7.5 C
Warszawa
poniedziałek, 18 października 2021

Dziesięć dni z Chin, dziesięć dni na granicy z Polską

Koniecznie przeczytaj

Polska zablokowała właśnie Jedwabny Szlak 2.0. Niechcący. Infrastruktura przejścia kolejowego w Małaszewiczach nie wytrzymała wolumenu i się zakorkowała. Kontenery dziesięć dni jadą z Chin, po czym utykają na granicy z Polską na prawie drugie tyle. W efekcie Chińczycy zaczynają przerzucać towary przez Obwód Kaliningradzki. Na własne życzenie zafundowaliśmy sobie kolejny geopolityczny, omijający Polskę bay-pass, jakby Nordstreamów było nam mało… 

I tak wygląda aktualna moda na geopolitykę w przyziemnym konkrecie. Uczeni w piśmie chińskim politolodzy snują rozważania o zmierzchu globalnej dominacji USA, aż dudnią think tanki, a tymczasem rzeczywistość za Terespolem skrzeczy cienko.

Opowieści o tym, jak to w Państwie Środka planują na stulecia i milenia, wprzód można włożyć pomiędzy bajki. Chińczycy są do bólu praktyczni. Robią swoje, pilnują małych interesów przede wszystkim, a geopolityczna reszta wychodzi im sama, jako miła wartość dodana. Ani myślą forsować się dyplomatycznie i finansowo, żeby zyskać wizerunkową chwałę światowego imperium. To jest podejście typowo słowiańskie, zwłaszcza rosyjskie, żeby o mocarstwowym prestiżu państwa świadczyły pomniki o gabarytach Godzilli i proporcjonalne do nich wskaźniki ruchu w internecie. Chińczycy, zamiast inwestować w propagandę i fabryki trolli, kombinują, jakby tu bokiem przepchnąć kolejny tysiąc kontenerów. A jak te kontenery dotrą na miejsce, pozytywny wizerunek Chin zrobi się już sam, tam, gdzie trzeba, ważąc zdecydowanie więcej niż lajk pani Grażynki na Facebooku, czy choćby nawet najmędrszy komentarz miłośnika teorii geopolitycznych pod podcastem na You Tube.

Czy Chińczycy opłacili choćby jednego trolla, by siał defetyzm w USA, doprowadzając tym do kompromitacji w Afganistanie? Szczerze wątpię! Amerykanie sami malowniczo potknęli się o własne nogi. A Chińczycy teraz z typowo dalekowschodnią powściągliwością celebrują swoją słodką schandenfreude… Ten geopolityczny owoc sam spadł im w ręce. I po co iść w dodatkowe koszty? Lepiej pomyślmy, którędy wysłać kolejny tysiąc kontenerów, skoro ci Polacy nie wpadli na to, żeby po zatkaniu Kanału Sueskiego i ograniczeniu ruchu lotniczego z powodu COVID natychmiast wybudować drugie Małaszewicze.

Najważniejsze co warto wiedzieć o procesach geopolitycznych, jest to, że one dzieją się same. Nie trzeba ich popychać ani dopingować. Trzeba tylko wiedzieć, kiedy stanąć z czapką pod drzewem, na którym dojrzały właśnie globalne frukta. I zamiast dywagować o Heartlandzie i Rimlandzie, przede wszystkim dopilnować, aby w tej naszej czapce nie było banalnej dziury, bo złote jabłko przeleci przez nią na wylot i przepadnie jak chińskie kontenery w Obwodzie Kaliningradzkim.

Pouczającym przykładem procesu geopolitycznego jest przenikanie Chińczyków na Syberię. Rosja ma dziesięć razy więcej ziemi, Chiny dziesięć razy więcej ludności – to jest różnica geopolitycznych potencjałów, która prędzej, czy później musi zostać wyrównana. Syberia to kolejny dojrzewający globalny owoc, który nieuchronnie wpadnie w chińskie ręce. Jednak nie ma powodu się spieszyć! Gdyby Chiny chciały ponaglić historię i siłą odebrać Rosji Syberię, niechybnie skończyłoby się to wojną atomową. Rosjanie na pewno byliby na niej bardziej stratni, bo gdyby wskutek wymiany ciosów atomowych po obu stronach zginęło po dwieście milionów ludzi, to Chińczyków nadal byłoby ponad miliard, a Rosjan minus 60 milionów… Jednak po co robić taki bałagan, skoro sprawy toczą się same? Syberia staje się chińska wskutek powolnej, lecz nieustającej dyfuzji Chińczyków na te tereny. Oni się tam osiedlają, zagospodarowują, żyją, pracują i za kilka pokoleń po prostu nie będzie żadnej dyskusji na temat „Czyja jest Syberia?” Będzie „oczywista oczywistość”, że chińska.

Owszem, Rosjanie słyną z brutalnych czystek etnicznych w skali całych narodów i mogliby chcieć siłą odwrócić ten trend, masowo wyrzucając Chińczyków za Amur. Już raz to zrobili podczas powstania Bokserów (1899-1901), kiedy kilka tysięcy Chińczyków deportowano i dosłownie wepchnięto bagnetami do Amuru. Szacuje się, że utonęło wtedy trzy tysiące osób. Liczbę ofiar powiększył fakt, że ówcześni Chińczycy nie umieli pływać. Uważali bowiem tę umiejętność za niezgodną z ludzką naturą. Teoretycznie takie ludobójstwo mogłoby się powtórzyć na większą skalę w przyszłości, ale Chiny zapamiętały tę lekcję i teraz na imperialne akcje Rosji odpowiadają demonstracją wojskową na granicy amurskiej. Tak było, gdy Rosja anektowała Krym. Chiny pogroziły Putinowi palcem, a car-prezydent dobrze zrozumiał ten gest i natychmiast zrezygnował z przebijania korytarza lądowego na Krym pod Mariupolem (marzec 2017). Rosja wolała wybudować most przez Cieśninę Kerczeńską (maj 2018). Zapewne mało kto zauważył tę koincydencję. Pewnie wolimy myśleć, że to Ukraińcy bohatersko powstrzymali Imperium, którego celem było przebicie korytarza aż do Naddniestrza i całkowite odcięcie Ukrainy od morza. Tymczasem decydujący głos miały tu Chiny. Podobnie jak w przypadku podtrzymywania istnienia Białorusi. Tak właśnie przebiegają procesy geopolityczne – zakulisowo, powoli i mało efektownie, lecz nieuchronnie. Naprawdę nie potrzeba tych trendów przynaglać, bo tylko koszty i problemy z tego.

Jest takie chińskie przysłowie o rzece, do której wpadło drzewo i wynikło z tego mnóstwo plusku i mętnej wody, ale zaraz za zakrętem rzeka znów płynie taka, jaka była przed tym całym zamieszaniem… Nie warto więc rąbać drzew na brzegach rzeki, by zmienić jej bieg. Ona sama, w swoim czasie dopłynie, gdzie trzeba. Trzeba tylko usiąść na brzegu i spokojnie poczekać aż trup wroga spłynie z geopolitycznym nurtem jak Amerykanie z Kabulu. Na to też Chińczycy mają stosowne powiedzonko i całą tradycję kulturową opartą na cnocie cierpliwości, czego nie należy mylić z wyrachowanym planowaniem na wieki naprzód. Oni robią swoje tu i teraz, a resztę dostają w promocji, w nagrodę za tę skrzętną zapobiegliwość.

Zatem nasze europejskie myślenie o geopolityce skażone przede wszystkim pośpiechem. Cóż, taką mamy kulturę. Jeśli jest istotna różnica geopolitycznych potencjałów, to wyobrażamy sobie, że tu zaraz z hukiem zejdzie wielka światowa lawina! Tymczasem raczej dyskretnie spełznie lodowiec, bez większego hałasu przestawiając szczyty i priorytety.

Na początku tego lata wiele mówiło się o możliwej gorącej wojnie amerykańsko-chińskiej. Teraz po Afganistanie trudno wyobrazić sobie, aby Amerykanie byli zdolni do jakiejkolwiek globalnej rywalizacji z państwami większymi od San Marino. Aktualne prognozy są trzeźwiejsze. Mówi się już tylko o początku drugiej zimnej wojny i porównuje się obecną sytuację USA z czasami rządów prezydenta Cartera, licząc, że potem objawi się drugi Ronald Reagan.

Zatem powtórzmy, więcej cierpliwości! Ponadto, znając polski charakter narodowy, obawiam się, że my skrycie liczymy na to, że Wielka Historia, czyli trendy geopolityczne załatwią za nas nasze małe zaniedbania. To się, owszem, sprawdziło w 1918 r., ale w 1939 r. już niekoniecznie…

A kiedy Państwo czytali ten felieton, Chińczycy wyekspediowali kolejny tysiąc kontenerów!

Autor

Najnowsze

Zielony kryzys energetyczny

Afera Pfizera

Nowe wejście smoka

Powtórka z ZSRR?

Afganistan: skrzyżowanie bezdroży