18.6 C
Warszawa
czwartek, 6 października 2022

Kto ujawnił tajną operację służb specjalnych

Koniecznie przeczytaj

Były szef wywiadu wojskowego Ukrainy oskarża najwyższych urzędników, w tym Wołodymyra Zełenskiego, o zdradę. Prezydent Ukrainy dymisjonuje generała ze stanowiska i wyrzuca z mieszkania. To finał niedoszłej operacji schwytania rosyjskich terrorystów, czy wręcz odwrotnie – udana prowokacja kremlowskich służb specjalnych?

Wstrząsy na ukraińskim Olimpie
Były dowódca wywiadu wojskowego Ukrainy, generał Wasilij Burba, został eksmitowany ze swojego mieszkania wraz z rodziną. Odebrano mu także ochronę.
Sam generał w zaistniałych okolicznościach zachował wstrzemięźliwość. – Uważam, że jako były dyrektor agencji wywiadowczej nie mam prawa komentować jego realnych, ani domniemanych działań. Tego rodzaju spekulacje uderzają w ukraińskie służby specjalne – oświadczył dziennikarzom.
Tym niemniej, w mediach pojawiła się następująca informacja: pod koniec lutego zdymisjonowanego Burbę odwiedził wysoko postawiony oficer służb specjalnych oddelegowany przez kancelarię prezydenta. Miał zaoferować generałowi stanowisko ambasadora w odległej Australii. Ceną było milczenie na temat operacji wywiadowczej Ukrainy, skierowanej przeciwko Rosji, kierowanej przez Burbę, a przerwanej w nader niejasnych okolicznościach.
Grupa funkcjonariuszy, która opracowała i prowadziła grę operacyjną, twierdzi, że jej zastopowanie na pięć minut przed finałem to sprawka rosyjskich agentów wpływu z najbliższego otoczenia Wołodymyra Zełenskiego. Niedwuznaczne oskarżenie o zdradę padło pod adresem szefa prezydenckiej kancelarii Andrieja Jermaka.
Miał nie tylko wstrzymać akcję, ale też stać za przeciekiem ściśle tajnych informacji, które przejęły rosyjskie służby specjalne. Silną poszlakę stanowi odmowa poddania się badaniom na wariografie, czyli wykrywaczu kłamstw, której zażądał Burba.
Tymczasem operacja, w którą zaangażowało się CIA, a którą byłby zainteresowany unijny wymiar sprawiedliwości, podniosłaby wiarygodność Ukrainy w oczach zachodnich partnerów. I nie tylko, bowiem sukces pozwoliłby schwytać kremlowskich zbrodniarzy odpowiedzialnych za morderstwo setek niewinnych cywilów. Nic podobnego, twierdzą prezydenccy urzędnicy. Wątpliwości co do błyskotliwych działań ukraińskiego wywiadu wojskowego mają również eksperci. Mówiąc wprost, to generał Burba stał się pionkiem rosyjskiej gry operacyjnej, bowiem kremlowskie służby od początku do końca kontrolowały ukraińskich operatorów.
Skutek prowokacji jest taki, że najwyższe kierownictwo państwa o zdradę oskarżają szef wywiadu, media i opozycja polityczna. Najbardziej ucierpiał oczywiście ukraiński prestiż i taki był faktyczny cel Moskwy.
Schwytać terrorystów Putina
Ponieważ Burba oficjalnie milczy, generała w rekonstrukcji zdarzeń wyręczyły media. Przypomnijmy. Gdy w 2014 r. Rosja hybrydowo zaatakowała Ukrainę, oderwaniem wschodniej części kraju zajęły się początkowo oddziały najemników ucharakteryzowanych na wzburzonych nacjonalistyczną Rewolucją Godności mieszkańców Doniecka i Ługańska.
Tyle że górnicy i kombajniści mieliby problem z obsługą nowoczesnych rakiet przeciwlotniczych, którymi zestrzelili kilkadziesiąt samolotów i śmigłowców ukraińskiej armii. Chodzi o przenośne systemy „Igła” oraz samobieżne zestawy „Buk”.
Te ostatnie spowodowały masakrę. Zniszczyły przelatujący nad Ukrainą pasażerski Boeing malezyjskich linii lotniczych z prawie 300 osobami na pokładzie. Tragiczny los rejsu MH 117 stał się synonimem powietrznego piractwa i państwowego terroryzmu Rosji.
Nie ulega wątpliwości, że zbrodni dopuścili się rosyjscy najemnicy. W tej sprawie trwa proces karny przed sądem w Amsterdamie, bowiem w liniowcu zginęło 90 obywateli Holandii. Tyle że demokratyczne państwo prawa do osądzenia winnych wymaga dowodów. I takie postanowił zdobyć ukraiński wywiad wojskowy, zaczynając w 2018 r. grę operacyjną.
Żmudnymi działaniami zdobył listę potencjalnych sprawców zestrzelenia, jednak podstawowym problemem było ich aresztowanie. Wszyscy przebywali w Rosji i byli chronieni przez FSB.
Dlatego ukraińscy funkcjonariusze, pod legendą prywatnej firmy usług wojskowych, zwerbowali podejrzanych do intratnej pracy. Jak nietrudno zgadnąć, podstawą kwalifikacji była umiejętność obsługi systemów „Igła” i „Buk”. Najemnikom zaproponowano kontrakt powietrznej ochrony pól naftowych w Wenezueli z półroczną gażą 5 tys. dolarów miesięcznie.
Ukraińcy zarzucili w ten sposób sieci, w które wpadła prawie setka chętnych. Ankiety i rozmowy kwalifikacyjne służyły namierzeniu tych najemników, którzy w 2014 r. terroryzowali wschodnią Ukrainę, a więc mogli obsługiwać rakiety, którymi zestrzelono MH 117 lub wiedzieli, kto konkretnie stał za zbrodnią.
Umowy „wenezuelskiego kontraktu” wręczono 29 osobom, dołączając dla niepoznaki kilku najemników niezwiązanych ze sprawą. Wtedy pojawił się kolejny problem. Jak ściągnąć ich na Ukrainę?
Plan był następujący. Ponieważ w tzw. międzyczasie wybuchła pandemia, świat przerwał połączenia lotnicze z Rosją. Jednak pozostała furtka, którą była Białoruś. Nie ogłosiła ona lockdownu, stając się centrum przesiadkowym dla rosyjskich turystów sprytnie omijających blokady wyjazdowe. Mińsk i Moskwa są związane umową konfederacyjną, dlatego granice są fikcją. Ukraińscy werbownicy wręczyli najemnikom bilety lotnicze do białoruskiej stolicy, skąd grupa miała odlecieć do Stambułu, a potem do Caracas. Do Turcji mieli nie dotrzeć. Podstawiona agentka na pokładzie maszyny, symulacja zawału serca, awaryjne lądowanie na lotnisku w kijowskim porcie Boryspol i zatrzymanie. Taki miał być finał południowoamerykańskiej wycieczki.
Scenariusz opracowany w najdrobniejszych szczegółach przewidywał nawet wersję „B”. Gdyby załoga tureckiego liniowca chciała lecieć dalej, w powietrzu krążył pułk myśliwski podniesiony na alarmowe ćwiczenia. Zamknąłby odpowiedni korytarz powietrzny, w skrajnym wypadku siłą zmuszając samolot pasażerski do lądowania. I co? I nic.
Tajemnicze fiasko
W sierpniu 2020 r. rosyjscy najemnicy z pierwszą dolarową wypłatą, podobno z kasy CIA, bez przeszkód dotarli do Mińska. Wówczas Burba przedstawił finalną część operacji trzem osobom. Prezydentowi, szefowi jego kancelarii oraz dyrektorowi Rady Bezpieczeństwa Ukrainy.
Wywiad potrzebował akceptacji na najwyższym szczeblu. Wydać rozkaz lotnictwu wojskowemu i zaskoczonej służbie kontrolerów ruchu powietrznego mógł jedynie konstytucyjny głównodowodzący Wołodymyr Zełenski. Tylko on mógł wyjaśnić ewentualny incydent dyplomatyczny tureckiemu odpowiednikowi.
Tymczasem za radą Jermaka prezydent dał rozkaz: stop. Oficjalnie nie było żadnej operacji. Nieoficjalnie kancelaria tłumaczy Zełenskiego następująco: kilka dni później miało dojść do kolejnej rundy negocjacji ukraińsko-rosyjskich na temat Donbasu. O taki rezultat Kijów przy wsparciu Francji i Niemiec starał się od miesięcy. Porwanie ponad 30 obywateli rosyjskich nie tylko zrujnowałoby wysiłki dyplomatyczne, ale groziłoby wybuchem nowej fazy wojny na wschodzie Ukrainy.
Jednak ktoś również zdradził. Nazajutrz po prezydenckiej decyzji najemnicy zostali aresztowani, tyle że przez jednostki specjalne białoruskiego dyktatora. 8 sierpnia miały się odbyć wybory. Aleksander Łukaszenko nagłośnił medialnie zatrzymanie Rosjan i wykorzystał propagandowo. Wskazał, że przybyli po to, aby zdestabilizować głosowanie, wobec tego obywatele tym bardziej powinni zagłosować na niego, bo jest gwarantem suwerenności od Moskwy.
Media nieprzychylne Zełenskiemu stawiają pytania: Kto przekazał informację Łukaszence? Tytuły sprzyjające głowie państwa pytają natomiast, czy Burba od początku do końca nie dał się wodzić za nos rosyjskiemu wywiadowi? I przedstawiają dowody.
Po pierwsze, wszystkie prywatne firmy wojskowe w Rosji to przykrywki służb specjalnych. Zatem informacja o „kontrakcie wenezuelskim” musiała błyskawicznie dotrzeć do GRU, który rozpracował i kontrolował Ukraińców, sterując ich kolejnymi ruchami.
Po drugie, to rosyjskie media pierwsze ujawniły szczegóły ukraińskiej operacji. Po trzecie, tylko Moskwa skorzystała na podważeniu wiarygodności ukraińskiego wywiadu i publicznym praniu brudów pomiędzy Zełenskim i opozycją szukającą winnych niepowodzenia.
Ostatnim pytaniem, a raczej tajemnicą poliszynela jest potężna skala wpływów agenturalnych Rosji. Ukraina jest nimi opleciona, bo Moskwa budowała sieci od 1991 r. Bardzo intensywna praca operacyjna rosyjskich służb datuje się początkiem prezydentury Putina. Efekty widzieliśmy i widzimy podczas hybrydowej agresji.
Jak wskazuje nazwa, wojna tego typu ma wiele wymiarów. To ogromny autorytet cerkwi prawosławnej Moskiewskiego Patriarchatu, rosyjskie aktywy ukraińskich oligarchów i latyfundia rosyjskich odpowiedników na Ukrainie, partie polityczne i kręgi akademickie. To również wpływy medialne, a przede wszystkim infiltracja służb specjalnych, zarówno wojskowych, jak i cywilnych oraz armii.
To oczywiste, że świat polityki skupia na sobie wszystkie kanały i formy rosyjskich wpływów agenturalnych, mimo wysiłków ukraińskich patriotów.

Autor

Poprzedni artykułWojna Polaków z bankami
Następny artykułStare plany po liftingu

Najnowsze