9.8 C
Warszawa
wtorek, 4 października 2022

Ameryka w gułagu BLM

Koniecznie przeczytaj

Za ruchem BLM kryje się bolszewicki program inżynierii społecznej

Indoktrynacja w duchu poprawności politycznej i poczucia winy ma zniszczyć państwo prawa, a więc wolność jednostki. Wtedy neomarksiści zniewolą umysły Amerykanów zgodnie ze wskazówkami Stalina. BLM to zatem instrument uzurpacji władzy, przy pomocy którego ultralewicowe elity chcą zagnać Amerykę do światopoglądowego gułagu.

“W naszych szkołach, redakcjach agencji informacyjnych, a nawet w korporacyjnych gabinetach pojawił się nowy, ultralewicowy faszyzm, który żąda bezwarunkowego podporządkowania. Jeśli nie mówicie jego językiem, nie dokonujecie rytuałów, nie powtarzacie jego mantr i nie przestrzegacie jego przykazań, będziecie cenzurowani, umieszczani na lisach proskrypcyjnych, prześladowani i karani”. Tak ostre słowa, które jednak wprost oddają sens obecnych wydarzeń w USA, padły z ust Donalda Trumpa z okazji Dnia Niepodległości. Jeszcze ważniejsza była prezydencka deklaracja: „To nie ma prawa się nam przydarzyć. Atak na naszą wolność trzeba zatrzymać i ten atak będzie powstrzymany”.

W oblężeniu ultralewicowego faszyzmu
Odpowiedzią Amerykanów, którzy tysiącami przyjechali na Mount Rushmore, żeby wysłuchać swojego prezydenta, był wspólny okrzyk: „USA! USA!”. Trudno spodziewać się innej reakcji, gdy Trump wyjaśnił obywatelom, do czego zmierza BLM, a raczej ludzie, którzy kryją się w cieniu poważnych, lecz w przypadku USA z gruntu fałszywych oskarżeń o systemowy rasizm. Słuchający bez cienia wahania uwierzyli prezydentowi, który powiedział: – Nie zbłądźcie, to lewacka rewolucja kulturalna, której zadaniem jest obalenie dorobku Wielkiej Rewolucji Amerykańskiej. Nawiązując do upokarzającego rytuału klękania w geście błagania o łaskę za wymyślone winy, prezydent zakończył orędzie słowami: „Stoimy dumni z wysoko podniesionymi głowami, klękając jedynie przed Wszechmocnym Bogiem!”. Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Ruch BLM potępił wystąpienie prezydenta jako rasistowskie. Partia Demokratyczna, do której adresowane były oskarżenia Trumpa, umieściła w Twitterze wpis: „Przyjazd prezydenta do Południowej Dakoty był prowokacją wobec Amerykanów utrzymaną w duchu panowania białej rasy”.

Wpis został wycofany natychmiast po tym, gdy demokraci zobaczyli, jak sympatycy prezydenta zgromadzeni u stóp Mount Rushmore zareagowali na jego słowa. Można, a nawet należy zadać pytanie, co wspólnego z ultralewicowym faszyzmem ma ruch Afroamerykanów skierowany przeciwko policyjnej przemocy i rasizmowi? Pozornie Black Lives Matter jest oddolną formą samoorganizacji obywatelskiej, a więc najlepszym przykładem sprawnego funkcjonowania amerykańskiej demokracji.

Ponadto BLM powstał kilka lat temu, gdy prezydentury Trumpa nikt nie brał pod uwagę. Z aktywistami spotykał się już poprzednik w Białym Domu, Barack Obama. Problem w tym, jak daleko BLM odszedł od oficjalnych haseł, jaki program głosi obecnie, a przede wszystkim, jakich metod używa, aby zbliżyć się do realizacji swoich celów. Bez wyjaśnienia takich wątków trudno wskazać rolę BLM w rozgrywce politycznej. Afroamerykanie stali się instrumentem personalnego ataku na Donalda Trumpa przed wyborami prezydenckimi przypadającymi w listopadzie tego roku. Chodzi jednak o coś więcej, o przyszłość Stanów Zjednoczonych oraz wszystkich Amerykanów, którym grozi zamknięcie w światopoglądowym gułagu. Paradoksalnie, lecz znający sowiecką historię, w działalności BLM, a szczególnie elit, które nim sterują, odnajdą wiele analogii do metod stosowanych przez bolszewików na totalitarnej drodze.

Jednostka niczym, kolektyw wszystkim
„Jesteśmy świadkami antypaństwowego spisku na wielką skalę, który skrajna lewica przygotowała przez dziesięciolecia”, odnotował brytyjski dziennik „The Spectator”. Wniosek padł na początku czerwca 2020 r., a więc kilka dni po wybuchu ulicznej anarchii w amerykańskich miastach. Już sama skala i błyskawiczne tempo wybuchu ognisk grabieży, przemocy i destrukcji powinny dać obserwatorom wiele do myślenia. Wyraźnym celem spiskowców było rozlanie pożaru rewolucji zgodnie z marksistowsko-leninowskimi podręcznikami. Włącznie z tym, że jak trafnie zauważył „The Spectator”: „bojówkarze plują na to, kto lub co zostanie zniszczone. A jeśli padną ofiary śmiertelne, zostaną ogłoszone męczennikami lub sprawiedliwie ukaranymi przeciwnikami sprawiedliwości dziejowej”. Jeśli spojrzymy na biografie ideologicznych przywódców BLM, łatwo znajdziemy wśród nich wspólny wątek. To kult Lenina i Marksa połączony z uwielbieniem dla terrorystycznych metod lewackich partyzantek.

Bolszewicki jest też zakładany cel obecnych niepokojów. Zniszczeniu ma ulec fundament wolności jednostki, którym jest państwo prawa. Jeśli tak się stanie, znikną także instytucjonalne gwarancje swobody wyrażania poglądów, wolności wyznawania religii, a nade wszystko własności prywatnej. Ideolodzy ruchu antyrasistowskiego nigdy nie ukrywali, że społeczna sprawiedliwość i wykorzenienie dyskryminacji kojarzą się im z likwidacją kapitalizmu. Palenie sklepów, punktów usługowych i centrów biznesowych nie jest skutkiem ubocznym spontanicznego gniewu Afroamerykanów. To w pełni przemyślane uderzenie w podstawy społecznego życia Ameryki i sposób zastraszenia białej większości stojącej w obliczu groźby utraty dorobku i stylu życia.

Potwierdzeniem jest program zawierający postulaty ruchu lub raczej, zważywszy na stosowaną przemoc, żądań nie do odrzucenia. Po pierwsze Afroamerykanie chcą zaprzestania rzekomej wojny, którą biali prowadzą przeciwko czarnym. Po drugie, przeszkadzają im policja i „instytucje represji wobec czarnych”, takie jak sądy, prokuratura i służby penitencjarne. Należy je rozwiązać, zaprzestając finansowania przez rząd federalny. Jest też obszerna lista roszczeń. Na czele znajdujemy żądanie reparacji, czyli odszkodowań za wielowiekowe niewolnictwo, a po jego zniesieniu za dyskryminację i prześladowania.

Środki zaoszczędzone na rozwiązanych instytucjach demokratycznego państwa prawa winny posłużyć zapewnieniu preferencyjnego dostępu czarnych do edukacji, usług medycznych. Tylko tak zapewnione zostanie „poczucie bezpieczeństwa Afroamerykanów”. Gwarancjami systemowej rewolucji winny stać się instytucje polityczne tylko dla czarnych, kontrolowane wyłącznie przez nich samych, zatem czarne partie polityczne i parlament, samorządy oraz organy administracji. Innymi słowy BLM proponuje przekształcenie Stanów Zjednoczonych w państwo rasistowskie o systemie prawnym i ustrojowym znanym pod nazwą apartheidu. Oczywiście w bolszewickim sosie, ponieważ środki finansowe pochodzące z kontrybucji posłużą finansowaniu czarnych wspólnot, czyli komun. Takich samych jak strefa anarchii w Seattle. Jak nie uwierzyć w gorące uczucia do Lenina i Trockiego? Żądania BLM to nic innego jak bolszewicki program permanentnej rewolucji, który zakłada grabież cudzej własności. Jak więc oceniają norweski portal Resett i szwedzki dziennik „Svenska Dagbladet”: „Priorytety zawarte pośród 40 innych żądań programowych jasno wskazują, że BLM to marksizm, rasizm i chaos. Oznaczają, że ruch stawia się poza nawiasem demokracji i społeczeństwa obywatelskiego, stojąc z nimi w sprzeczności. Mówiąc prościej, to totalitarna sekta, identyczna bolszewickim terrorystom, którzy podpalili najpierw Rosję, a potem chcieli, aby pożar rewolucji ogarnął Europę i cały świat”.

Nie tłumaczy to jednak poparcia, jakiego BLM udzielają amerykańscy liberałowie i socjaliści. Tak z szeregów Partii Demokratycznej, jak z seminaryjnych audytoriów renomowanych uniwersytetów rozlegają się zachwyty. Trudno żeby było inaczej, skoro program dla Afroamerykanów wykuwał się na demokratycznych konwencjach i w debatach uniwersyteckich intelektualistów.

Kto nie z nami, ten przeciwko nam
Ani BLM, ani Partia Demokratyczna nie ukrywają, że ich ofensywną bronią masowego rażenia jest systemowy rasizm. Panuje jakoby w USA, za co odpowiedzialność ponoszą instytucje demokracji zdominowane przez białych. Na marginesie: mit odpowiedzialności białych Amerykanów za systemowy rasizm rozwiał „Le Figaro”. Francuscy dziennikarze zadali sobie trud zbadania korzeni niewolnictwa w USA.

Z badań historycznych wynika, że handel ludźmi, którzy trafiali na amerykańskie plantacje, nie był dziełem białych. Organizatorami procederu byli sami Afrykanie, którzy w toku plemiennych wojen sprzedawali jedni drugich, zaś okrutnym pośrednictwem zajmowali się Arabowie. Przez 300 lat wspólnie sprzedali za Atlantyk 10 mln niewolników. W tym samym czasie 17 mln czarnych trafiło do arabskich sułtanatów Bliskiego i Środkowego Wschodu oraz na Pacyfik. Dlaczego aktywiści BLM nie obciążą planowaną kontrybucją niepodległych od 70 lat państw afrykańskich?

Dlaczego nie udadzą się negocjować z bogatymi monarchiami Zatoki Perskiej? Powinni też wyrazić swój gniew w debatach z terrorystami ISIS, marzących o stworzeniu równie totalitarnego, światowego kalifatu. Jak wyjaśnia jednak „Le Figaro”, udział świata muzułmańskiego lub afrykańskich ziomków w niewolniczym procederze jest niewygodny z punktu widzenia ideologów systemowego rasizmu. Dla nich najważniejsze jest dokonanie podziału na dwie Ameryki, a następnie doprowadzenie pomiędzy nimi do konfrontacji. Ze społecznej polaryzacji zwycięsko ma wyjść tylko lewicowa orientacja. To narracja powstała na amerykańskich uniwersytetach i to nie byle jakich, tylko dla białych elit. Głosi, że Stany Zjednoczone narodziły się nie na Deklaracji Niepodległości, tylko na krzywdzie niewolników. Dlatego fundamentem USA nie jest wolność i demokracja, a rasizm.

„Rasowa dyskryminacja kryje się w amerykańskich genach. Tolerancja, równość i solidarność bez względu na kolor skóry to tylko pozory. Fałsz, który tym bardziej daje odczuć mniejszościom etnicznym i rasowym, na czele z Afroamerykanami, jak bardzo są niepełnowartościowi w porównaniu z białymi”. Tak wyjaśnia lewicowy punkt widzenia „The American Conservative” dodając, że w myśleniu ideologów BLM nie ma miejsca na neutralność. „Albo jesteś rasistą, albo popierasz lewaków. Dla »tylko nie-rasitów« w Ameryce nie ma miejsca, bo też są rasistami, tylko nieujawnionymi”. Najważniejsze, że koncepcja systemowego rasizmu stawia białych Amerykanów w położeniu bez wyjścia. Mogą jedynie odpowiadać za grzechy przodków oraz czuć się winnymi za to, że są biali. Zatem logiczne jest ich prześladowanie, poniżanie i dyskryminowanie. Drugą Amerykę reprezentuje koncepcja konserwatywna, która w odróżnieniu od lewackiej nie ma agresywnego charakteru tylko obronny. Głosi, że rasizm jest faktem, który znajduje odzwierciedlenie także w elitach władzy. Trzeba z nim walczyć, jak z każdą niesprawiedliwością społeczną.

Tyle że władze amerykańskie od lat 60. XX w. zainwestowały w afroamerykańską społeczność biliony dolarów tylko po to, aby implementować antyrasistowskie prawo. Inaczej mówiąc, od czasu zaprowadzenia rasowego równouprawnienia poczyniono kolosalny postęp w wyrównaniu szans. Zlikwidowano wiele barier społecznych przegradzających Afroamerykanom szanse kariery w różnych sferach aktywności życiowej. Tym niemniej systemowy rasizm nie istnieje. Jest to celowo wprowadzone pojęcie walki światopoglądowej. Ze względu na zamierzenie rozmytą i niedefiniowalną formułę, nie można w ogóle poddać systemowego rasizmu debacie publicznej, a więc zlikwidować czegoś, co w naturze nie istnieje. O to chodzi liberałom oraz schowanej za jego plecami skrajnej lewicy. Gonienie króliczka, którego dogonić nie można, pozwala uznać rasistą każdego, kto nie podziela lub odrzuca lewicową wizję USA i świata. Jaka to przyszłość?

Totalitaryzm na miarę XXI w.
„Lewicowych ultrasów nie obchodzi czarny motłoch, którego się boją i brzydzą”, ocenia „The Spectator”, dodając: „BLM jest im potrzebny do przyspieszonej transformacji amerykańskiego społeczeństwa”. Neomarksiści chcą zniszczenia tradycyjnych wartości Amerykanów, takich jak wolność słowa, rodzina, moralność, wreszcie religia. Neomarksistom już nie wystarcza, że opanowali edukację, media oraz zdominowali biznes i kluczowe sfery aktywności społecznej. Chcą przyspieszyć rewolucję, narzucając Ameryce kolektywny światopogląd oparty na multikulturalizmie, czyli wolności wszelkiego rodzaju mniejszości. Nie chodzi tylko i tyleż o Afroamerykanów, co o mniejszości obyczajowe na czele z queer, czyli LGBT+.

Narzędziem jest doprowadzona do obłędu poprawność polityczna. Ta karykatura zachowań społecznych jest nazywana kulturą woke. Rasizm jest więc idealną metodą szantażu wszystkich myślących inaczej. Kultura woke zamyka usta, narzuca autocenzurę i hamuje swobodę wyrażania poglądów pod groźbą marginalizacji zawodowej, obyczajowej i międzyludzkiej. Przykładami są poprawność polityczna gwiazd Hollywood i sportu, a nawet sterników wielkiego biznesu. Wielkie korporacje też spodziewają się zysków za wsparcie lewicowej ideologii.

Jednak najbardziej drastycznym przejawem neomarksizmu w praktyce jest niszczenie pomników. To nieodzowny krok odcinający Amerykanów od własnej historii, czyli tożsamościowych korzeni. Pozbawieni przeszłości, obrabowani z historii, staną się gliną w rękach ideologów, którzy mogą z nich ulepić nowe, uległe społeczeństwo podatne na wzorce narzucane z góry. O tym, jak błyskawiczny i groźny jest to proces, najlepiej świadczy obłędna reakcja łańcuchowa niszczenia wszystkich symboli. Zaczęło się od destrukcji, czyli wymazywania takich postaci, jak przywódcy i generałowie skonfederowanych Stanów Zjednoczonych. Następnie ofiarami niszczycieli historii stali się bohaterowie walki z niewolnictwem, tacy jak George Washington i Abraham Lincoln. Obecnie neomarksiści wzywają do niszczenia figur i wyobrażeń Chrystusa i św. Marii. Co ważne, wszystkim bez wyjątku stawia się zarzut rasizmu.

Dokąd zatem zmierzają Stany Zjednoczone? W swoim wystąpieniu z okazji Dnia Niepodległości Donald Trump ostrzegł przed totalitaryzmem, który w XXI w. zagroził Ameryce. Trudno się nie zgodzić, obserwując choćby reakcję lewicowych elit na falę przemocy, która rozlała się po ulicach miast. To symptomatyczne, że z ust ideologów BLM oraz czołowych polityków Partii Demokratycznej nie padło słowo potępienia maruderów niszczących dorobek życia tysięcy Amerykanów. Żaden z liderów nie skrytykował niszczenia pomników. Ba, żaden z ideologów nie zwrócił uwagi, że w czasie rozruchów więcej Afroamerykanów zginęło z rąk rasowych braci niż w wyniku konfliktów z białą większością USA. Cynizm, z jakim lewicowe elity wprowadzają kulturowy totalitaryzm, świadczy o tym, że wyciągnęły wnioski z 2016 r. W toku poprzedniej kampanii prezydenckiej były tak pewne zwycięstwa Hillary Clinton, że nie dokonały należytej indoktrynacji bastionu amerykańskiej niezależności.

Chodzi o białą klasę średnią oraz białych robotników zatrudnionych w przemyśle i farmerów. Słowem, pozostawiły samopas amerykańską prowincję, ostoję tradycyjnych wartości, na których zbudowano USA. Tymczasem elektorat, nazywany pogardliwie milczącą masą, bowiem głosował zawsze zgodnie z oczekiwaniami lewicowych elit, narzucających światopogląd za pomocą liberalnych mediów, sprawił w poprzedniej kampanii wyborczej największą niespodziankę. To biała większość wybrała prezydentem Donalda Trumpa.

Dlatego fala antyrasistowskich zaburzeń i rola tożsamościowego lodołamacza przydzielona afroamerykańskiemu BLM nie jest niespodzianką, tylko prawidłowością. Lewica uzurpuje sobie władzę w kraju tylko jeśli przeprowadzi kulturalną rewolucję zmieniającą sposób myślenia białej Ameryki. Czy zamiar jest wykonalny? Nie, jak ocenia konserwatywny publicysta Peter Van Buren. Dziennikarz i aktywista Związku Obrony Praw Obywatelskich wskazuje jednak ogromną cenę, którą przyjdzie zapłacić Ameryce.

„Być może lewacy schowani za plecami liberałów osiągną doraźny sukces na fali przemocy i pogromów”, twierdzi Van Buren na łamach „The American Conservative”. Być może siłowa operacja, którą określił hasłowo „Ty też jesteś rasistą”, pomoże lewicy zwyciężyć w tegorocznych wyborach prezydenckich. Jednak rachunek za dyskryminację rasową wszystkich obywateli USA poza Afroamerykanami rośnie bardzo szybko. Jeśli w kolejnych latach jakiekolwiek żądania zawarte w programie BLM zostaną spełnione, biała większość Ameryki podniesie otwarty bunt. Wtedy oddanie głosów do urn wyborczych będzie najspokojniejszym wariantem uregulowania rachunków. Należy się jednak liczyć z uliczną odpowiedzią na próbę wprowadzenia dyktatury lewicy. Sprzeciw białej większości już dziś wspierają inne grupy etniczne i rasowe USA. Wspólnym mianownikiem jest obrona chrześcijańskich korzeni Ameryki, a więc rodziny, związków heteroseksualnych i moralności.

Przywódcy chrześcijańskich kościołów wzywają do opamiętania, dlatego wspólnoty religijne stają się obecnie ważnymi ogniskami oporu wobec lewicowego szaleństwa. Wpływy światopoglądowych ultrasów nie sięgają także średnich i małych miast. Obrońcy amerykańskich wartości, tacy jak prezydent Trump, mają więc ogromne poparcie. Mają wielką szansę poprowadzenia Amerykanów do wyborczego zwycięstwa, które zniweczy lewacki spisek.

Autor

Najnowsze