0.1 C
Warszawa
wtorek, 26 stycznia 2021

Prawda o „The New York Times”

Koniecznie przeczytaj

Za kulisami ideologicznej sekty

Zaszczuwanie, cenzura, psychiczne dręczenie, a także strach przed napiętnowaniem do końca życia. Czy mowa o sekcie? Nie, to kolejne afery wokół „The New York Times” odsłaniająca kulisy i atmosferę panującą w redakcji. Porównanie dziennika do ideologicznej sekty jest jak najbardziej uzasadnione, choć stanowi fragment znacznie szerszego zjawiska.

Podczas kampanii wyborczej do Białego Domu „The New York Times”, a za jego poduszczeniem liberalna część mediów, publicznie zlinczowały reportera CBS News Bo Ericsona. Zaszczuty dziennikarz zniknął z ekranów stacji. Wystarczyło, że reporter zadał niewygodne pytanie człowiekowi uznanemu przez „NYT” za nietykalnego.

Precedens Ericsona

Podczas kampanii wyborczej konserwatywne media ujawniły korupcyjny skandal stawiający w złym świetle rodzinę Bidenów. Przedstawiły zeznania świadków oraz treść maili zgranych z komputera należącego Huntera Bidena, syna demokratycznego kandydata na prezydenta Joe Bidena.

Na podstawie twardych jak dysk notebooka dowodów, m.in. telewizja Fox News zarzuciła Joe Bidenowi korupcję polityczną w interesie biznesmenów z Chin i Ukrainy prowadzących niejasne interesy z Hunterem. Chcąc ratować notowania wyborcze swojego faworyta, liberalna część mediów pod wodzą „NYT”, podjęła narrację o rzekomej dezinformacji rosyjskiego wywiadu, który podrzucił USA kolejną fałszywkę.

Presja „NYT” na środowisko dziennikarskie była tak wielka, że tylko Bo Ericson z CBS News zachował się jak profesjonalista. Zadzwonił do Joe Bidena i zadał proste pytanie: czy on lub jego syn Hunter mają związek z mailami i laptopem, czy nie? A jeśli tak, czy może się wytłumaczyć Amerykanom?
Kandydat na prezydenta wił się jak piskorz: – Na tak postawione pytanie nie mogę odpowiedzieć. A w ogóle to jeszcze jedna kampania dyskredytacji i obrzucania błotem – powiedział. Ostatnie porównanie bardzo przypadło do gustu sztabowi wyborczemu Bidena, który dał sygnał medialnego zaszczucia reportera. I tak profesor Michael McFaul na łamach „NYT” oskarżył Ericsona o rozpowszechnianie dezinformacji. Greg Sargent z „The Washington Post” napisał: „Z dziennikarskiego punktu widzenia pytanie reportera CBS było absolutnie bezsensowne. Czego dowiemy się zmuszając Joe Bidena do odpowiedzi?”.

Główną osią ataku na Bo Ericsona było udowodnienie braku profesjonalizmu, tyle że w stylu sieciowych trolli, bowiem z dziennikarza próbowano zrobić największego głupca Ameryki. Medialny najazd ocenił komentator polityczny Fox News Tucker Carlson: „Jak widzicie, najbardziej opiniotwórcze media Ameryki postawiły sobie za cel ukrycie przed opinią publiczną informacji, która wywołuje u tejże opinii publicznej ogromne zaniepokojenie”. Jak dodał Carlson: „Prześladowanie człowieka, który był reporterem CBC o liberalnych poglądach ma być klarownym sygnałem dla wszystkich mediów: zamknijcie się i trzymajcie naszej wersji wydarzeń, bo popamiętacie”. Problem w tym, że równocześnie „The New York Times” niegdyś uznawany za globalny wzorzec niezależności dziennikarskiej, opublikował wstępniak krytykujący wolność wyrażania poglądów.

Ideologiczna sekta

Okazuje się, że od czerwca tego roku Ericson jest już trzecim przedstawicielem mediów zaszczutym publicznie, a co gorsza napiętnowanym i skazanym na społeczny ostracyzm tylko dlatego, że w przeciwieństwie do „NYT” wierzy w światopoglądowy pluralizm. Cała trójka dysydentów stoi twardo na gruncie etyki zawodowej, broniąc obiektywizmu informacyjnego zwanego popularnie bezstronnością. Ich wspólną winą jest udostępnienie łam ludziom mającym poglądy odmienne od redakcyjnych lub odwaga zadawania pytań.

Co paradoksalne, pozostała dwójka to dziennikarze „NYT” wyrzuceni lub zmuszeni do odejścia z pracy przez kolegów. Za sprawą ideologicznej cenzury zakrawającej na światopoglądowy dyktat, które razem składają się na duszną, inkwizycyjną atmosferę własnej redakcji. W ich przypadku pojęcie mobbingu nie wyjaśnia nic. Pierwszym zwolnionym był James Bennet, redaktor naczelny działu opinii „NYT”. Poległ, gdy po wybuchu zamieszek sprowokowanych przez BLM zamieścił w swojej rubryce list republikańskiego senatora. Tom Cotton wezwał Biały Dom do mobilizacji gwardii narodowej, jeśli ta nie poradzi sobie z chaosem do wydania rozkazu użycia regularnej armii w celu przywrócenia elementarnego bezpieczeństwa.

Przeciwko takiej propozycji oburzeniem zareagowało ponad tysiąc pracowników NYT. Szef dziennika nie mogąc zwolnić senatora, natychmiast zdymisjonował Benneta. Jednak ideologiczna nagonka dotknęła wtedy Bari Weiss, którą jedynie podejrzewano o zbieżność poglądów z wyrzuconym redaktorem naczelnym działu. Poddana ostracyzmowi, cenzurowana przez kierownictwo i szykanowana przez redakcyjnych kolegów sama odeszła z „NYT”. Nie byli to przecież tuzinkowi dziennikarze. Bennet długi czas szefował bostońskiemu magazynowi „The Atlantic”. Tytuł przez lata słynął z apolitycznego informowania o kraju i świecie. Z kolei Bari Weiss przez kilka lat zatrudniał jako polityczną felietonistkę „The Wall Street Journal”. Przeszła do „NYT”, bo dotychczasowy wydawca zdawał się dziennikarce zbyt konserwatywny i protrumpowski.

Jednak gdy rozejrzała się po redakcji nowego tytułu, zdefiniowała proces jednym słowem: sekta. Zdaniem Weiss „NYT” odszedł od informowania, czyli przedstawiania różnych wydarzeniem wraz z komentarzem, do kreowania rzeczywistości zgodnie z ideologią wyznawaną przez redakcję. Jaką? To mieszanka neomarksizmu, wzbogacona o ortodoksję równości ras i mniejszości seksualnych, poprawiania historii, czyli narzucania Ameryce światopoglądu winy za dotychczasowy bieg dziejów, nierówności społeczne i geopolityczny kształt świata. W sumie obłęd oraz wezwanie do destrukcji obecnych instytucji demokratycznych, kultury i fundamentów tożsamości. Tyle że jednym z filarów sukcesu ideologicznej sekty „NYT” jest konformizm. Wielu dziennikarzy staje się klakierami, bowiem boją się ryzyka utraty pracy i napiętnowania społecznego, które do końca życia wykluczy ich z zawodu.

„Każdy ma hipotekę do spłacenia, dzieci do wykształcenia, tymczasem wyrzucenie z pracy i przypięcie łatki konserwatysty-antyprogresisty może skutkować bezrobociem przez 5–10 lat. „Ludzie się boją”, mówi Weiss w wywiadzie dla francuskiego magazynu „Le Point”. Tymczasem ideolodzy lewicy są mściwi. Szaleństwo lewicowej redakcji najlepiej wytłumaczyć antysemityzmem „NYT”. Redakcja przeszła od krytyki żydowskiego osadnictwa na arabskich ziemiach okupowanych, do negowania prawa Izraela do istnienia. Zresztą filosemityzm Weiss był jedną z głównych przyczyn szykanowania przez redakcyjnych kolegów. Z drugiej strony redakcja jest opętana tropieniem prawicowego spisku, który wyraża się organizacją grup oporu przeciwko radykalnej lewicy. Tymczasem z łam „NYT” nie padło ani jedno słowo krytyki wobec anarchii i destrukcyjnemu radykalizmowi BLM. W żaden sposób nie potępiono takich ideologów jak choćby Louis Farakhan. Lider Narodu Islamskiego Ameryki wzywa do marksistowskiej rewolucji, a w jej ramach do pogromów Żydów.

Największy problem, i to zdaniem bezstronnych, bo europejskich publicystów, stanowi jednak skala zjawiska. Światopoglądowa i tożsamościowa inkwizycja „NYT” jest tylko fragmentem pokoleniowej rewolucji, której przywódcami są akademiccy demagodzy najlepszych i najdroższych uniwersytetów USA. Wychowali kohortę absolwentów, dla których myślenie w kategoriach moralności chrześcijańskiej to przestępstwo. Tak samo, jak patologią jest myślenie o rodzinie w kategorii związku kobiety i mężczyzny, a nie gender. Bodaj najlepiej zagadnienie ujął francuski dziennik „Liberation”, sam o lewicowych korzeniach.

„Do niedawna absolwenci uniwersytetów zaczynali karierę w amerykańskich mediach, administracji, armii czy Kongresie i byli kształtowani w tych środowiskach w oparciu o panujący w nich pluralizm światopoglądowy. Obecnie przychodzą z ortodoksyjnymi poglądami tożsamościowymi, aby zmieniać instytucje do których wchodzą. A to nie wróży Ameryce i światu nic dobrego”. Czy zatrważającą tendencję można jeszcze odwrócić. Dziennikarka Bari Weiss, która doświadczyła na sobie działania „ideologicznej sekty”, jest ostrożna. W szczerym wywiadzie dla „Le Point” mówi o nieobliczalnych szkodach, które amerykańskiej młodzieży przyniosło narzucanie ideologii „NYT” w sieciach społecznościowych. „Uległość, bierność i strach”, takie wartości za kilka lat będą kierowały nowym pokoleniem Amerykanów, pozbawionych wolności wyrażania poglądów, twierdzi Weiss.

Na szczęście już dziś w siłę rośnie grupa tożsamościowych dysydentów. To działacze obywatelscy, przedstawiciele biznesu i wolnych zawodów, tacy jak dziennikarze, których już dotknął ostracyzm za głoszenie opinii niezgodnych z narzuconą doktryną neomarksizmu. Wspierają ich coraz liczniej Amerykanie, którzy boją się wyrażać swoje myśli, ale dość mają cenzury i krępowania wolności słowa oraz zastępowania demokracji ideową dyktaturą. Opór wobec sekty „NYT” rośnie.

Poprzedni artykułWszystkie lęki Putina
Następny artykułMordercza terapia

Najnowsze

Weterani murem za Trumpem

Kryptoofensywa rządów

Czas płonących stosów