznego. Co prawda dok miał awaryjne generatory, ale te były od lat odłączone ze względu na oszczędności finansowe czynione na okresowych przeglądach. Nie lepiej wygląda lotnictwo wojskowe, które w latach 2016–2019 traciło średnio po dziesięć maszyn. Ulegały zniszczeniu podczas startów, lądowań i na skutek powietrznych zderzeń oraz pożarów. Armia lądowa traci rocznie ok. 200 żołnierzy, ginących podczas wypadków z bronią i w czasie ćwiczeń. Liczba rannych i inwalidów nie jest znana. Politolog Władimir Pastuchow przedstawia problem szerzej: „ Putin wykorzystuje armię na 125 proc. Ludzie i sprzęt pracują więc na granicy wytrzymałości. Na dodatek budowa »Łoszarika« trwała w latach 1988–2003 i taki aparat jest uważany za awangardę sił zbrojnych”. „Rosja prowadzi politykę mobilizacji wszystkich możliwych rezerw obliczoną na działania wojenne. Korzysta z ubiegłowiecznego sprzętu, bo nie może wyprodukować nic nowego”, kończy Pastuchow. Taka jest prawda o armii, której Putin stawia nazbyt ambitne cele. Za sprzęt odpowiada z kolei zacofany technologicznie i kadrowo przemysł obronny. Słowem kwadratura koła lub węzeł gordyjski putinizmu. Niebezpieczny tak dla świata, jak i samego Kremla.

Czarny łabędź
Andriej Mowczan sformułował tezę o wpływie katastrof technologicznych, ekonomicznych i ekologicznych na polityczną stabilność reżimu Putina. Ekonomista twierdzi, że awarie na podobieństwo zatonięcia okrętu podwodnego „Kursk” lub pożaru „Łoszarika”, tyle, że o szkodliwości porównywalnej z klęską czarnobylską, mogą wywołać nieodwracalne skutki, aż do rozpadu Rosji włącznie. Diabeł tkwi jak zwykle w szczegółach, które polegają na nieumiejętności kryzysowego zarządzania lub pokonywania skutków wielkich katastrof przez biurokrację Putina. Władza nie jest zdolna do materialnego ani moralnego zrekompensowania szkód. W warunkach słabnącej wydolności i stabilności rosyjska gospodarka ugina się pod zapaścią technologiczną. „Możliwe jest wyjście z użytku całych sfer infrastruktury niezbędnych dla normalnego funkcjonowania państwa. W określonych sytuacjach wywołanych niską jakością obsługi lub samych urządzeń dojdzie do awarii obiektów krytycznego znaczenia, takich jak elektrownie. Szczególnie niebezpieczne w tym kontekście są awarie komunalne, na przykład kanalizacji, systemów zaopatrzenia w wodę i gaz”, twierdzi Mowczan. Przy tym czynnikiem, który wywoła katastrofę, będzie nietrafiona decyzja Kremla, prowadząc do wojny kremlowskich grup wpływu bądź do znaczących strat gospodarczych. Według ekonomisty przykładem jest „ o jedną wojnę za dużo”. Będzie to rozkaz Putina o kolejnej awanturze na wzór syryjski lub intensyfikacja wojny hybrydowej.

Decyzja, która wraz z przeciwdziałaniem Zachodu wyczerpie ostatecznie rezerwy Rosji. W sensie militarnym za moment krytyczny można uznać wyraźną przegraną w wyścigu zbrojeń, czyli technologii. Kumulacja niesprzyjających decyzji i ich skutków wywoła polityczny bunt ludności, a przede wszystkim wojnę elit, co doprowadzi do usamodzielnienia regionów kraju, a następnie do rozpadu Rosji. To paradoks, że z liberalnym ekonomistą, którym jest Mowczan, zgadza się nurt prawosławny, czyli konserwatywny. Portal Cargrad uważa, że: „Katastrofy takie jak »Łoszarika« czy też masowe protesty ekologiczne, których areną są dziś rosyjskie regiony, staną się czynnikami politycznymi”. „Jeśli mamy 82 mld ton twardych odpadów, a ich przyrost wynosi rocznie 10 proc., Rosja zamienia się w globalne śmietnisko, stając się obszarem cywilizacyjnej klęski. Obecne protesty ekologiczne są już akcjami sprawiedliwości społecznej wymierzonymi w kremlowską elitę”. Zdaniem portalu detonacja nastąpi na terenach wiejskich oraz w małych i średnich miastach. Jeśli w Moskwie na ulice wychodzi kilkaset osób, ich akcja gubi się wśród milionów mieszkańców. Ale jeśli dotyczy mniejszych ośrodków, wtedy w protestach biorą udział wszyscy mieszkańcy.

Sytuacja sprzyjająca katastrofom i społecznemu sprzeciwowi narasta. Tylko w latach 1998–2011 w Rosji doszło do 12 wielkich awarii przemysłowych, energetycznych, komunikacyjnych i pożarów obiektów użyteczności publicznej, w których zginęły tysiące osób. W drugim dziesięcioleciu rządów Putina tendencja nie tylko się wzmacnia, ale obejmuje kolejne segmenty życia, a nawet przybiera powszechny wymiar. Na przykład wybuchy gazu w rosyjskich blokowiskach stały się normą, tak z powodu zaniedbania infrastruktury, jak z przyczyny, którą jest korupcja służb nadzoru. Rosja się sypie, a wraz z nią autorytet Putina. Mówią o tym niezależne badania opinii publicznej. Rosjanie nie chcą już nowych Krymów ani Syrii. Są przerażeni stanem ekologii oraz zatrwożeni wypadkami atomowej infrastruktury wojskowej, o skutkach nieobliczalnych dla nich samych i środowiska. Tymczasem w tych kwestiach Kreml nie ma żadnej oferty.

Autor

Poprzedni artykułTSUE – bat na bankierów
Następny artykułPodcinanie smoka

Najnowsze