-3.3 C
Warszawa
piątek, 2 grudnia 2022
Advertisement

Łotewska pralnia

Koniecznie przeczytaj

W dobie globalizacji nie wystarczy jedynie ukraść i nie dać się złapać.

„Czarne” aktywa należy jeszcze wyprowadzić i zalegalizować w zachodnim systemie finansowym, uważanym za jedyną, bezpieczną przystań tego rodzaju dochodów. Takim właśnie celom służyła Łotwa, która pozostaje integralną częścią unijnej strefy eurolandu.

Po serii korupcyjnych skandali z udziałem łotewskich banków Ryga deklaruje wypalenie plagi żywym ogniem. A jest co palić, zważywszy na przekształcenie kraju w pralnię brudnych pieniędzy z Rosji, Ukrainy i Azerbejdżanu. Nie zapomniano nawet o Iranie i Północnej Korei. A to już nie przelewki, bo z pretensjami pod adresem Rygi wystąpiły Waszyngton, Bruksela i Tel-Awiw. Są jak najbardziej uzasadnione, bo całość śmierdzi rosyjskimi służbami specjalnymi.

Łotewska Canossa

W niedawnym wywiadzie dla agencji Associated Press premier Maris Kucinskis oświadczył: „Łotwa nie może sobie pozwolić na niekontrolowany napływ pieniędzy z krajów, które podlegają ciągłemu monitoringowi ryzyka”. Jakie fakty stoją za okrągłą frazą tego polityka? Na przełomie maja i czerwca tego roku władze małej republiki bałtyckiej, która jest jednak pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej i NATO, zdecydowały się na bezprecedensowy krok. Działania, które wbrew uspakajającym komunikatom świadczą o grozie położenia łotewskiego systemu finansowego.

Jak informuje agencja Reutera na podstawie wysoko postawionych źródeł w Rydze, tamtejszy rząd i parlament powołały komisję śledczą, której zadaniem jest „przerwanie wykorzystania łotewskich banków w operacjach nielegalnego transferu pieniędzy przeznaczonych dla rosyjskich agentów wpływu w Europie, a być może także w USA”. Zarzuty dotyczą obywateli Rosji i innych państw strefy poradzieckiej. Są wśród nich osoby z amerykańskich list sankcyjnych, a które są dysponentami środków złożonych w łotewskich bankach. Informacje Reutera potwierdził wkrótce minister spraw zagranicznych Łotwy Edgars Rinkevićs, który oświadczył: „nasze instytucje bezpieczeństwa dysponują dowodami, że środki finansowe napływające lub zdeponowane w łotewskich bankach były wykorzystywane do politycznej destabilizacji krajów trzecich. Obecnie aktywnemu badaniu podlega trop działań hybrydowych”.

Tłumacząc z języka dyplomacji, Kreml użył suwerennego terytorium Łotwy do skrytego transferowania pieniędzy, za które rosyjscy agenci korumpowali zachodnich polityków i wpływali na opinię publiczną za pośrednictwem opłaconych mediów. Choć nie tylko, ponieważ Łotysze już udowodnili, że to z ich banków wypłynęły transze finansowe, za pomocą których w 2016 r. sfinansowano próbę zamachu stanu w bałkańskiej Czarnogórze. Dla niepoznaki duża suma była podzielona na kilkadziesiąt przelewów nie większych niż 15 tys. euro, co pozwoliło uniknąć nadmiernej ciekawości Komisji Rynków Finansowych i Kapitałów. To państwowy organ Łotwy nadzorujący przejrzystość dokonywanych transakcji. Najważniejsze, że chwaląc sukcesy policji, minister Rinkevićs zapomniał dodać, że Ryga została zmuszona do sanacji systemu finansowego przez Waszyngton.

Cała afera wybuchła wczesną wiosną 2018 r. gdy amerykański departament finansów wystąpił z oficjalnymi zarzutami wobec łotewskiego AB.LV banku, drugiej pod względem wielkości aktywów instytucji kraju. USA oskarżyły bank o legalizację tzw. brudnych, czyli ukradzionych pieniędzy, wyprowadzanych przez skorumpowane elity władzy Rosji, Ukrainy i Azerbejdżanu. Jak wiadomo, tamtejsze gospodarki mają niewiele wspólnego z wolnym rynkiem i są nimi jedynie z nazwy. W dobie globalizacji nie wystarczy jedynie ukraść i nie dać się złapać. „Czarne” aktywy należy jeszcze wyprowadzić i zalegalizować w zachodnim systemie finansowym, uważanym za jedyną, bezpieczną przystań tego rodzaju dochodów. Takim właśnie celom służyła Łotwa, która pozostaje integralną częścią unijnej strefy eurolandu.

Tymczasem zgodnie z dowodami przedstawionymi przez amerykański wywiad finansowy bank AB. LV całą działalność opierał na usługach dla nierezydentów, czyli obcokrajowców. Po pierwsze, Fin CEN – kierunkowy oddział departamentu finansów USA, poinformował, że: „kierownictwo banku korumpowało łotewskich polityków i urzędników, aby zapobiec ewentualnym działaniom prawnym i w ten sposób uzyskać bezkarność swoich operacji wysokiego ryzyka”.

Po drugie, „praktyka biznesowa AB.LV składała się wyłącznie z klienckiej oferty obliczonej na wyprowadzanie złożonych depozytów spod działań państwowego, a więc w praktyce unijnego regulatora, jakim pozostaje Europejski Bank Centralny”. Odpowiedzialność banku nie sprowadzała się do świadomego prania brudnych pieniędzy. Kierownictwo i menedżerowie wyspecjalizowali się w budowie odpowiednich schematów obchodzenia prawa finansowego, drogą jawnego fałszowania dokumentacji i czynnego współudziału w zabezpieczeniu dalszych transferów. Bank stał się zatem wydmuszką, której jedynym zadaniem było poświadczanie nieprawdy.

Zgodnie z amerykańskimi danymi AB.LV prowadził taką działalność od dawna, czego dowodem był współudział w wyprowadzeniu ponad miliarda euro z systemu bankowego Mołdowy. W 2014 r. łotewski bank zakupił trzy miejscowe banki – wydmuszki, tylko po to, aby przetransferować ich aktywy do unijnej jurysdykcji, a następnie zalegalizować jako własne środki. Co więcej, z raportu Fin Cen wynika, że AB.LV opracował schematy obchodzenia regulacji z obcymi walutami, pomagając klientom transferować korupcyjne dochody pod flagą transakcji handlowych pomiędzy nieistniejącymi podmiotami gospodarczymi i z wykorzystaniem podrobionej dokumentacji.

Fiskus USA przekazał Rydze informacje o klientach banku z Rosji, Ukrainy i Azerbejdżanu, którzy figurują jako beneficjenci rajów podatkowych. Zostali ujawnieni w tzw. dossier panamskim, a także podczas dziennikarskiego śledztwa w sprawie tzw. rosyjskiej pralni pieniędzy. Tylko w ostatnim przypadku do zachodniego systemu finansowego przedostało się ok. 20 mld brudnych dolarów. I gros tej sumy został zalegalizowany w AB.LV. Przy tym amerykańskie oskarżenia nie ograniczyły się wyłącznie do strefy WNP. Waszyngton zarzucił Łotwie udział w obsłudze osób fizycznych i prawnych, które zostały wpisane na listę sankcji ONZ związanej z północnokoreańskim programem jądrowo- rakietowym.

Przykładem jest legalizacja środków, za które reżim Kimów nabył niezbędne urządzenia elektrotechniczne i oprogramowanie komputerowe do ich obsługi. Dokonał tego za pośrednictwem podstawionej firmy, która otwierając łotewskie konta, uwiarygodniła się przed nadzorem finansowym Berlina, co umożliwiło transakcję z niemieckim koncernem. Na tym jednak międzynarodowe zarzuty wobec Łotwy się nie kończą. Już w 2011 r. system finansowy tego kraju został odnotowany w podejrzanych transakcjach, których końcowym beneficjentem był Iran. Dla przypomnienia, w owym czasie Teheran był objęty międzynarodowymi sankcjami fi nansowymi, a chciał zakupić infrastrukturę własnego dla programu jądrowego. Dlatego ajatollahowie ogłosili rok finansowego dżihadu, to znaczy świętej wojny o legalizowanie dochodów z pokątnych transakcji sprzedaży ropy naftowej. Pośrednictwa podjęło się kilka tureckich fi rm, które założyły podstawione konta w łotewskich bankach. Irański schemat został w porę wykryty przez wywiad USA, a tureccy pośrednicy zostali oskarżeni i częściowo aresztowani.

Problem w tym, że obecna decyzja Donalda Trumpa o wyjściu USA z jądrowego porozumienia i przywróceniu reżimu sankcji wobec Iranu czyni łotewski udział bardzo aktualnym. Do tego stopnia, że Izrael uprzejmie zaprosił ministra Rinkevićsa do złożenia ofi cjalnej wizyty w Tel-Awiwie. Jak informuje tamtejszy portal Detaly z nadzieją na „łotewskie uszczelnienie finansowej blokady Iranu”, który po decyzji Białego Domu grozi wznowieniem prac nad bombą atomową. W takim razie przedmiotem „konstruktywnej” rozmowy Benjamina Netanyahu z łotewskim gościem musiała być rola systemu finansowego w wątpliwych transakcjach. Przy tym izraelskie media od dawna sugerują, że podobnych usług potrzebuje także reżim Asadów i nie ma wątpliwości, że jest w takiej sprawie aktywnie wspierany przez Moskwę. Trudno, aby Kreml nie chciał uzyskać dodatkowych źródeł dla finansowania swojego kontyngentu wojskowego w Syrii.

Wszystko razem skłoniło Biały Dom do przedstawienia Łotwie rodzaju uprzejmego, ale jednak ultimatum. Uprzejmego, bo Łotwa to sojusznik w NATO i geopolityczny partner obecności wojskowej USA na rosyjskich granicach. Ultimatum, ponieważ Waszyngton wpisał bank AB.LV na listę sankcji. Zabronił amerykańskim firmom i osobom fizycznym zawierania transakcji, blokując jednocześnie bankowi wykonywanie międzynarodowych operacji dolarowych. Tym samym przesądził o jego pospiesznej i przymusowej likwidacji. W tym momencie docieramy do kluczowego pytania. Jak to możliwe, aby państwo eurolandu zamieniało się w międzynarodową szarą strefę finansową?

Korupcyjne koszty

Dziwnym trafem w chwili ujawnienia amerykańskich zarzutów pod adresem AB.LV ryska policja aresztowała prezesa łotewskiego banku narodowego. Ilmars Rimszeviczs został po kilku dniach zwolniony za poręczeniem majątkowym w wysokości 100 tys. euro wpłaconym przez zaprzyjaźnionego biznesmena. Mleko oczywiście się rozlało i choć policja dementowała związek obu afer, to takowy istnieje. Nazywa się nie tylko na Łotwie polityczną korupcją, bo aktywne były i banki, i państwowi urzędnicy.

O łapówkach wręczanych politykom przez AB.LV już wspomniano, tymczasem jak wynika z akt śledztwa, Rimszeviczs okazał się zaplątany w próbę wymuszenia haraczu od kolejnego banku o nazwie Norvik. Jego właściciel zwrócił się do instytucji unijnych z międzynarodową skargą na działania nienazwanego oficjalnie wysokiego funkcjonariusza państwowego. Miał się on domagać od Norviku comiesięcznego haraczu w wysokości 100 tys. euro. Jak twierdzi Associated Press, chodzi o prezesa łotewskiego banku narodowego. Rimszeviczs miał proponować w zamian „pełną bezkarność”, czyli szczelną osłonę działalności banku przed nadzorem krajowego regulatora.

Afera jako żywo dotknęła całej strefy eurolandu, ponieważ łotewski prezes z urzędu zasiada w radzie Europejskiego Banku Centralnego. W obliczu takich wstrząsów rząd Łotwy musiał wydać jasny komunikat. Jak oświadczył premier, a potwierdził w specjalnej ustawie Sejm: „władze Łotwy wprowadziły surowy zakaz funkcjonowania podstawionych firm, deklarując jednocześnie zmniejszenie udziału finansowego nierezydentów w miejscowych bankach z 40 proc. do 5 proc.”

Jak się okazuje, system finansowy Łotwy był budowany z myślą o nich i czerpał z nierezydentów ogromne zyski. Dochody rosły stabilnie od chwili wstąpienia kraju do UE. Czas prosperity rozpoczął się wraz z uderzeniem światowego kryzysu finansowego w Rosję, a nasilił w chwili wprowadzenia zachodnich sankcji wobec Kremla. Kto w Rosji żyw i miał zagrabione pieniądze, starał się je wyprowadzić z kraju i zalegalizować na Zachodzie.

Już w 2015 r. łączna suma takich depozytów w łotewskich bankach wyniosła ok. 15 mld euro, ale bez uwzględnienia kwot, które tylko przechodziły przez tamtejszy system finansowy. Jak twierdzą zachodni eksperci, Ryga w roli raju podatkowego stała się poważnym konkurentem Cypru. Dlaczego? W 2012 r. a więc po skrajnie negatywnym wpływie światowego kryzysu finansowego na gospodarkę władze Łotwy uznały, że obracanie pieniędzmi z kont nierezydentów to stabilny motor napędowy PKB. Ponadto o atrakcyjności Łotwy zadecydowała geografia. Po ekonomicznych turbulencjach południa Europy, a więc Cypru, Hiszpanii, Włoch i Malty, oligarchowie strefy WNP uznali Rygę za bardziej spokojną przystań.

I wreszcie Łotwa zaoferowała nierezydentom specjalne warunki, a więc wysokooprocentowane instrumenty przechowania pieniędzy. Oczywiście wraz ze wszelkimi korzyściami transferowymi, jakie gwarantuje łotewski status państwa eurolandu. Do niedawna skutek był taki, że łotewska gospodarka wnosząca do globalnej wymiany handlowej 0,03 proc. dokonywała 1 proc. światowych obrotów finansowych. Jak szacowano w 2011 r., taka polityka finansowa przynosiła Łotwie wzrost PKB o 1,7 proc. rocznie. W 2017 r. identyczne wskaźniki mówiły o 1,1 proc. wzrostu.

Jak zatem poradzi sobie łotewska gospodarka pozbawiona co najmniej 8 mld euro zdeponowanych w miejscowych bankach? Tym bardziej że cały PKB jest szacowany na 35 mld euro? Były minister finansów i jeden z twórców finansowej otwartości Wiaczesław Dombrowskij twierdzi, że będzie trudno. Zgodnie z jego wyliczeniami sanacja banków dokonana zgodnie z przyjętą ustawą zabierze Łotwie od 0,9 do 1 proc. wzrostu dochodu narodowego rocznie. Jednak problem nie jest jedynie natury finansowej. Jak mówią miejscowi eksperci, kraj ma bardzo dobre prawo antykorupcyjne. Rzecz w tym, aby ustawy stosowano w praktyce, a z tym może być krucho. Jak się wydaje przyczyna leży w Rosji.

Moskiewskie ślady

Czy to nie dziwne, że Kreml najgłośniej krzyczy o kryminalizacji łotewskich banków? To nie przesada, zważywszy, że obie afery zostały nagłośnione przez TV Russia Today i jej klon – portal Sputnik. Tymczasem to ludzie Putina byli przecież głównymi beneficjentami łotewskiego raju podatkowego, zważywszy na 20 mld dolarów ukradzione z Rosji via Ryga. Okazuje się, że przymiotnik „łotewski” w nazwie wielu banków to tylko kwiatek do rosyjskiego w istocie kożucha.

Jednym z trzech współwłaścicieli AB.LV banku był Rosjanin, tej narodowości była kadra zarządzająca i menedżerska. Bank Norvik także należy do Rosjanina. Odczepmy się jednak od Rosjan. Łotysze też mają dziwną smykałkę do finansowych przekrętów. Weźmy choćby prezesa banku narodowego, którego korupcyjne interesy miał reprezentować pośrednik Renars Kokins. Dał się wcześniej zauważyć jako hochsztapler, który wpływał na przebieg kampanii w wyborach mera Rygi. Ścigany przez łotewski wymiar sprawiedliwości umknął najpierw na Cypr, a obecnie pływa jachtem z portem na anektowanym przez Rosję Krymie.

Jak informuje „The Washington Post” sam prezes Rimszeviczs żywi do Rosji dziwną słabość. Od 2010 r. bywał w niej nie mniej niż osiem razy, nie licząc udokumentowanych wjazdów przez Białoruś. Większość wizyt odbyła się po 2014 r. gdy Łotwa stała się częścią eurolandu. Dał się m.in. sfotografować z butelką wódki podczas polowania. Towarzyszył mu Rosjanin, który z racji powiązań z FSB znajduje się obecnie na amerykańskiej liście sankcji.

Jak twierdzi znawca problematyki rosyjskich służb specjalnych Mark Galeotti, kremlowski wywiad po mistrzowsku wykorzystuje korupcję elit władzy Europy Wschodniej. Świadczy o tym raport komisji Kongresu USA, który zauważa, że celem rosyjskiej polityki gospodarczej nie jest rachunek ekonomiczny. Kreml dąży do zainstalowania swoich koncernów i banków w zachodnim systemie po to, aby za ich pomocą korumpować narodowe elity władzy. Klinicznym przykładem wydaje się Łotwa, która zbiera zatrute owoce współpracy z Rosją.

Rachunek jest prosty. Dopóki łotewski kanał korupcyjny działał, Moskwa nie miała nic przeciwko praniu brudnych pieniędzy w tym kraju. Gdy USA zdemaskowały aferę, Moskwa nie przestała wyciągać korzyści. Teraz publicznie kompromituje Łotwę, jako niewiarygodnego i wątpliwego członka UE, a szczególnie NATO. Jak Sojusz ma bronić republik bałtyckich, skoro na czele z Łotwą są skorumpowane? Nie dajmy się jednak zwieść, to kremlowska strategia budowy szarej strefy bezprawia, a więc bezpieczeństwa na wschodniej flance NATO. Szkoda, że Ryga, a także euroland ciągle dają się wystrychnąć Putinowi na przysłowiowego Dudka.

Autor

Najnowsze