Amerykański plan, europejski koszt: co dalej z wojną?
Poziom debaty politycznej w Polsce jest dziś „szokujący”. Jeżeli polityk nie zna odpowiedzi na pytanie albo jest zaskoczony obrotem sprawy i nie wie, jak zareagować, eksponuje swój szok. Nie jest w stanie sformułować żadnej rozsądnej myśli, a zamiast rzeczowej reakcji pojawia się oburzenie lub zaskoczenie.

Takie właśnie zaskoczenie u wielu polskich polityków wywołał ktoś, kogo powinniśmy już dobrze znać, czyli prezydent Donald Trump. To mnie nieustannie zdumiewa, bo to człowiek, który wiele swoich planów zapowiada z wyprzedzeniem – wystarczy go uważnie słuchać. Nasi politycy jednak albo nie potrafią, albo nie chcą, albo po prostu nie przyjmują do wiadomości jego deklarowanej szczerości. Wiem, że jest ona częściowo udawana, ale to przecież należy do samej istoty politycznego rzemiosła: z nadmiaru słów, które tworzą współczesną debatę polityczną, należy umieć wyłuskać te kluczowe. Cała mądrość polega na tym, by nie tracić czasu na analizowanie wypowiedzi, które mają służyć jedynie odwróceniu uwagi od kwestii naprawdę ważnych.
Wszystko to mówię w kontekście 28-punktowego planu Donalda Trumpa, który – ku „szokowi” wielu – zakłada uwzględnienie interesu Rosji. Nasi politycy właśnie odkryli, że polityka zakończenia wojny, jeśli ma leżeć w interesie Stanów Zjednoczonych, musi uwzględniać także interesy rosyjskie. I że może jedynie w niewielkim stopniu, a być może wcale, nie uwzględniać interesów samej Ukrainy.
Wspomniany plan przewiduje zmiany nie tylko geopolityczne. Zakłada także taką formę pacyfikacji, w której konsensus będzie w stanie niwelować błędy. To przypomina starą łacińską paremię – warto ją przywoływać – że wojna „jest”. Wszyscy wiedzą, że ta wojna od początku była absurdem i z każdego możliwego punktu widzenia absurdem pozostaje. Każdy z niej wychodzi przegrany – my również.
Interpretacja faktów historycznych ma charakter nie tylko polityczny, lecz także aksjologiczny. Jest w pewnym sensie formą nagrody pocieszenia, którą sami sobie przyznajemy. Gdy gorycz porażki staje się oczywista, tworzymy pojęcie zwycięstwa moralnego – choć w praktyce przegrywamy. Europa, Unia Europejska, Ukraina, Rosja – wszyscy przegrywają, nawet jeśli formalnie odnoszą pojedyncze zwycięstwa taktyczne czy wygrywają określone odcinki frontu.
Pełna kontrola nad obywatelami?! Prof. Modzelewski bez złudzeń.
To nie leży w interesie Stanów Zjednoczonych
Wyniszczająca wojna nie jest w interesie Stanów Zjednoczonych – i to jest kwestia kluczowa. To właśnie USA są graczem, który rzeczywiście chce ją zakończyć, i istnieje realna szansa, że będzie w stanie to zrobić.
Nie wiem, czy Donald Trump rzeczywiście zakładał, że ten plan może zostać zrealizowany wcześniej, czy też stanowił on jedynie element politycznej uwertury – rodzaj intelektualnej figury, pozoru często tworzonego po to, by podkreślić wagę sukcesu, na który się czeka. W polityce bowiem ważne jest, aby sukces nie wyglądał na zbyt łatwo osiągnięty. Jeśli przychodzi bez wysiłku, trudno jest stroić się w piórka wielkiego zwycięzcy. A politycy potrzebują zwycięstw, szczególnie po to, by równoważyć gorycz porażek, które coraz częściej im towarzyszą zamiast realnych sukcesów.
To stara prawda, że często o sukcesie decyduje fakt, iż przeciwnik popełni o jeden błąd więcej – czasem tylko jeden, ale na tyle istotny, że nawet działania z natury nieefektywne mogą przypadkowo przynieść pozytywne rezultaty.
Czy istnieje szansa, by ta pacyfikacja – o której tu mówimy – okazała się dla nas korzystna? Bez względu na to, kiedy nastąpi, wydaje się, że jej nadejście jest nieuniknione. Osiągnęliśmy bowiem punkt, który można określić jako przekroczenie granic opłacalności. Wojny są całkowicie nieopłacalne – w każdym wymiarze. Opłacalne są jedynie dla tych, którzy produkują sprzęt wojskowy. Na to jednak trzeba mieć pieniądze, a dziś wiadomo, że ich po prostu nie ma – są tylko pożyczane.
Te środki finansowe mogą jedynie powiększać nasz już wysoki dług, którego nie jesteśmy w stanie – nie mówiąc o zahamowaniu – nawet spowolnić.
Tymczasem przeciwnikami pacyfikacji opartej na 28 punktach – bezspornie sformułowanych przede wszystkim w interesie amerykańskim, czyli najważniejszym – są ci, którzy nie chcą, aby Stany Zjednoczone ogłosiły swój sukces. A sukces USA jest tu słowem kluczowym.
Nie wiemy, czy wspomniany plan – mający zamknąć okres tej wojny – ostatecznie przyjmie formę krótkiej czy długiej listy. Najistotniejsze jednak, że jeśli zostanie zrealizowany, to właśnie te elementy, które są zgodne z interesami Stanów Zjednoczonych – a które w pewnych punktach mogą pokrywać się z interesami Rosji – będą dla nas najważniejsze z obiektywnej perspektywy.
Nikt nie zna ceny tej – nazwijmy to – wyrozumiałości wobec Rosji ani tego, jaką cenę Rosja będzie musiała zapłacić Stanom Zjednoczonym za wsparcie jej interesów na Ukrainie. Nie chcę sięgać po zbyt daleko idące analogie historyczne, ale zawsze obowiązywała zasada tzw. indeminizacji – starej łacińskiej reguły dotyczącej odszkodowania: jeśli chcesz, by twoje zdobycze zostały uznane, musisz coś zaoferować temu, kto ma je uznać.
To klasyczna konstrukcja koncertu mocarstw. Jeżeli pragniesz uznania swoich zdobyczy, musisz zapewnić rekompensatę temu, kto tę decyzję ma zatwierdzić.
Ciekawi mnie, na co Rosja zgodzi się w zamian za amerykańskie wsparcie dla swoich interesów na terytorium Ukrainy. My musimy być gotowi na każdy możliwy scenariusz.
Pacyfikacja, która miałaby zakończyć okres konfliktu militarnego, wcale nie oznacza trwałego zażegnania tego konfliktu. To tylko piękne opowieści – nikt tego nigdy nie zagwarantuje. Chodzi o to, aby wojna, która zużywa dziś cały świat, w tym i nas, wreszcie dobiegła końca. Już chyba nie musimy się przekonywać, że nie jesteśmy w stanie jej finansowo ani społecznie utrzymać.
Nie tylko nas na tę wojnę nie stać
Najważniejsze jest to, że nie tylko nas na tę wojnę nie stać – ona i tak w pewnym momencie się zakończy. Czy powinniśmy być zszokowani? Czy powinniśmy być zaskoczeni? Te słowa odzwierciedlają jedynie naszą słabość: intelektualną niezdolność przewidywania i przede wszystkim błędne prognozy oraz diagnozy, których w ostatnich czterech latach było stanowczo zbyt wiele.
Może powinniśmy wreszcie zauważyć, że nie potrafimy ani prognozować, ani właściwie ocenić działań kogoś, kogo określamy mianem strategicznego sojusznika. To on bowiem najbardziej nas zaskakuje. Za chwilę ktoś może nawet powiedzieć, że zostaliśmy zdradzeni przez USA – i będziemy żyli z tą rzekomą zdradą jak z traumą, z której nie potrafimy się wyzwolić.
A przecież chodzi o to, byśmy się z niej wyzwolili – byśmy nie przegrali pokoju.
Sądzę, że teraz powinniśmy jak najszybciej powołać zespoły studialne. Ich zadaniem byłoby przedstawienie scenariuszy korzystnych dla nas – takich, które moglibyśmy zainicjować lub wesprzeć, aby przyszły pokój był dla nas jak najbardziej opłacalny. Chodzi o to, abyśmy nie musieli płacić rachunków tych, którzy chcą wygrać w tej wojnie, choć wiadomo, że rolą mocarstw zawsze było przerzucanie ciężaru własnych klęsk na wasali. Tak było od zawsze i w tej kwestii świat się nie zmienił.
Najważniejsze, byśmy umieli słuchać i wyciągać wnioski. Wtedy nie będziemy zaskoczeni. Limit zaskoczeń został chyba już w nadmiarze wyczerpany. Możemy działać – nie jesteśmy skazani na klęskę ani objęci żadnym fatum historycznym. Nasze miejsce nie jest przeklęte. To jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi i nie musimy przeklinać losu.
Jeżeli potrafimy sformułować własną diagnozę stanu rzeczy oraz opracować prognozę, którą chcemy zrealizować, i jeśli potrafimy przekonać innych do jej przyjęcia, istnieje realna szansa, że nie będziemy na straconej pozycji. To, czy się uda, zależy od wielu czynników – obiektywnych i subiektywnych. Jeśli nie dziś, to prędzej czy później odpowiedni moment nadejdzie – i musimy być na niego gotowi.