||

Mercosur, czyli ucieczka do przodu

9 stycznia ambasadorowie państw UE zatwierdzili umowę z Mercosur (Brazylia, Argentyna, Paragwaj, Urugwaj). Oznacza to, że 17 stycznia w stolicy Paragwaju Ursula von der Leyen złoży podpis pod umową, finalizując tym samym 25 lat negocjacji. Przeciwko – prócz Polski – opowiedziały się Francja, Austria, Irlandia i Węgry, a Belgia wstrzymała się od głosu. Na ostatniej prostej z mniejszości blokującej wyłamały się Włochy – Giorgię Meloni miała przekonać obietnica łatwiejszego dostępu dla rolników do unijnych funduszy w wys. 45 mld euro po 2027 r.

No cóż, pieniądze unijne szybko się rozejdą, a europejski rynek zostanie otwarty na południowoamerykańską żywność już na stałe. Nie sądzę, by Giorgia Meloni nie zdawała sobie z tego sprawy, zatem bardziej prawdopodobne jest, że uległa jakimś zakulisowym naciskom – nie od dziś bowiem wiadomo, że Włochy trzymane są na krótkiej finansowej smyczy z powodu swego zadłużenia, wynoszącego 135 proc. PKB – drugiego co do wielkości wśród krajów UE (po Grecji). Trzeba także odnotować postawę Donalda Tuska, który zachował się w typowy dla siebie sposób: werbalnie sprzeciwiał się umowie, jednocześnie nic nie robiąc w celu utrzymania mniejszości blokującej (min. 4 państwa reprezentujące co najmniej 35 proc. ludności UE), żeby nie drażnić Niemiec, zatem polski sprzeciw podczas głosowania miał znaczenie czysto symboliczne.

Trwające od jakiegoś czasu protesty rolników zignorowano, stosując w tym celu pigułkę uspokajającą w postaci klauzul ochronnych, które miałyby być uruchamiane, gdyby ceny wrażliwych produktów rolnych na unijnym rynku spadły o 5 proc. Rolnicy jednak nie poczuli się uspokojeni, a to z kilku powodów. Po pierwsze, w przypadku Unii Europejskiej i brukselskiej biurokracji nigdy nie można mieć pewności, jak te zabezpieczenia będą funkcjonowały w praktyce. Po drugie, jak podkreślił argentyński minister spraw zagranicznych Pablo Quirno, umowa będzie skutkować zniesieniem ceł dla 92 proc. eksportu rolnego z państw Mercosur, a kolejne 7,5 proc. uzyska preferencyjne warunki, co łącznie przekłada się na blisko 99 proc. eksportu rolnego z Mercosur – co daje nam pojęcie o skali przedsięwzięcia. Po trzecie, europejskie rolnictwo zostanie wystawione na dumpingową konkurencję, ponieważ producenci z Ameryki Południowej nie muszą spełniać wyśrubowanych i kosztownych wymogów obowiązujących ich odpowiedników w UE, wynikających chociażby z norm dotyczących stosowania środków ochrony roślin, nawozów, regulacji środowiskowych czy Zielonego Ładu. Po czwarte, narażone zostanie bezpieczeństwo europejskich konsumentów – w krajach Mercosur dopuszczalne jest bowiem stosowanie substancji (np. wielu rodzajów pestycydów) i sposobów produkcji żywności zabronionych w Europie. Co ciekawe, pestycydy te często są produkowane przez europejskie firmy i eksportowane za ocean – teraz powrócą do nas wraz z tamtejszymi płodami rolnymi.


🔴 MANUFAKTURA, NIE MASÓWKA. DLACZEGO WOLA PRZYCIĄGA INWESTORÓW?


Wreszcie sprawa kluczowa – Unia Europejska, dokonując rolniczego „outsourcingu” kosztem własnych producentów, naraża bezpieczeństwo żywnościowe kontynentu. Bruksela zachowuje się tak, jakby nie wyciągnęła wniosków z ostatnich lat, kiedy to podczas pandemii Covid-19 zerwane zostały globalne szlaki handlowe, a wskutek wojny na Ukrainie Europę dopadł kryzys energetyczny. Strach pomyśleć, w jakiej sytuacji znajdziemy się w przypadku kolejnych tego typu zawirowań, jeżeli uzależnimy się również od importu żywności. Miał być „nearshoring”, skracanie łańcuchów dostaw i polityka „od pola do stołu” – tymczasem w praktyce otrzymujemy coś dokładnie przeciwnego. Europa popełnia dokładnie ten sam błąd, jak w przypadku uzależnienia się od Chin czy rosyjskich surowców energetycznych.

Najwyraźniej jednak Bruksela uznała, iż może poświęcić własne rolnictwo na ołtarzu interesów europejskiego (głównie niemieckiego) przemysłu, który obiecuje sobie korzyści po otwarciu południowoamerykańskich rynków na eksport europejskich samochodów, maszyn, leków i chemii. Ta polityka spod znaku „krowy za samochody” jest typową „ucieczką do przodu” charakterystyczną dla więdnących imperiów, które same zapędziły się w kozi róg. Europa najpierw sama zdezindustrializowała własną gospodarkę nadregulacją, wyprowadzaniem produkcji do Chin i innych krajów azjatyckich, a przede wszystkim absurdami polityki klimatycznej, przez które ma obecnie najdroższą energię na świecie, zabijając tym samym swą konkurencyjność, by teraz rozpaczliwie szukać wyjścia z tej matni. Dość powiedzieć, iż w 1992 r. UE odpowiadała za 28,8 proc. światowego PKB, obecnie zaś wskaźnik ten spadł do zaledwie 14,7 proc. – i to pomimo tego, że w międzyczasie do unijnego PKB dokładały się kolejne przyłączane kraje.

Przyszłość pokaże, ale śmiem twierdzić, iż Mercosur nie będzie zbawieniem dla europejskiego przemysłu, gdyż ten zwyczajnie traci swą konkurencyjność – tak samo, jak nie zbawiły europejskiej gospodarki „zielone technologie”. Przeciwnie – ta ucieczka do przodu może zakończyć się bolesnym zderzeniem ze ścianą.

Podobne wpisy