7.5 C
Warszawa
poniedziałek, 18 października 2021

Polskie multi-kulti

Koniecznie przeczytaj

W latach 2016-2020 do Polski legalnie wjechało 3,16 mln imigrantów. Polskie społeczeństwo staje się wielokulturowe, jak w krajach Zachodu.

Polska przez ostatnią dekadę stała się krajem wielokulturowym. Tylko od 1 stycznia 2016 r. do 31 grudnia 2020 r. legalnie z pozwoleniem na pracę i mieszkanie wjechało do Polski 3,16 mln imigrantów – wynika z danych Eurostatu (unijny odpowiednik polskiego Głównego Urzędu Statystycznego). Nie tylko z Ukrainy i Białorusi (chociaż tych jest najwięcej), ale także z Azji i krajów muzułmańskich. Już ponad 833 tys. z nich płaci w Polsce pełny ZUS (dane na koniec sierpnia br.). Mamy „na stałe” około 2 mln Ukraińców, ponad 680 tys. Białorusinów i 140 tys. Rosjan – to najliczniej reprezentowane w Polsce grupy obcokrajowców. Jednak pojawiają się też coraz częściej Mołdawianie (ponad 70 tys.), Gruzini i Hindusi – powyżej 50 tys. Widoczna jest też „starsza” emigracja wietnamska, która tworzy w Warszawie coś na kształt własnych osiedli (jeszcze nie dzielnic), w których są nawet napisy wietnamskie na budynkach. Polska, postrzegana przez cały XX w. jako kraj bez mniejszości narodowych, powoli staje się wielokulturowym społeczeństwem. Szczególnie dobrze widać to w większych miastach. Narodowy Bank Polski szacuje, że praca imigrantów w Polsce w ostatnich latach zwiększyła tempo wzrostu PKB o 0,5 p.p.

Gospodarka potrzebuje pracowników

Społeczeństwo w Polsce się starzeje. Jeszcze przed pandemią koronawirusa sytuacja demograficzna była dramatyczna. Liczba nowonarodzonych dzieci nie wystarcza nawet do utrzymania obecnego poziomu ludności Polski, o wzroście nie wspominając. Powodowało to katastrofalną sytuację polskiego systemu ubezpieczeń społecznych, który symbolizuje znienawidzony przez przedsiębiorców ZUS (Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Wybór był więc taki: albo pozwolić się polskiej gospodarce powoli kurczyć, albo otworzyć się na pracowników z zagranicy. Otwierając granicę, rząd pozyskał kilka milionów nowych płatników. Nie tylko pracujących w Polsce, ale również wydających w Polsce pieniądze. Dokonała się, relatywnie po cichu, największa zmiana w strukturze demograficznej Polski od czasów ostatniej wojny.

Ponieważ zdecydowana większość imigrantów osiadła w Polsce w dużych miastach lub w jej zachodniej części, to część obywateli Polski może nie zdawać sobie z tego sprawy. Na przykład we Wrocławiu 25 proc. mieszkańców to Ukraińcy, co widać i słychać na ulicach. Mają więc oni już swoje media, a w kinach można spotkać seanse z napisami w języku ukraińskim (podobnie w Trójmieście).

Pojawienie się w Polsce kilku milionów obcokrajowców miało także wymierny wpływ na zahamowanie wzrostu płacy za najprostsze prace. To mechanizm doskonale znany z USA, w którym od lat był problem np. ze znalezieniem pracowników w fast foodach. Stąd też relatywnie wysokie utrzymywanie legalnej imigracji do USA. Jak duży jest to problem, pokazał początek września w Oregonie, w którym McDonalds zaczął adresować ofertę pracy już do 14-latków, bo groziły przestoje z powodu braku chętnych. 60 proc. firm zatrudniających imigrantów robi to właśnie do prostych prac.

Mechanizm działania popytu i podaży w nieskomplikowanych pracach jest prosty jak przysłowiowa konstrukcja cepa. Polski kierowca zarabia kilka razy więcej niż jego odpowiednik np. z Indii, nie dlatego, że lepiej i produktywniej jeździ, ale dlatego, że świadczy pracę na regulowanym rynku (płaca minimalna!), do którego jest ograniczony dostęp. Podobnie jest ze sprzedawcami w sklepach. Otwierając granice i podaż pracowników do prostych prac, uratowano wiele biznesów. Większość Polaków jak już ma pracować w tzw. prostych pracach, to woli to robić na Zachodzie, np. w Niemczech, bo praca taka sama, a kasa wyższa.

Nie tylko proste prace

Imigranci to nie tylko sprzedawcy, sprzątacze, pracownicy na budowie, kelnerzy. To coraz częściej także wysokiej klasy specjaliści. Na przykład informatycy z Indii. Biegle posługują się angielskim, który jest w Indiach niemal obowiązkowy. Także informatycy z Białorusi wolą szczęścia szukać w Polsce niż u siebie w kraju czekać na upadek dyktatury Aleksandra Łukaszenki. Polacy mają też apetyt na przejęcie ukraińskich, białoruskich lekarzy. W Polsce sytuacja z podażą lekarzy zaczyna wyglądać tragicznie. Zachód dokonał z Polski drenażu całych roczników nowych medyków.

Bardzo łatwo też o zagranicznych przedsiębiorców. Ukraińcy otwierają w dużych miastach restauracje. Są one nie tylko przeznaczone dla Polaków, ale także celują w swoich rodaków, którzy tęsknić mogą do rodzimej kuchni. Obcokrajowcy prowadzą często agencje pośrednictwa nieruchomości, sprzedaży i wynajmu, ale też firmy naprawiające sprzęt AGD, RTV.

Polak jest wymagającym sąsiadem

Z badań wynika, że Polacy jako społeczeństwo mają duże wymagania w stosunku do imigrantów. Zajmujemy pod tym względem czwarte miejsce w Unii Europejskiej. Więcej niż my od imigrantów wymagają tylko Grecy, Portugalczycy i Węgrzy. Dla porównania: najmniejsze wymagania mają mieszkańcy Luksemburga, Szwecji, Szwajcarii i Holandii. Najważniejsze jest dla Polaków, aby imigrant był wychowany w tradycji chrześcijańskiej. Wolimy również, aby miał biały kolor skóry i posiadał majątek. Nie musi mieć natomiast kwalifikacji zawodowych. Pod tym względem instynkt Polaków wydaje się bardziej racjonalny niż polityka imigracyjna np. Francji, która skończyła się powstaniem całych dzielnic w wielu miastach żyjących tylko z zasiłków opieki społecznej, a także z przestępstw. We Francji i w Szwecji są całe strefy, do których policja wchodzi rzadko, a wygląda to wówczas bardziej na działania wojenne niż interwencję policyjną. Takiej imigracji Polacy nie chcą.

Jeżeli chodzi o wchodzenie z imigrantem w relacje zawodowe i rodzinne, to Polacy są w środku narodów UE. Szwedzi, Luksemburczycy i Szwajcarzy to narody najbardziej otwarte na imigrantów w pracy i nawiązywaniu związków rodzinnych. Najmniej otwarci są Grecy i Czesi. Nie chcą pracować z cudzoziemcami ani tworzyć z nimi rodziny. Polska zajmuje 11 miejsce (na 26 krajów UE) pod względem otwartości na współpracę zawodową i 9. miejsce pod względem akceptacji związków rodzinnych.

Imigrację zarobkową w Polsce wspiera 9 na 10 Polaków (86 proc.), a połowa chciałaby, aby imigranci nie mieli żadnych ograniczeń przy podejmowaniu pracy. Przeciwny temu jest zaledwie 1 na 10 Polaków i taki stan utrzymuje się w Polsce od ponad dziesięciu lat. Co ciekawe jeszcze na początku lat 90. większość Polaków nie chciała obcych pracujących w Polsce. Podróżując po świecie, po Unii Europejskiej, polskie społeczeństwo stało się bardziej otwarte. Wciąż jednak stawia silne warunki obcym: imigracja tak, ale do pracy, nie po zasiłki.

Z analizy NBP wynika, że w ostatnich pięciu latach bardzo mocno wzrósł odsetek imigrantów, którzy chcą zostać w Polsce na stałe. To zresztą widać nie tylko z deklaracji. Ponad połowa z imigrantów przebywa w Polsce przynajmniej z jednym członkiem rodziny. Będzie miało to dwie konsekwencje. Po pierwsze przestaną wysyłać zarobione pieniądze poza Polskę. Po drugie zaczną być stałą częścią coraz bardziej barwnego pejzażu Polski.

Autor

Najnowsze

Zielony kryzys energetyczny

Afera Pfizera

Nowe wejście smoka

Powtórka z ZSRR?

Afganistan: skrzyżowanie bezdroży