|

W Europie znów zabraknie gazu?

Trwająca wciąż wojna w Iranie i fala upałów znacząco wpłynęły na europejskie rezerwy gazu. Czy zimą Europa będzie znów będzie drżała o to, czy wystarczy jej strategicznie ważnego surowca?

Europejski kryzys energetyczny ma tak naprawdę charakter chroniczny, gdyż daje o sobie znać co kilka miesięcy. Z kolejną jego dramatyczną odsłoną możemy mieć do czynienia już późną jesienią. Oparta na ideologii polityka klimatyczna sprawia, że cały kontynent staje się podatny na nawet najmniejsze zaburzenia na światowych rynkach.


Wedle informacji, które pojawiły się w ostatnich dniach w wiodących zachodnich mediach (m.in. w „The Guardian”) największe europejskie gospodarki znalazły się w trudnej do pozazdroszczenia sytuacji. W całej Unii Europejskiej, w której pod koniec sierpnia magazyny gazu powinny być zapełnione w co najmniej 80 proc. faktyczny stan zapełnienia wynosi 63 proc. Najgorsza sytuacja panuje w Niemczech i Belgii gdzie wartość tego wskaźnika wynosi zaledwie 51 proc., a w Holandii tylko 45 proc.

Unia idzie na rekord

Szczęśliwie dla Europejczyków tak bardzo niepokojące pustki w magazynach nie znajdują jeszcze odzwierciedlenia w cenach, które pozostają na względnie stabilnych w porównaniu do poprzednich miesięcy poziomach. Według analityków z Goldman Sachs bardzo prawdopodobne jest jednak to, że do końca roku wzrosną o nawet połowę. Tym samym Unia Europejska jeszcze bardziej pogłębi swoje cierpienia w zakresie energetycznym, śrubując swoje rekordowo wysokie ceny do kolejnych, absurdalnych poziomów.

Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa Stary Kontynent bardzo mocno pracuje obecnie na to, aby nie tyle powtórzyć, co wręcz pobić swój niechlubny rekord z 2022 r. gdy w następstwie rosyjskiej agresji na Ukrainę całe kraje drżały o swój los jadąc na przysłowiowych oparach. Szczególnie dramatyczna sytuacja miała wówczas miejsce w Niemczech, które uratowała tylko łagodna zima.


China, Robotics and E-Commerce: Poland’s Logistics Opportunity| Peter MacLeod


Przed wybuchem wojny aż 55 proc. dostaw gazu ziemnego docierała do Republiki Federalnej z Rosji, dlatego w ciągu zaledwie kilku miesięcy Berlin musiał pospiesznie znaleźć alternatywne źródła dostaw. Zanim jednak rozbudowano istniejące gazoporty i zabezpieczono odpowiednio wysokie dostawy z USA, Kataru czy Norwegii miał miejsce wielki wyścig z czasem. Władze zalecały obywatelom całkowite wyłączenie klimatyzacji, ograniczenie temperatury wody w basenach krytych oraz rezygnację z ogrzewania klatek schodowych i korytarzy. W wielu miejscach wyłączono także oświetlenie budynków publicznych, dzięki czemu przy znacznym szczęściu Niemcy zdołały uniknąć nie tylko upokorzenia, ale i znacznych strat związanych z zakłóceniami dostaw energii dla przemysłu.

Zdrowy rozsądek w deficycie

Teoretycznie mogłoby się wydawać, że tak bardzo przykre doświadczenie sprzed zaledwie czterech lat, które na dodatek nie przekształciło się w pełnoskalową katastrofę jedynie dzięki łaskawości natury, nauczyło niemiecki rząd ważnej lekcji. Niestety, w Unii Europejskiej zdrowy rozsądek jest dziś towarem deficytowym, dlatego po zaledwie kilku latach może dojść do bardzo podobnej lub nawet dużo gorszej sytuacji. Zamiast w porę wyciągnąć wnioski z rażącego balansowania na granicy systemowej zapaści decydenci wybrali bezczynność.

Już od wielu lat wiadomo powszechnie, że dla obecnego przywództwa Unii Europejskiej ucieleśnieniem wszelkiego zła na świecie jest Donald Trump i to właśnie jego agresji na Iran przypisuje się główną odpowiedzialność za obecne bolączki w zakresie niedoboru gazu. Zamknięcie Cieśniny Ormuz miało jednak bardzo ograniczony wpływ na dostawy do krajów wspólnoty, gdyż przed rozpoczęciem amerykańsko-izraelskiej agresji kraje Zatoki Perskiej odpowiadały za zaledwie ok. 4 proc. wszystkich dostaw. W przypadku niektórych krajów wspólnoty dostawy LNG z Kataru miały większy udział, lecz całościowo wpływ obecnego konfliktu na Bliskim Wschodzie należy uznać za ograniczony.

Drugą obsesją eurokratów jest oczywiście walka z globalnym ociepleniem. Twierdzi się więc w związku z tym, że fala rekordowych upałów jakie przetoczyły się przez Francję, Wielką Brytanię, Belgię, Niemcy czy Holandię znacząco wpłynęła na to, że zamiast gromadzić rezerwy na zimę poszczególne elektrownie pracowały na zwiększonych obrotach aby podołać zapotrzebowaniu na klimatyzację. Fale upałów były jednak wyjątkowo dotkliwe we Francji, na Węgrzech, we Włoszech czy w Rumunii, a żadne z tych państw nie zalicza się obecnie do czołówki krajów z rekordowo niskimi zapełnieniem magazynów.

W rzeczywistości za budzący niepokój stan rezerw gazowych odpowiada błędna polityka decydentów, którzy popełnili na przestrzeni ostatnich lat i miesięcy bardzo poważne błędy. Jeden z nich polegał na tym, że po bardzo wymagającej zimie bardzo długo zwlekano z zakupami surowca licząc na dużo niższe ceny. Wybuch kolejnej wojny w lutym przesądzał jednak, że sytuacja nie ulegnie raczej poprawie. W szczególności, iż blokada Cieśniny Ormuz dotknęła najmocniej niezwykle energochłonną Azję, która musiała uzupełnić swoje braki na wszelki możliwy sposób.

USA zawsze na ratunek?

Kolejny błąd, z całą pewnością decydujący, polegał na uporczywym trzymaniu się destrukcyjnej zielonej polityki w sytuacji gdy największa konkurencja na świecie rozwija swoją energetykę w oparciu o paliwa kopalne. Eurokratom powinien dać do myślenia już sam fakt, że w kryzysowym 2022 r. ich gospodarkę uratowały dostawy gazu ze Stanów Zjednoczonych, które w ubiegłym roku zerwały przecież całkowicie z polityką klimatyczną. Jeśli rosyjska agresja przeciwko Ukrainie odsłoniła tak wielką słabość europejskiej gospodarki należało jej jak najszybciej zaradzić zabezpieczeniem własnych źródeł dostaw. W Europie nie brakuje złóż gazu łupkowego, lecz nieeksploatowanie ich jest decyzją wyłącznie polityczną.

Obecnie Stany Zjednoczone są głównym źródłem gazu dla krajów Unii Europejskiej, dostarczając nawet ponad 55 proc. całego gazu ciekłego. Oprócz tego wspólnota pozyskuje surowiec m.in. z Norwegii, Kataru czy też Maroka korzystając także z tradycyjnych gazociągów. W ujęciu globalnym USA zapewnia jednak aż 30 proc. całego unijnego importu.

Amerykański partner bardzo chętnie sprzedaje swój surowiec, gdyż jest jego największym eksporterem na świecie. Nawet i on napotyka jednak pewne ograniczenia, które wynikają z ogromnego zapotrzebowania na energię, które zgłaszają centra danych. Eksperci branżowi przewidują, że już za kilka lat Stany Zjednoczone będą coraz mniej chętne do tego, aby dzielić się gazem, ponieważ bardziej opłacalne będzie dla nich wykorzystanie go do swojej najbardziej dynamicznie rozwijającej się branży.

Unii Europejskiej grozi więc nie tylko ogromna niepewność tej zimy, ale także jeszcze większy lęk o przyszłość. Nakładające się na siebie od lat zapóźnienia w rozwoju tradycyjnej energetyki i przemyśle wydobywczym sprawiają, że nawet gdyby rządząca elita znalazła w sobie nagle ogromną determinację do przeprowadzenia fundamentalnych zmian europejska wspólnota jeszcze przez długi czas będzie zdana na dostawy z innych regionów świata czy też wahania cen związane z niestabilną sytuacją międzynarodowa.

Póki co większe szanse niż na przebudzenie się elit rządzących są na stosunkowo łagodną zimę. Szczęśliwie dla Polski nasze stany magazynowe są dość wysokie i wynoszą ok. 80 proc. Nadmiernym optymistom warto jednak przypomnieć, że nasz kraj jest podpięty pod europejską sieć i sam wielokrotnie korzystał z importu energii w kryzysowych momentach. Nadchodzącej zimy sąsiedzi mogą jednak mieć zbyt wiele własnych problemów, aby myśleć o eksporcie.

Podobne wpisy