18.6 C
Warszawa
czwartek, 6 października 2022

Gorące lato rosyjskiego wywiadu

Koniecznie przeczytaj

Wojna hybrydowa trwa

Odchodzące lato ujawniło kolejne afery szpiegowskie, które świadczą o tym, że dla służb specjalnych wakacje nie istnieją. Emanuel Macron i Donald Trump podjęli inicjatywy odprężeniowe wobec Rosji, jednak jak pokazuje wywiadowcza konfrontacja, wojna hybrydowa trwa. Rodzi się pytanie, czy Władimir Putin chce jakiejkolwiek normalizacji w relacjach z USA i UE?

Tegoroczne lato zapisze się ujawnioną przez media serią szpiegowskich skandali. Ich bohaterami są agenci, ofi cerowie i płatni zabójcy rosyjskich służb specjalnych uprawnionych do zagranicznej działalności. Mowa o GRU, czyli wywiadzie wojskowym, SWZ, czyli wywiadzie cywilnym i FSB, która śledzi własnych i postsowieckich emigrantów.

Szpiegowskie pokłosie
Żeby zdekonspirowane operacje wywiadowcze ułożyły się chronologicznie, wypada zacząć od wcześniejszych rezultatów pracy europejskich kontrwywiadów. Ich wzrastająca skuteczność najdobitniej świadczy o tym, że wojna hybrydowa, której znaczącym fragmentem jest ofensywa wywiadowcza, trwa w najlepsze niezależnie od pory roku. I tak w czerwcu „Le Monde” ujawnił, że francuskie służby bezpieczeństwa zdekonspirowały rosyjskiego oficera wywiadu pracującego pod „przykryciem” konsularnym. W obliczu nadchodzących nieprzyjemności, czyli ekspulsji (wydalenia) oficer został wycofany z Francji przez moskiewską centralę. W tym samym miesiącu oficjalna agencja prasowa Kremla RIA „Nowosti” ogłosiła z triumfem, że w „wyniku działań dyplomatycznych Rosji i Szwajcarii temat szpiegowski, który komplikował dwustronne relacje został wyczerpany”. Chodzi oczywiście o głośną próbę inwigilacji laboratoriów i siedziby Międzynarodowej Agencji Dopingowej z siedzibą w Lozannie. W odwecie władze szwajcarskie ogłosiły, że „co czwarty rosyjski dyplomata jest zakamuflowanym funkcjonariuszem wywiadu” i uporczywie odmawiały akredytacji ich zmienników. Konfederacja Helwecka jest jednym z docelowych kierunków transferu pieniędzy wyprowadzanych z Rosji, dlatego stała się wielką przechowalnią funduszy kremlowskich oligarchów.

Gwałtowne pogorszenie relacji na linii Berno–Moskwa wywołało zaniepokojenie rosyjskich elit władzy i biznesu. Tak wielkie, że w tym roku skandal szpiegowski przyszło łagodzić osobiście ministrowi spraw zagranicznych Siergiejowi Ławrowowi. W lipcu austriacki kontrwywiad opublikował list gończy za niejakim Igorem Zajcewem. To pokłosie ubiegłorocznej afery szpiegowskiej z udziałem podpułkownika austriackiego sztabu generalnego, który w latach 1992–2018 sprzedawał GRU tajne informacje na temat własnej armii i NATO. Jak sugerują media, zarobił na zdradzie ok. 300 tys. euro, jednak nie wiadomo, czy nie jest to zaniżona kwota. W oskarżeniu wysuniętym wobec Zajcewa można przeczytać, że „pełniąc rolę oficera kontaktowego, tylko podczas jednego spotkania przekazał agentowi zapłatę w wysokości 30 tys. euro”. A przecież szpiegowska kariera trwała ponad 30 lat. W tym przypadku smaczku operacji kontrwywiadowczej dodaje fakt, że jej autorem nie były austriackie siły bezpieczeństwa, tylko ich niemiecki odpowiednik. Urząd Ochrony Konstytucji namierzył obu panów podczas spotkania w RFN, po czym przekazał materiały do Wiednia. Dopiero gotowy trop pozwolił tamtejszemu kontrwywiadowi na aresztowanie agenta. Rosyjscy mocodawcy wyczuli niebezpieczeństwo, ewakuując znad Dunaju Zajcewa. Zlecili austriackiemu podwładnemu zniszczenie kompromitujących dowodów. Tym niemniej rewizja w jego domu ujawniła „skomplikowane systemy łączności radiowej i satelitarnej przeznaczone do przekazywania meldunków wywiadowczych”. Tym samym po raz kolejny potwierdziła się stara zasada wywiadu o tym, że wąskim gardłem każdej operacji jest łączność.

Bez względu na to, czy kontakty oficera prowadzącego z agentem mają charakter osobisty, czy elektroniczny, pozostają elementem najbardziej narażonym na dekonspirację przez kontrwywiad, co było, jest i zapewne będzie wbijane do głowy adeptom służb specjalnych na całym świecie. W sierpniu funkcjonariusze ukraińskiej służby bezpieczeństwa zatrzymali na granicy rosyjskiego agenta udającego się z kolejną wizytą do Moskwy. Zdrajcą okazał się „pracownik jednego ze strategicznych przedsiębiorstw zbrojeniowych, przy którym znaleziono komputer ze specjalnym programem szyfrującym, kilka nośników pamięci z wrażliwymi danymi o modernizacji ukraińskich samolotów myśliwskich oraz telefony uniemożliwiające namierzanie rozmów”. Wreszcie na początku września jeden z estońskich sądów skazał własnego obywatela zdekonspirowanego przez policję bezpieczeństwa KAPO. Winny dostał pięć lat za szpiegostwo na rzecz Rosji. Był to, rzec można, jubileuszowy, bo piętnasty przypadek wyroku za zdradę Estonii w ostatnich latach.

Przemysł
Powyższe przykłady dobrze ilustrują geograficzną skalę działania rosyjskiej wspólnoty wywiadowczej w Europie. Z oczywistych względów mniej wiemy o spektrum zainteresowań i metodach działania służb specjalnych Kremla. Na szczęście w ich wyjaśnieniu pomagają „wpadki” ujawnione przez światowe media dosłownie na dniach. Jak informuje „Deutsche Welle”, w ubiegłym tygodniu włoska policja, działająca na zlecenie władz amerykańskich, dokonała zatrzymania Aleksandra Korszunowa. To wysoki menedżer koncernu, a raczej holdingu zbrojeniowego. „Rostech”, bo o nim mowa, jest największą strukturą produkcji i eksportu broni oraz sprzętu wojskowego. Posiada udziały lub jest właścicielem kluczowych firm tego sektora, od wytwarzania broni ręcznej, przez czołgi, po rakiety i samoloty. Zajmuje się także produkcją na rynek cywilny, w tym budową pasażerskich liniowców. I właśnie z ostatnim profilem związana jest afera Korszunowa. Według mediów menedżer zajmuje kierownicze stanowisko w Zjednoczonej Korporacji Budowy Silników, która zajmuje się projektowaniem i wytwarzaniem jednostek napędowych nowego samolotu pasażerskiego. Chodzi o MS-21, średniodystansowy liniowiec zabierający 200 pasażerów. Odbył pierwszy lot dwa lata temu, a seryjna produkcja została zaplanowana na 2021 r. Problem w tym, że samolot został wyposażony w amerykańskie silniki, podczas gdy zgodnie z programem zastępowania narażonego na sankcje importu docelową jednostką napędową ma być rosyjski PD-14, pierwszy nowoczesny silnik opracowany po rozpadzie ZSRR.

Drugim problemem jest zacofanie technologiczne, które zmusiło „Rostech” do szpiegostwa. Od czegóż jednak oficer SWZ Korszunow, który opracował plan wykradzenia know-how z włoskiej filii amerykańskiego General Electric? Formalnie rosyjski menedżer kupił usługi firmy konsultingowej założonej przez byłych pracowników włoskiej fi lii GE. W rzeczywistości za ich pośrednictwem wykradał amerykańskie technologie. Nielegalną działalność wykazało śledztwo FBI prowadzone dlatego, że „Rostech” znalazł się na liści sankcji wprowadzonych w odwecie za agresję na Ukrainę i pomoc Kremla dla syryjskiego reżimu Asada. Jednak prawdziwym bólem głowy dla USA jest ewentualność wycieku know-how do Chin. Moskwa i Pekin projektują wspólnie pasażerski samolot CR-929, który w przyszłości ma stanowić konkurencję dla Boeinga i Airbusa. Jednak, jak twierdzi CIA, Chińczykom przede wszystkim chodzi o samodzielne uruchomienie produkcji silników lotniczych, z czym Pekin, mimo ogromnego skoku technologicznego, nie może sobie poradzić do dziś. Bez względu na to, czy Korszunow szpiegował dla Rosji czy Chin, przebywa we włoskim areszcie deportacyjnym, oczekując na decyzję wydania USA, gdzie grozi mu kara 10 lat więzienia.

Polityka
Kompletnie odmienny okazał się skandal szpiegowski, jaki wybuchł w Bułgarii za sprawą Stowarzyszenia „Rusofile”. „Chciałbym pozdrowić wszystkich prawosławnych Słowian z okazji zwycięstwa w III wojnie krymskiej”. Tak wystąpienie w telewizji rozpoczął znany biznesmen i ówczesny polityk Bułgarskiej Partii Socjalistycznej (postkomuniści) Nikołaj Malinow. Dziś, jako przewodniczący NGO’s „Rusofile” po aresztowaniu i zwolnieniu za kaucją, został oskarżony o szpiegostwo. Konkretnie o próbę odwrócenia geopolitycznej orientacji Bułgarii z Zachodu na Wschód. Według prokuratora generalnego Sotira Cacarowa: „Malinow, pozostając w zmowie z dwiema rosyjskimi organizacjami, dopuścił się zdrady, przekazując do ich dyspozycji tajne dokumenty, czym próbował wywrzeć nacisk na politykę Bułgarii w relacjach z UE, NATO i Rosją”. O jakie organizacje chodzi? Pierwszą jest Stowarzyszenie Edukacji Historycznej „Dwugłowy Orzeł”, grupujące prawosławnych nacjonalistów Rosji. Organizację finansuje oligarcha Konstantyn Małofiejew, ten sam, który sfinansował ukraińskich separatystów, a raczej rosyjskich dywersantów w Donbasie, czym zapoczątkował konflikt rosyjsko-ukraiński. Dwa lata później Małofiejew znalazł się wśród podejrzanych o sfinansowanie próby zamachu stanu w Czarnogórze. Zdaniem Moskwy Podgorica, przeprowadzając referendum o wstąpieniu do NATO, okazała niewdzięczność, wychodząc z rosyjskiej strefy interesów.

Drugą organizacją jest Rosyjski Instytut Badań Strategicznych, think tank administracji kremlowskiej, na czele którego do niedawna stał generał SWZ Nikołaj Reszetnikow. To znany piewca wojny hybrydowej i odbudowy imperium nie tylko na obszarze byłego ZSRR, lecz także we wszystkich słowiańskich, a przede wszystkim w prawosławnych krajach Europy. Głównym obszarem dywersyjnej działalności RISI jest Południe Europy: od Ukrainy, przez Bałkany, po wymarzony Cargrad, czyli Stambuł wraz z kontrolą nad Dardanelami i Bosforem. Sam Reszetnikow studiował w Bułgarii, a miejscowe media nazywają go „nieoficjalnym rezydentem politycznym Kremla w Sofii”. Tymczasem, zgodnie z notatką Malinowa znalezioną podczas prokuratorskiego przeszukania, „Rusofile” pracowali nad oddaniem rosyjskiemu kapitałowi pakietów kontrolnych bułgarskich przedsiębiorstw na kwotę 1,5 mld euro. Wśród firm, w których członkowie stowarzyszenia zajmowali kluczowe stanowiska, znalazły się koncerny telekomunikacyjne i zbrojeniowe. Ponadto Malinow stoi w obliczu zarzutu o nielegalny wpływ na wybory prezydenta Bułgarii. Chodzi o kontrakt RISI na usługi doradcze dla miejscowych postkomunistów, w wyniku którego została wyłoniona „idealna kandydatura”. Był nią generał Rumen Radajew, wygrywając w cuglach prezydenckie głosowanie. Dzieła dopełnia legalna agitacja polityczna na rzecz zmiany cywilizacyjnej orientacji kraju. Malinow i jego stowarzyszenie głoszą potrzebę prorosyjskiego zwrotu i dołączenia Bułgarii do Euroazjatyckiej Unii Ekonomicznej, a tym samym do kształtującego się bloku Chiny-Rosja-Iran.

Strzały w Berlinie
„23 sierpnia w centrum Berlina do idącego mężczyzny podjechał rowerem zamaskowany nieznajomy. Oddał dwa strzały w plecy i głowę spacerowicza, po czym uciekł. Po chwili porzucił rower i przesiadł się na wcześniej przygotowany moped. Po drodze rzucił do Sprewy maskę i pistolet”. Tak opisują morderstwo niemieckie media. Ekonomiczne i polityczne operacje rosyjskiego wywiadu przyćmiewa zabójstwo na zlecenie dokonane w stolicy Niemiec na czeczeńskim emigrancie z gruzińskim paszportem Zelimchanie Hangoszwili. Zabójca został schwytany przez przypadek. Gdy porzucał narzędzie zbrodni, dwóch świadków zawiadomiło policję. Mordercą okazał się obywatel rosyjski Wadim Sokołow, ale jak wyjaśniło dziennikarskie śledztwo, dane paszportowe są najprawdopodobniej fałszywe, podobnie jak sam dokument. Znana organizacja Bellingcat przeszukała rosyjskie bazy informacyjne i nie napotkała śladu Sokołowa. W żadnym z zasobów, które pomogły przecież namierzyć sprawców zamachu w brytyjskim Salisbury, czy zidentyfikować rosyjskich żołnierzy, którzy zestrzelili nad ukraińską malezyjski boeing. Co więcej, dziennikarze udowodnili, że paszport na imię Sokołowa nie ma cech biometrycznych, mimo że taki wzór dokumentu obowiązuje w Rosji od kilku lat. Koronnym argumentem na rzecz fałszerstwa jest fakt, że Sokołow rzekomo uzyskał francuską wizę wjazdową w terminie 24 godzin, co ze względów proceduralnych jest niemożliwe. Tym niemniej ze spreparowanym dokumentem znalazł się we Francji, skąd wjechał do Niemiec bez wzbudzania podejrzeń.

Co natomiast wiemy o ofierze? Hangoszwili pochodził z gruzińskiej Przełęczy Pankijskiej, gdzie żyje liczna diaspora Czeczenów. W czasie drugiej wojny Republiki Iczkerskiej z Rosją dowodził partyzanckim oddziałem liczącym 300 osób. Po pacyfikacji Czeczenii powrócił do Gruzji, aby w 2008 r. zwerbować oddział ochotników do walki z rosyjską inwazją. Na wojnę nie zdążył, ale w międzyczasie dwukrotnie próbowano go zabić w zamachach. Przyjechał więc do Niemiec w nadziei na azyl, którego nie uzyskał. Obecnie oczekiwał na wynik apelacji. Jak twierdzi zachodni ekspert Mark Galeotti, zważywszy na biografię ofiary, zabójstwo wydaje się związane z tzw. listami śmierci, czyli wykazami osób do likwidacji stworzonymi przez rosyjskie służby specjalne. Organizacja zamachu wskazuje wyraźnie na FSB, która zajmuje się monitoringiem postsowieckich emigrantów wrogo nastawionych do Kremla. Putin obiecał przecież „zabijać iczkerskich bojowników nawet w kiblach”. Inna kwestia to zdaniem Galeottiego sprawca. Tym razem nie jest nim oficer służb specjalnych, tylko wynajęty najemnik-kryminalista, na co wskazują więzienne tatuaże.
„Swego rodzaju freelancer, kupiony do realizacji jednego zadania”, twierdzi ekspert.

Zdaniem Galeottiego z zamachu można wysnuć dwa wnioski. Po pierwsze, w dobie elektronicznej obserwacji klasyczne operacje likwidacji stają się coraz trudniejsze, co udowodniła ubiegłoroczna seria wpadek GRU w Wielkiej Brytanii, Holandii, a wcześniej Szwajcarii. Po drugie, jednak Kreml, wynajmując „jednorazowych wykonawców”, nie liczy się ze stratami, udowadniając Zachodowi, że może wszystko, a służby specjalne państw demokracji i tak pozostaną bezradne. Na kolejny ważny aspekt berlińskiego zamachu wskazuje Agencja Bloomberg, która dziwi się oficjalnej reakcji Berlina. Przecież morderstwo Czeczena można śmiało porównać do ubiegłorocznego zamachu na byłego oficera rosyjskiego wywiadu Siergieja Skripala. Niedoszłe zabójstwo wywołało zdecydowaną i solidarną reakcję NATO i UE, powodując nowe sankcje i wydalenie 100 oficerów rosyjskich służb specjalnych działających w Europie i USA pod przykryciem dyplomatycznym. Tymczasem rząd Angeli Merkel robi wszystko aby zamieść sprawę pod dywan, m.in. naprowadzając policyjne śledztwo na „morderstwo emigranta przez emigranta”, a nie polityczny zamach na zlecenie.

Czego chce Putin?
Profesor Uniwersytetu Georgetown Angela Stent mówi, że intensyfikacja operacji wywiadowczych Kremla wynika z „prymitywnej, acz skutecznej strategii przeszkadzania Zachodowi w światowej dominacji”. Co ważne, jest objawem międzynarodowej słabości Rosji, której brak realnej alternatywy dla demokracji. Według Stent, kluczowym argumentem Putina za konfrontacją jest jednak wewnętrzna słabość Rosji. Zarówno gospodarcza, jak i w ostatnim czasie społeczna niestabilność, które grożą krachem reżimu, a więc uprzywilejowanej pozycji samego Putina i jego elit. Podobnego zdania jest Politico, twierdząc, że najlepszym sposobem na Rosję jest poczekanie na jej wewnętrzny rozpad. A ten wyniknie z piorunującej mieszanki napięć gospodarczych, socjalnych i etnicznych, na tle braku atrakcyjnego programu narodowej, a więc obywatelskiej integracji. Jaki z tego wniosek? W ostatnim czasie prezydent Francji Emanuel Macron zaproponował europejsko-rosyjskie zbliżenie, odejście od polityki sankcji w imię ponownego włączenia Moskwy w orbitę Zachodu. Byłoby to jednoznaczne z wyjściem Rosji spod wpływów Pekinu. Z kolei prezydent USA Donald Trump w tym samym celu opowiedział się za ponownym włączeniem Rosji do Grupy G-7. Z tym, że Putin nie chce żadnego odprężenia, co pokazują wojny i operacje służb specjalnych na całym świecie. Jak mówi komentatorka Radia Swoboda Ksenia Kiriłłowa, rosyjski prezydent „posługuje się czekistowską mapą świata. Polityka jest dla niego pełna spisków skierowanych przeciwko Rosji”. Jako że jego głównym zadaniem jest utrzymanie władzy, a więc reprodukcja systemu, który stworzył, żadne gesty Zachodu nie zrobią na nim wrażenia. Normalizacja, napływ technologii, ponowny rozkwit prywatnego biznesu oznaczają natychmiastowe przebudzenie obywatelskie Rosjan. Tego samego zdania jest profesor Stent, która mówi, że w miarę wewnętrznych niepowodzeń Putina i destabilizacji Rosji możemy spodziewać się nasilenia wojny hybrydowej. A więc operacji wywiadowczych i kolejnych zamachów w stylu Salisbury czy Berlina. Aby temu przeciwdziałać potrzebna jest spójna strategia, której Zachód jak dotąd nie ma, podobnie jak Stany Zjednoczone.

Autor

Poprzedni artykułKomandosi XXI wieku
Następny artykuł5G dla Polski

Najnowsze