17.5 C
Warszawa
sobota, 25 września 2021

Bezkarny truciciel

Koniecznie przeczytaj

Złota setka

Rynek gazu

Restrukturyzacja

Niemiecki koncern powinien zapłacić Polsce ponad 20 mld zł odszkodowania za wprowadzenie na nasze drogi 170 tys. aut emitujących ogromne zanieczyszczenia.

We wrześniu 2015 r. doszło do wykrycia tzw. afery Volkswagena, potocznie zwanej dieselgate. Okazało się, że niemiecki producent aut celowo tak zaprogramował ograniczanie emisji spalin, aby działało tylko na testach w laboratorium. Odkryli to Amerykanie i dość szybko wystawili niemieckiemu koncernowi słony rachunek. Tylko konsumentom amerykańskim koncern zapłacił ok. 40 mld zł. W Polsce skończyło się na 120 mln zł kary, którą nałożył na koncern Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Gdyby przyjąć amerykańskie standardy, to Niemcy musieliby zapłacić nam ok. 20 mld zł. Oszukani bowiem zostali nie tylko konsumenci. Ponad 170 tys. aut przez lata truło Polaków. Niektóre ok. 40 razy powyżej normy. W USA Volkswagen „na dzień dobry” zapłacił 100 mld zł kary, nie licząc tego, co zaoferował klientom. W Polsce włądza koncernu nie poniosły żadnej kary, a przecież ktoś tam świadomie podjął decyzję o tym, żeby zatruwać nasze środowisko! Kara dla oszustów była u nas symboliczna. Nie dość, że jej wysokość na tle amerykańskim była śmieszna, to jeszcze nie przewidywała konieczności naprawienia szkody klientom. Volkswagen zlekceważył Polaków, którym sprzedano jeżdżące fabryki toksyn.

Niemiecka święta krowa

To było zaplanowane oszustwo. Menadżerowie Volkswagena zwyczajnie postanowili łamać prawo. Truć ludzi i sprzedawać auta, które nie spełniały żadnych norm. Jeżdżącymi fabrykami toksyn okazały się: Volkswagen Touareg, Porsche Cayenne, Audi A6 Quattro, A7 Quattro, A8, A8 L, Q5, Q7. Dlatego na początku roku Amerykański Departament Sprawiedliwości pozwał koncern o 48 mld dolarów (ok. 200 mld zł). W Polsce pieniędzy chciało dochodzić Stowarzyszenie Poszkodowanych, ale media kompletnie marginalizowały sprawę. Sąd pod koniec 2017 r. odrzucił pierwszą próbę zbiorowego pozwu. Polskie państwo w ogóle nie pochyliło się nad problemem. Ponad 170 tys. aut zostało u nas sprzedanych nielegalnie: ich homologacje, czyli warunki użytkowania, były sfałszowane. Nie tylko nie można było sprzedawać takich aut, ale nawet nie można nimi jeździć. W teorii państwo polskie powinno natychmiast zakazać wykorzystywania takich aut, nie dzieje się jednak nic. Najbardziej szokuje zaś pełna premedytacja, której dopuściły się władze niemieckiego koncernu.

Od lat milczą o odszkodowaniu wszystkie polskie instytucje państwowe, chociaż wśród nich jest wiele poszkodowanych jednostek, które zakupiły felerny towar. Temat odszkodowań dla Polski i Polaków od Volkswagena praktycznie nie istnieje w mediach. Koncern chroni niewidzialna siła niemieckich firm. W grę wchodzi nie tylko to, kto jest właścicielem mediów, ale też trochę daje reklamy. Każde medium, które publikuje teksty sugerujące, iż niemiecka firma Volskwagen powinna zapłacić miliardy złotych odszkodowań, traci nie tylko szanse na reklamy od Volkswagena, ale także dostaje się na „czarną listę” innych niemieckich firm. W ten sposób wymusza się milczenie.

Dali nam przykład Amerykanie

W USA jeden z odpowiedzialnych za oszustwa, inżynier Oliver Schmidt, musiał po prostu pójść za kratki. Do sali sądu federalnego w Detroit w grudniu 2018 r. wchodził ze skutymi rękami i nogami w krwistoczerwonym kombinezonie. Dostał wyrok siedmiu lat więzienia. W Niemczech takie wyroki dla przestępców w „białych kołnierzykach” należą do rzadkości. Schmidt został ukarany za rolę w skandalu, który prasa ochrzciła VW dieselgate, jednym z najbardziej bezczelnych oszustw korporacyjnych w historii. Sędzia w uzasadnieniu dał do zrozumienia, że chętnie widziałaby w swojej sali całe kierownictwo niemieckiego VW.

Nie ma wątpliwości, że Schmidt był winny. Przyznał, że był częścią spisku mającego na celu tuszowanie, ale oczywiście nie był jedynym mózgiem przestępstwa. O oszustwie dowiedział się kilka miesięcy przed wybuchem afery w czerwcu 2015 r. Sprzedaż wadliwych aut i zatruwanie środowisko trwało wówczas już od blisko dekady.

A gdyby tak polska prokuratura spróbowała osądzić tych, którzy zatruwali polskie środowisko i oszukiwali Polaków? Czy Niemcy broniliby ewidentnych oszustów? Polska może w tej sprawie być tym europejskim krajem, który przerwie zmowę milczenia nad oczywistym przestępstwem. Pamiętajmy, ofiarami byli nie tylko nabywcy felernych aut, ale my wszyscy, którzy wdychaliśmy zanieczyszczenia. 170 tys. aut generowało takie spaliny, jak w „normalnych” okolicznościach wyprodukowałoby ponad 6 mln pojazdów. Menedżerowie VW w Niemczech są przysłowiowymi „szychami”. Gdyby Polska zagroziła wsadzeniem ich do więzienia, to zrobiliby wiele, aby do niego nie trafić. Można byłoby uzyskać realne ustępstwa od Niemiec tak polityczne, jak i finansowe.

W tej sprawie polskie sądy, chcąc nie chcąc, patrzyły, jak zachowuje się państwo. A fakt, iż tylko jedna z państwowych agend nałożyła symboliczną karę na Volkswagena, dużo mówi. Z roszczeniami wobec koncernu nie wystąpiła żadna z państwowych agend, a część z nich była nabywcami felernych aut. Jest przecież jasne, że mało kogo z właścicieli aut w Polsce stać na to, aby wynająć niemieckich prawników i wytoczyć koncernowi sprawę w Niemczech. A jest o co się bić. W 2018 r. przed niemieckim sądem w Hamburgu zapadł wyrok nakazujący VW dostarczyć klientowi, który kupił „fabrykę toksyn na kółkach” całkowicie nowy samochód. Ten wyrok powinien mieć kolosalne znaczenie dla nabywców 170 tys. felernych aut w Polsce. Nie miał, bo po nim nie nastąpiła żadna reakcja polskiego rządu.

„Zdaniem adwokata, który reprezentował w sądzie skarżącego, wyrok ten może mieć znaczący wpływ na kolejne wyroki zapadające w związku z dieselgate. Jeszcze nigdy do tej pory żaden sąd nie przyznał poszkodowanemu racji w tak wielu punktach. Właściciel auta zaktualizował wprawdzie pierwotne oprogramowanie, jednak sąd uznał, że prowadzi ono do szybszego zużywania się samochodu, stąd decyzja o prawie do otrzymania przez niego odszkodowania od producenta” – relacjonowała wyrok „Rzeczpospolita”.           

Osobną kwestią jest to, że Transportowy Dozór Techniczny oraz Ministerstwo Infrastruktury w ogóle nie prowadzą badań odnoszących się do tego, jak Volkswagen przeprowadził akcję naprawiania szkód, które spowodował w Polsce. Jego akcja naprawcza, która nie pozwala na doprowadzenie sprzedanego samochodu do stanu, w jakim miał być sprzedany (a zdaniem wspomnianego niemieckiego sądu powoduje szybsze jego zużycie). Mimo to nikt nie sprawdza, jak VW wywiązuje się z tego obowiązku. Krótko mówiąc, nie wiemy, ile jeszcze trujących aut jeździ po Polsce, ani ile zostało naprawionych.

W Polsce nikt nie przeprowadził także śledztw kryminalnych, a powinno się wszcząć przynajmniej trzy. Jedno w sprawie zatrucia środowiska, drugie w sprawie wyłudzenia pozwolenia na sprzedaż aut, czyli homologacji sprzedawanych przez VW aut, a trzecie to wyjaśnienie, czy w fabryce w Polkowicach na Dolnym Śląsku, gdzie produkowano silniki Diesla, także dopuszczano się oszustw. Trzeba również wyjaśnić, czy na terenie Polski w autoryzowanych serwisach koncernu używano oprogramowania manipulującego poziomem emisji substancji niebezpiecznych. Czyli, krótko mówiąc, czy dopuszczano się w Polsce przestępstw. Biorąc pod uwagę, że nie wykryto w naszym kraju żadnych nieprawidłowości, można przyjąć, iż tak właśnie było. A to już oznacza, że w Polsce dochodziło do ordynarnych przestępstw. Gdyby zwykły „Kowalski” coś takiego zrobił, straciłby nie tylko firmę, ale trafiłby do więzienia na wiele lat. W wypadku niemieckiej firmy okazuje się, że traktowana jest ona i jej menedżerowie, jak przysłowiowe „święte krowy”.

Autor

Poprzedni artykułZielony sufit dla biednych
Następny artykułZałożenia Polskiego Ładu

Najnowsze