19.6 C
Warszawa
sobota, 18 maja 2024

Budżetowy dyktat

Pod pretekstem chęci ujednolicenia polityki fiskalnej i konieczności wdrożenia zielonego ładu Bruksela opracowała wielki plan przejęcia kontroli nad budżetami krajowymi.

W ostatnim czasie nie ma praktycznie miesiąca, aby opinia publiczna nie była informowana o nowych planach Brukseli w zakresie przejęcia kompetencji dotychczas pozostających wyłącznie w gestii państw członkowskich. Po tym, jak forsowany z niezwykłym zacięciem „Fit for 55” odsłonił przed wszystkimi zamiar wdrożenia sztywno przestrzeganych tzw. krajowych planów energetycznej transformacji w zakresie budownictwa czy też transportu przyszedł czas na koncepcję przejęcia kontroli nad polskimi zasobami lasów. Niedawno zaś eurokraci wpadli na zupełnie nowy pomysł, aby władzom krajów członkowskich została odebrana pełnia władzy nad konstruowaniem budżetu.

Grecki precedens

Gwoli sprawiedliwości trzeba zauważyć, że przystępując do unii walutowej, właściwie wszystkie zainteresowane kraje wyraziły wstępną zgodę na ingerencję w swoją politykę fiskalną, bez której niemożliwe byłoby wzajemne dostrojenie najważniejszych wskaźników makroekonomicznych. Gdy w 2015 r. zbankrutowała Grecja, nie miała właściwie wyboru i w imię uzdrowienia swoich finansów zaakceptowała dyktat niemieckich urzędników, którzy narzucili jej kontrowersyjny program naprawczy.

Jak dotąd postawiona pod ścianą Grecja stanowiła dość skrajne potwierdzenie tezy, że przynależność do unijnych struktur wiąże się ostatecznie z utratą suwerenności i zgodą na panoszenie się polityków reprezentujących europejskie mocarstwa. Wedle najnowszych planów reformy systemu budżetowego całej wspólnoty los Grecji może potencjalnie przypaść praktycznie wszystkim krajom.

Pretekstu do wprowadzenia daleko idących zmian dostarczyła niedawno zakończona pandemia, na czas której Komisja Europejska postanowiła udzielić wszystkim krajom zwolnienia z przestrzegania reguł fiskalnych dotyczących wysokości deficytu (nie więcej niż 3 proc. PKB) oraz zadłużenia (nie więcej niż 60 proc. w relacji PKB). Wprowadzenie lockdownów wymagało krańcowego wysiłku finansowego, a w wielu krajach sytuacja budżetowa nadal daleka jest od stabilnej. W związku z tym zawieszenie reguł zostało przedłużone.

Kryzys covidowy został wykorzystany przez Brukselę do tego, aby nastał „Hamiltonowski moment Europy” w postaci w pierwszej emisji wspólnego zadłużenia, a także do tego, aby znacząco przyspieszyć zieloną rewolucję. Unijny Fundusz Odbudowy to mechanizm finansowy wspierający nie tyle odbudowę czegokolwiek, ile konstrukcję społeczeństwa zeroemisyjnego.

Zielony pretekst

I właśnie przemożna chęć doprowadzenia Europy do celów związanych z ideologią zrównoważonego rozwoju tworzy obecnie eurokratom wręcz idealne warunki do tego, aby narzucić całej wspólnocie ręczne sterowanie krajowymi budżetami. Przedłożona jeszcze pod koniec ubiegłego roku przez komisarza ds. gospodarki Paolo Gentiloniego propozycja zmian przewidywała, że kraje członkowskie powinny wdrożyć ściśle konsultowany z Komisją Europejską plan naprawczy swoich finansów. Obecnie aż 14 państw posiada zadłużenie wyższe niż 60 proc. krajowego PKB, a gdyby ściśle przestrzegano unijny Pakt Stabilności i Wzrostu – większość z nich musiałaby natychmiast narzucić sobie drakońską redukcję wydatków. Takiej redukcji nikt oczywiście nie chce, dlatego proponowanym rozwiązaniem problemu ma być wprowadzenie nowych, luźniejszych w zakresie zmniejszania zadłużenia zasad.

Państwa członkowskie mają utrzymać zdolność do zadłużania, lecz oczywiście za cenę kontroli. Propozycje zmian zakładają, że Bruksela ma poprzez ścisłą kontrolę struktury budżetu przyzwalać na to, aby państwa mogły coraz bardziej zadłużać się na potrzeby zielonej transformacji. Tym samym wprowadzone zostanie niezapisane nigdzie rozróżnienie na „dobry” i „zły” dług, a cel w postaci redukcji zadłużenia może zostać jeszcze bardziej rozmyty.

Takie rozwiązanie nie podoba się paradoksalnie Niemcom, którzy z jednej strony są tradycyjnie głównymi beneficjentami stałej ekspansji uprawnień Komisji Europejskiej, a z drugiej obawiają się nadmiernych wydatków ze strony krajów stale grzeszących rozrzutnością. Niemieckie ministerstwo finansów zdecydowanie bardziej preferowałoby wprowadzenie stałych i niezmiennych reguł finansowych, które na wszystkich nakładałyby ten sam gorset ograniczeń. Wydaje się jednak, że bez poluzowania obecnych zasad poszerzenie władzy UE nad krajowymi budżetami nie ma szansy się dokonać.

Niekończące się kamienie milowe

Zgodnie z zapowiadanymi zmianami każdy kraj członkowski, w tym także Polska, będzie musiał powołać własną Radę Fiskalną i przedstawiać Brukseli coroczne sprawozdania raportujące wykonanie dotychczasowych zobowiązań oraz prezentujące nowy plan dla budżetu. Jak nietrudno zauważyć, oznacza to, że w praktyce Unia Europejska chce przejść na tryb nieustannej kontroli nad krajowymi budżetami. Dla polskich władz, które od wielu miesięcy mają do czynienia z niekończącym się dramatem związanym z wdrażaniem tzw. kamieni milowych, wizja wprowadzenia jeszcze jednego mechanizmu nadzoru powinna przedstawiać się wręcz jako koszmar.

Szczególnie niebezpieczne jest to, że kontrola polskiego budżetu miałaby się dokonywać w oparciu o niezwykle mgliste i często niemierzalne kryteria. Jednym z nich jest DSA, czyli tzw. analiza stabilności długu. W przeciwieństwie do obowiązujących dotąd miar liczbowych eurokraci przydzieliliby sobie w ten sposób bardzo użyteczne narzędzie służące do kontroli sytuacji wewnętrznej. Znaczne pole do nadużyć dawałby Brukseli również nadzór nad przygotowywanymi przez rząd czteroletnimi planami strukturalno-finansowymi. Postulat ten przedstawia się zresztą wprost jako próba przejęcia kontroli nad długofalową strategią polskiego państwa.

Największym powodem do niepokoju wydaje się jednak to, że obóz rządzący od dłuższego czasu wykazuje skrajnie kapitulancką postawę wobec wszystkich kolejnych roszczeń Brukseli. Przekonując z jednej strony, że nie ugnie się przed żadną presją, Zjednoczona Prawica systematycznie wciela w życie kolejne elementy budowanego wciąż europejskiego superpaństwa. O tym, że co do zasady rządzący przychylają się do wprowadzenia w życie nowych zasad budżetowych, świadczą najlepiej zapowiedzi przedstawicieli rządu, iż będą sprzeciwiali się jedynie niektórym zapisom.

Małymi krokami po władzę

Skok po władzę uzasadniany chęcią reformy zasad kształtowania finansów publicznych to kolejny przykład ukazujący, w jaki sposób przebiega przyspieszony proces centralizacji władzy na Starym Kontynencie. Samo w sobie wprowadzenie nowych mechanizmów kontroli budżetu krajowego nie stanowi uzurpacji całej władzy we wszystkich krajach członkowskich. Nie czyni tego także – brane z osobna – wprowadzenie wspólnego długu czy też mechanizmu kontroli krajowych planów transformacji energetycznej. Metodą małych kroczków eurokraci tworzą jednak mechanizmy, które wzięte razem zapewniają im ogromne pole do wywierania nacisków. Równolegle do tego podejmowane są także nieustanne próby narzucania takiej interpretacji przepisów, aby prawo unijne zatriumfowało nad prawem krajowym.

Według nieoficjalnych informacji, rząd zgodził się już na powstanie Rady Fiskalnej, której zadaniem miałoby być recenzowanie jego własnych poczynań. Tego rodzaju ciało nie posiada jednak żadnych konstytucyjnych uprawnień i nie powinno mieć żadnych kompetencji poza co najwyżej doradczymi. Najlepiej byłoby jednak, gdyby Rada Fiskalna w ogóle nie powstała, ponieważ różnego rodzaju ciał doradczych w Polsce nie brakuje. Przymierzani do niej ekonomiści mogą wyrażać swoją opinię na temat budżetu bez konieczności zasiadania w kolejnej, całkowicie zbędnej instytucji.

Najnowsze