21.6 C
Warszawa
niedziela, 26 czerwca 2022

Ruska bieda – prawdziwa cena imperium Putina

Koniecznie przeczytaj

W latach 2013-2016 liczba Rosjan żyjących poniżej progu biedy wzrosła dwukrotnie i oficjalnie wynosi ponad 23 mln osób na 144 mln mieszkańców. Rosyjskich socjologów i ekonomistów niepokoi zarówno skala problemu, która rośnie z roku na rok, jak i tempo, z jakim osuwają się w ubóstwo ich współobywatele.

 

Kremlowska polityka „podnoszenia Rosji z kolan” okazała się zabójcza nie dla Zachodu, tylko dla zwykłych Rosjan. W miejsce reform Władimir Putin najpierw zafundował społeczeństwu złudny dobrobyt surowcowy, a potem kosztowny wyścig zbrojeń. Dziś w rosyjskim budżecie nie ma już śladu po naftowych dochodach, za to społeczeństwo osunęło się w głęboki kryzys bytowy. Największe koszty mocarstwowej polityki Putina ponoszą zatem Rosjanie, a Kreml nie ma nawet zamiaru pomagać własnym obywatelom.

Osuwisko biedy

Informacje dotyczące poziomu rosyjskiego dobrobytu nie napawają optymizmem. W latach 2013-2016 liczba Rosjan żyjących poniżej progu biedy wzrosła dwukrotnie i oficjalnie wynosi ponad 23 mln osób na 144 mln mieszkańców. Rosyjskich socjologów i ekonomistów niepokoi zarówno skala problemu, która rośnie z roku na rok, jak i tempo, z jakim osuwają się w ubóstwo ich współobywatele. Jeśli w 2013 r. poniżej granicy oficjalnego minimum niezbędnego do przeżycia znajdowało się 12,5 mln Rosjan, to rok później ich liczba sięgnęła już 19,5 mln osób, czyli 14 proc. społeczeństwa. Na przełomie 2015 i 2016 r. szacunki mówią o kolejnych 3,5 mln ubogich obywateli, co daje liczbę ok. 23 mln. Czy taka tendencja jest zaskoczeniem? W latach 2003 – 2010 wydawało się przecież, iż problem nierówności społecznych nie tylko maleje, ale uda się w końcu zlikwidować przekleństwo socjalnej katastrofy lat 90. XX w., czyli przełamać społeczne skutki rozpadu ZSRR i gospodarczej transformacji współczesnej Rosji. Zgodnie z różnymi szacunkami pod koniec ubiegłego stulecia próg ubóstwa przekroczyło 65 proc. Rosjan, a stan zamożności poprawił się znacznie dopiero na progu XXI w. gdy biedę klepało już „tylko” 33 proc. społeczeństwa. Za to w 2013 r. oficjalny poziom ubóstwa zmniejszył do 13 proc. i takie szacunki Kreml uznał za swój główny sukces. Niezaprzeczalnie tak było, ale pozytywna tendencja okazała się nietrwała. Źródłem pozornego sukcesu były dochody pochodzące z eksportu surowców energetycznych, które systematycznie wykorzystywano najpierw do regularnego wypłacania świadczeń, a następnie do ich corocznej indeksacji. Naftowa prosperity służyła również utrzymaniu rozległych zobowiązań socjalnych państwa, obciążających budżet federalny i na szczeblu regionalnym. Od dotowania cen prądu i gazu, przez taryfy komunikacyjne i łącznościowe, po dodatki za pracę w trudnych warunkach i przywileje różnych grup społecznych, na przykład weteranów Czarnobyla lub kombatantów licznych wojen imperium. Co prawda, było z czego rozdawać, a nawet zaoszczędzić na gorsze czasy, skoro w 2008 r. cena baryłki ropy marki Urals wynosiła 140 dolarów, a fundusz rezerwowy Kremla sięgał 450 mld dolarów. Nawet w latach 2009 – 2010, gdy światowy kryzys dotarł do „spokojnej zatoki”, jak Władimir Putin nazywał wówczas Rosję, władze mogły sobie pozwolić na uspokojenie obywateli 50-procentowym wzrostem uposażeń sfery budżetowej, choć cena baryłki Urals spadła do 40 dolarów, a państwowe zapasy walutowe skurczyły się o 100 mld dolarów. Co więcej, już rok później Kreml ogłosił koniec ekonomicznych turbulencji, czemu wyraz dał rosyjski prezydent w tzw. majskich ukazach (majowych dekretach) socjalnych. Trudno o bardziej demagogiczny i populistyczny program, który zamiast rzetelnych reform przenoszących Rosję z roli „mocarstwa surowcowego” do rzeczywistości gospodarczej XXI w. składał się z samych obietnic dobrobytu. I tak Putin zapowiedział podwojenie PKB do końca 2018 r. czyli do czasu zakończenia swojej trzeciej kadencji prezydenckiej. Przyrost dochodu narodowego miał skutkować utworzeniem 25 mln nowych miejsc pracy, i to nie byle jakich, bo wysokotechnologicznych, z których przynajmniej połowa winna powstać w syberyjskich i dalekowschodnich inkubatorach przedsiębiorczości i know-how. Snute na tej podstawie prognozy mówiły także o podwojeniu dochodów Rosjan, a zatem o skokowym wzroście siły nabywczej. Wewnętrzny rynek konsumpcji i usług, podobnie jak w rozwiniętych gospodarkach, miał zostać motorem napędowym gospodarki. Nie bez kozery najmodniejszym wytrychem kremlowskiej propagandy było zruszczone słówko driver – napęd. Jednak tak naprawdę jedynym driverem epoki surowcowego błogostanu okazał się Władimir Putin. W samospełniającą się moc jego dekretów zwykli Rosjanie uwierzyli do tego stopnia, że posługiwali się na co dzień wszystko wyjaśniającą frazą – Putin obiecał. Z drugiej strony, trudno im się dziwić, bo po katastrofie socjalnej epoki jelcynowskiej wpadli w kolejną skrajność, a mianowicie w okres 12 lat względnej stabilizacji i normalności, z którą dziś trudno się rozstawać. W każdym razie w 2012 r. PKB przeliczone na jednego mieszkańca przekroczyło kwotę 12 tys. dolarów, co zwiastowało ostateczne zwycięstwo nad przysłowiową ruską biedą.

Cena demagogii

Tymczasem w miejsce konsumpcyjnego rozpasania przyszła pora zapłaty za popełnione błędy, a raczej zaniechania, zwane przez ekonomistów chorobą holenderską. Kreml przejadał po prostu surowcowe dochody, tak naprawdę nie rozwiązując żadnego z problemów trapiących państwo i społeczeństwo. Na czele listy można umieścić niską wydajność pracy, surowcowy profil zacofanej monogospodarki, korupcję i niedofinansowanie oświaty oraz systemu opieki zdrowotnej. Za to Rosja szastała pieniędzmi na armię, wydatki zbrojeniowe przekroczyły bowiem roczny pułap 5 proc. PKB. Moskwa, prowadząc wielkomocarstwową politykę, uwikłała się w trzy wojny lokalne (Gruzja, Ukraina, Syria) i w zimną konfrontację z Zachodem, niosącą ciężkie brzemię sankcji ekonomicznych i finansowych odcinających Rosję od kredytów, know-how, a nawet podstawowych artykułów żywnościowych, których w okresie naftowej hossy nie opłacało się produkować na miejscu. Przede wszystkim jednak Kreml wpędził gospodarkę w strukturalny kryzys, obnażony krachem światowych cen ropy naftowej. Nic dziwnego, że w takich warunkach społeczne następstwa putinowskiej demagogii i populizmu okazały się naprawdę bolesne. Minister pracy i polityki socjalnej Julia Gołodiec liczbę ok. 23 mln obywateli żyjących poniżej progu ubóstwa nazwała wskaźnikiem krytycznym dla bezpieczeństwa państwa. Zresztą jest to szacunek raczej umowny choćby dlatego, że nie uwzględnia sytuacji socjalnej anektowanego Krymu wraz z Sewastopolem. Z badania Centrum Socjologicznego „Lewada” wynika, że inflacja, wzrost cen i groźba bezrobocia należą do najbardziej artykułowanych obaw Rosjan. Jednocześnie rząd federalny ratując równowagę budżetową lat 2015 – 2017 dokonał już trzech sekwestrów wydatków państwa oraz zarządził redukcję zatrudnienia w sferze budżetowej o 10 proc. Jednak najbardziej dotkliwą decyzją okazało się zamrożenie pensji i emerytur sfery budżetowej, która wobec dominacji państwa w gospodarce jest najpowszechniejszą formą utrzymania. Ogromną dziurę w portfelach Rosjan generuje także dwukrotna dewaluacja rubla, która co prawda pozwala na relatywnie uzupełnienie finansów publicznych masową pieniężną, jednak dewaluuje skutecznie realną wartość pensji i emerytur. Jak wyliczają eksperci renomowanej Wyższej Szkoły Ekonomicznej – Uniwersytetu Moskiewskiego (WSzE) w latach 2013 – 2015 siła nabywcza Rosjan zmniejszyła się co najmniej o 20 proc., a negatywny proces tylko się pogłębia. Oficjalnie premier Dmitrij Miedwiediew nie raz deklarował dotrzymanie zobowiązań socjalnych na dotychczasowym poziomie oraz antyinflacyjną indeksację uposażeń, jednak ekonomiści mówią wprost, że jest to fikcja. Państwo jedną ręką daje, a drugą odbiera. Jak wynika ze skargi emerytki, która trafiła do rąk samego Putina, ostatnia podwyżka jej świadczenia wyniosła 3,75 rubla miesięcznie, gdy w tym samym czasie opłaty komunalne pozostające w gestii władz regionalnych wzrosły o 17,60 rur. Wynika to z obciążenia lokalnych władz odpowiedzialnością za realizację majowych dekretów prezydenta. Regionalne budżety, chcąc dopełnić podjętych zobowiązań Kremla, rozpaczliwie poszukują środków, podnosząc wszelkie możliwe daniny lokalne. Tworzy się w ten sposób błędne koło finansowe, a poszkodowanym za każdym razem okazuje się zwykły obywatel. Jednak nawet tak dramatyczne dane nie oddają realiów rosyjskiego życia. Największą bolączką społeczną jest to, że nawet posiadanie pracy i regularne otrzymywanie uposażeń nie gwarantuje uzyskiwania środków niezbędnych do przeżycia. Wg raportu Ministerstwa Pracy z końca 2015 r. oficjalna liczba bezrobotnych sięgnęła w Rosji ok. miliona osób. Z niezależnych danych eksperckich wynika jednak, że faktyczne bezrobocie dotknęło ok. 4,2 mln Rosjan, to jest 5,5 proc. aktywnego zawodowo społeczeństwa. Z informacji o poziomie ubóstwa wynika, że liczba biednych obywateli jest co najmniej pięciokrotnie wyższa od liczby bezrobotnych. Wobec tego, jakie procesy ekonomiczne powodują tak skrajną sytuację? Okazuje się, że wszystkiemu jest winien ujemny wzrost PKB. W okresie ostatnich dwóch lat gospodarka rosyjska najpierw zwolniła, a potem przeszła w stan recesji. Jeśli w 2013 r. PKB wzrósł o 1,3 proc., a w 2014 r. tylko o 0,6 proc. to w ubiegłym roku ujemny przyrost wyniósł już 3,4 – 3,7 proc. W 2016 r. przewidywany jest dalszy spadek PKB w przedziale 0,8 – 2,4 proc. Oznacza to znaczne skurczenie popytu wewnętrznego i spadek płac oraz dochodów w przedziale porównywalnym z rokiem ubiegłym, a więc odpowiednio o 8,9 oraz 4 proc. W dodatku na zasobność rosyjskich portfeli wpływa spadek inwestycji zagranicznych (90 proc.) i produkcji przemysłowej (3,4 proc.). Recesja przełożyła się również na warunki i dostępność kredytów konsumenckich, a wszystkie negatywne czynniki wpłynęły na wzrost inflacji (15 proc. rocznie) i w końcu wzrost cen podstawowych artykułów o 11,3 proc. W tym samym czasie realne płace Rosjan ulegają systematycznej redukcji i zgodnie z opiniami ekspertów poważnym wyzwaniem staje się zjawisko nisko opłacanej pracy, które dotyka większość aktywnego zawodowo społeczeństwa. Aby przeżyć miesiąc, płaca minimalna zarabiającego członka rodziny z dziećmi winna kształtować się na poziomie 15 tys. rubli. Tymczasem wyliczone przez ekspertów rządowych minimum socjalne, stanowiące podstawę wyliczenia płac, wynosi jedynie 6 tys. rur. Zdaniem niezależnych ekonomistów powoduje to sytuację, w której do 23 mln biednych Rosjan należy dodać kolejne 16 proc. społeczeństwa spychanego w biedę fikcyjnym minimum socjalnym i manipulacjami statystycznymi Kremla. Rodzi to znacznie poważniejszy skutek w postaci tzw. wtórnej biedy, czyli ponownego zejścia poniżej próg ubóstwa osób, których status socjalny uległ chwilowej poprawie w okresie surowcowej prosperity. A jak sami Rosjanie odnoszą się do własnej
sytuacji materialnej?

Percepcja ubóstwa

Stosunek Rosjan do ich własnej sytuacji materialnej jest co najmniej niejednoznaczny. Z jednej strony mają świadomość negatywnego wpływu recesji na jakość życia i trudności związane z materialnym utrzymaniem rodzin. I tak zgodnie z badaniami ośrodka ROMIR ponad 60 proc. obywateli przyznaje się do utrudnień związanych z zachodnim embargiem oraz kryzysem ekonomicznym. Jednak według ośrodka WCIOM 50 proc. akceptuje nadal politykę gospodarczą rządu, a 54 proc. pozytywnie odnosi się do premiera Miedwiediewa. Skala poparcia Putina nadal jest niebotyczna i sięga 82 proc. badanych. Niemniej jednak, w 2014 r. pułap akceptacji działań rządu i premiera wynosił odpowiednio 62 i 74 proc, prezydenta zaś – 89 proc. Spadek poparcia, choć relatywnie niewielki jest jednak dostrzegalny.

————————————————

Więcej w najnowszej „Gazecie Finansowej”

Autor

Poprzedni artykułRynek pożyczek gotówkowych
Następny artykułPolskie Sądy Volkswagena

Najnowsze