e-wydanie

3.4 C
Warszawa
czwartek, 18 kwietnia 2024

Izrael. Konstytucyjny maraton uliczny

Wydawało się, że państwo, którego bezpieczeństwo gwarantuje obywatelska solidarność, uniknie podziału na ideologiczne plemiona. Tymczasem rządowa reforma wymiaru sprawiedliwości tak rozpaliła emocje, że Izrael sparaliżowały protesty uliczne. Oliwy do ognia dolewają palestyńscy terroryści, a w obliczu wojny wszystkich ze wszystkim głos musiał zabrać Waszyngton.

Koniec demokracji?

Po tygodniach sporów i protestów opozycji koalicyjnemu rządowi premiera Benjamina Netanjahu udało się wprowadzić do Knesetu projekt ustawy reformującej izraelskie sądownictwo. Pod koniec lutego nowelizacja zainicjowana przez ministra sprawiedliwości Yariva Levina przeszła pierwsze czytanie. Istota zmian polega na zwiększeniu udziału władzy wykonawczej w nominacjach sędziowskich. Ponadto reforma wymiaru sprawiedliwości zmniejsza kompetencje Sądu Najwyższego, który utraciłby prawo unieważniania ustaw, a nawet poprawek do konstytucji.

Kompetencje, o których mowa, Sąd Najwyższy uzyskał w 1992 r. własnym orzeczeniem. Dziś prawicowo-religijna koalicja rządowa wskazuje, że „kasta sędziowska” nie tylko paraliżuje działalność władzy ustawodawczej i wykonawczej, ale jest wybiera przez lobby znajdujące się poza wszelką kontrolą. Zatem reforma zakładająca nominowanie sędziów przez obieralnych urzędników, którzy zajmują stanowiska z mocy decyzji wyborczej całego społeczeństwa, przywraca jedynie nadzór obywatelski nad sądownictwem. Dowodem są wyniki głosowania parlamentarnego, w którym projekt ustawy poparło 63 deputowanych Knesetu, 47 było przeciw, a 10 parlamentarzystów zbojkotowało głosowanie.

Natomiast opozycja polityczna nazywa reformę zamachem na swobody obywatelskie, twierdząc, że przyjęcie ustawy oznacza koniec izraelskiej demokracji. Liderzy opozycji nazwali wyniki głosowania wielką katastrofą, niszczeniem gospodarki i bezpieczeństwa.

– Za to, że dzielicie naród izraelski, staniecie przed sądem historii – oświadczył jeden z liderów lewicowej opozycji Yair Lapid. Natomiast przewodniczący centrowej koalicji Benny Gantz dodał, że Izrael przeżywa czarne dni, wzywając całą opozycję do kontynuacji walki o obronę niezależności sędziowskiej. Nie musiał apelować, bo projekt reformy i jego procedowanie odbywa się w atmosferze protestów ulicznych, jakich Izrael jeszcze widział. W dniu głosowania do Knesetu usiłował wedrzeć się tłum demonstrantów, który otoczył gmach parlamentu. Atmosferę podgrzał jeden z liderów akcji ulicznej, wzywając tłum do zamordowania Netanjahu. Wściekli przedstawiciele opozycji otoczyli salon fryzjerski, w którym przebywała żona premiera. Sarę Netanjahu musiała ewakuować policja, używając gazu łzawiącego. W ten sam sposób demonstranci zablokowali domy kilku deputowanych parlamentu, chcąc uniemożliwić im dotarcie do Knesetu.

1 marca w całym kraju na ulice wyszło od 120 tys. do nawet 200 tys. demonstrantów, którzy sparaliżowali działalność administracji publicznej, transportu oraz handlu. Stanęły główne miasta, nie wyłączając Jerozolimy, Hajfy i Tel-Awiwu. Masowe protesty, które przeszły w zamieszki z nie mniejszym rozmachem odbyły się 4 marca. Opozycja polityczna oraz środowiska prawnicze wzywają obywateli do permanentnego sprzeciwu. Benny Gantz zadeklarował w imieniu ugrupować lewicowych, że storpeduje wszelkie próby porozumienia do czasu, gdy koalicja rządowa nie wycofa się z kontrowersyjnego projektu. Była to odpowiedź na apel premiera, który po pierwszym czytaniu zaproponował w imieniu rządu gotowość do dialogu z opozycją.

– Przyjęcie projektu w pierwszym czytaniu jest równoznaczne z przyłożeniem do głowy odbezpieczonego pistoletu, a w takich warunkach nie będę negocjował – tak Netanjahu odpowiedział Gantz. Natomiast były premier Lapid rozpoczął montowanie koalicji, która ma „wysadzić w powietrze” parlament, doprowadzając do nowych wyborów. Propozycja zakłada dobrowolne zrzeczenie się mandatów przez deputowanych opozycyjnych. W ten sposób w ławach pozostałoby jedynie 63 ze 120 parlamentarzystów. W dodatku były prokurator generalny Avichai Mandelblit wezwał Sąd Najwyższy do jednostronnego obalenia wszelkich ustaw Knesetu, które doprowadziłyby do podważenia obecnego systemu prawnego. Sklasyfikował pierwsze czytanie projektu jako „zamach stanu”. Wskazał, że w takich okolicznościach SN ma nie tylko prawo, ale obowiązek jego powstrzymania. Przemawiając na Uniwersytecie w Tel Awiwie, Mandelblit powiedział: Proponowane zmiany są równoznaczne z wrogim przejęciem władzy nad krajem. Zdaniem byłego prokuratora generalnego Izrael doświadcza spisku, a nie tak zwanych reform, które w istocie całkowicie znoszą niezależne sądownictwo. Według takiej wykładni opozycja nie powinna wchodzić w negocjacje z koalicją, dopóki ustawowe obrzydliwości nie zostaną całkowicie anulowane i nie nastąpi przywrócenie demokratycznych zabezpieczeń, w duchu ojców-założycieli Izraela.

Gry polityczne?

O próbie dokonania zamachu stanu, ale przez opozycję, która chce unieważnić wyniki demokratycznych wyborów parlamentarnych, mówi także premier Netanjahu. Przyznaje, że obywatele mają prawo do protestów, ale nie sparaliżowania całego kraju. Jego słowa w ostrzejszej formie powtarza minister bezpieczeństwa. Itamar Ben-Gvir wydał rozkaz, aby policja nie dopuściła do zamieszek.

– Blokowanie autostrad i szlaków kolejowych jest niedozwolone. Jestem za demokratycznym protestem, ale nie pozwolę anarchistom na blokowanie krytycznie ważnej infrastruktury – ostrzega minister. Problem bezpieczeństwa, z którym mierzy się rząd, jest niezwykle poważny. Prawicowy gabinet „Bibi”, w którym rolę języczka u wagi odgrywają koalicjanci z partii reprezentujących 1,5 mln ultraortodoksyjnych cheredim, zaostrzył kurs wobec Palestyńczyków. Decyzjami wspierającymi żydowskie osadnictwo przygotowuje włączenie do Izraela Zachodniego Brzegu Jordanu, który ma status terytorium okupowanego. Tym samym zrywa rozmowy o dwupaństwowym Izraelu współrządzonym przez władze Autonomii Palestyńskiej. Zwolennikiem takich negocjacji była poprzednia koalicja rządowa Yaira Lapida popierana przez ugrupowanie Gantza.

Arabowie wykorzystują zawirowania wokół reformy sądowniczej do destabilizowania Izraela terroryzmem. Od kilkunastu tygodni przez cały kraj przechodzi fala zamachów, której ofiarami padają żołnierze i policjanci, a ostatnio cywile. W odwecie izraelska młodzież dokonuje pogromów arabskich dzielnic zaatakowanych miast. Izraelska armia atakuje Strefę Gazy oraz ściąga posiłki do miejscowości zagrożonych terroryzmem. Niepokoje wykorzystuje izraelska opozycja, wskazując na opłakane skutki powrotu Netanjahu na stanowisko premiera. Lapid i Gantz mówią o osobistym zainteresowaniu szefa rządu w podporządkowaniu sędziów oraz ograniczeniu kompetencji SN. Wobec premiera trwają postępowania karne pod zarzutami niedopełnienia obowiązków służbowych, przekroczenia kompetencji oraz przyjmowania korzyści osobistych.

W związku groźbą wojny wszystkich ze wszystkimi, do uspakajania emocji zabrał się Biały Dom. Niestety ze skutkiem odwrotnym od zamierzonego. Netanjahu nie należy do faworytów demokratycznej administracji. Departament Stanu jest zaangażowany w proces pokojowy, forsując koncepcję dwupaństwowego Izraela i powstrzymania żydowskiego osadnictwa na terenach okupowanych. Fanem „Bibi” nie jest amerykańska diaspora, od której w dużej mierze zależy powodzenie reelekcji Joe Bidena. Miarą podziałów żydowsko-izraelskich jest list protestacyjny 120 działaczy diaspory, oskarżających ministrów rządu Netanjahu o rasizm i szowinizm. Mówiąc wprost, uznają członków izraelskiego rządu za osoby niepożądane w USA.

Z drugiej strony Jerozolima coraz ostrzej krytykuje Bidena za miękkie stanowisko wobec Teheranu. Odgraża się prewencyjnym atakiem na irańskie obiekty atomowe. Tymczasem wobec rosyjskiej agresji na Ukrainę i narastającej konfrontacji z Chinami, trzeci, bliskowschodni front militarny byłby dla Waszyngtonu sporym wyzwaniem.

Z powodu wewnętrznych podziałów w Izraelu oraz ich międzynarodowych reperkusji możliwość osiągnięcia konsensusu nie majaczy nawet na horyzoncie. Wręcz przeciwnie. Zwolennicy i przeciwnicy reformy sadowniczej trwają na stanowiskach. Palestyńskie bojówki i IDF eskalują wojnę, a Waszyngton obawia się izraelskiego ataku na Iran.

Najnowsze