|

Ropa towarem reglamentowanym?

Teoretycznie Stany Zjednoczone bardzo dobrze przygotowały się do ataku na Iran, przejmując uprzednio kontrolę nad Wenezuelą. W rzeczywistości tamtejsze złoża, mimo iż najbardziej obfite na świecie, wymagają najpierw przeprowadzenia ogromnych i długotrwałych inwestycji. Zanim do tego dojdzie, świat czeka zapewne spory szok, którego skutki odczujemy także nad Wisłą.

Większość świata na razie nie dopuszcza takiej możliwości, ale eskalacja wojny na Bliskim Wschodzie stwarza bardzo realny scenariusz wystąpienia braków surowca.

Amerykańsko-izraelska agresja przeciwko Iranowi wkracza właśnie w drugi miesiąc. Początkowo mogło się wprawdzie wydawać, że Stany Zjednoczone nie będą skłonne wikłać się w żaden długotrwały konflikt, lecz obecnie trudno nawet sobie wyobrazić, w jaki sposób któraś ze stron byłaby gotowa usiąść do negocjacyjnego stołu. Podrażniony atakami irańskich rakiet Izrael pali się do przeprowadzenia możliwie jak największej zemsty, z kolei Iran doskonale rozumie, że czas coraz bardziej pracuje na jego korzyść.

W pierwszych dniach kwietnia wiadomo jedynie, że wojna będzie trwała zdecydowanie dłużej, niż ktokolwiek zakładał. A ponieważ w rejonie Zatoki Perskiej wydobywa się blisko 20 proc. zasobów „czarnego złota”, będzie się to przekładało na coraz większe trudności na rynku naftowym. Tym bardziej że do konfliktu przystąpili oficjalnie rebelianci Huti z Jemenu, których działalność może poważnie zagrozić kolejnym szlakom handlowym w regionie.

Powtórka z lat siedemdziesiątych?

Po raz ostatni z tego rodzaju sytuacją świat miał do czynienia w latach siedemdziesiątych. W następstwie wojny Jom Kippur w 1973 r. kraje arabskie wprowadziły embargo na dostawy do większości państw zachodnich, które jeszcze nie były w stanie skorzystać w tak dużym zakresie z alternatywnych źródeł dostaw. W efekcie normą stało się reglamentowanie dostępu do paliw, a kierowcy ustawiali się w wielogodzinnych kolejkach. Niedostępność benzyny sprawiała, że dla milionów pracowników pojawił się problem z brakiem możliwości dojazdu do miejsca pracy, a wiele instytucji publicznych musiano wręcz okresowo zamykać.

Współcześnie jesteśmy w stanie radzić sobie zdecydowanie lepiej z tego typu problemami, choćby poprzez pracę zdalną, lecz pełnej odporności na brak dostępu do paliw nie posiada żadne państwo na świecie. Przy długotrwałych przerwach w dostawach nawet najbardziej rozwinięta gospodarka uzyskuje przejściowo charakterystykę krajów Trzeciego Świata.

Przekonywanie, że podobnie może się stać również w Polsce i innych krajach europejskich, może się na pozór wydawać przesadzone, jednakże uważna analiza tego, co dzieje się obecnie na światowych rynkach, prowadzi do przyjęcia zgoła odmiennych wniosków. Teoretycznie Europa nie jest narażona na skutki blokady cieśniny Ormuz tak bardzo jak kraje azjatyckie, ponieważ przed wybuchem konfliktu importowała zaledwie ok. 6 proc. całej ropy z rejonu Zatoki Perskiej (choć w przypadku diesla i paliwa lotniczego zależność ta była nawet kilkukrotnie wyższa). Wybuch wojny może jednak doprowadzić do wielkich przetasowań, ponieważ najbardziej uzależnione od bliskowschodnich surowców kraje azjatyckie już teraz ruszyły na zakupy surowca od innych dostawców, którzy do tej pory byli głównymi partnerami Europy. Oznacza to, że kraje europejskie, w tym Polska, będą musiały rywalizować o te same, ograniczone zasoby z państwami o bardzo zasobnych portfelach.

Dotyczy to w szczególności Chin, które posiadają wprawdzie rezerwy ropy na blisko 3 miesiące, lecz już w pierwszych dniach konfliktu zaczęły podejmować działania na rzecz zwiększonego importu z Rosji, Brazylii czy nawet Stanów Zjednoczonych. Jako drugi na świecie konsument ropy naftowej oraz państwo o nieograniczonych wręcz zdolnościach finansowych, Chiny będą zapewne w stanie wynegocjować dla siebie preferencyjne warunki dostaw, stwarzając tym samym pewne trudności dla innych państw będących w potrzebie.


Praca w wojsku – czy to dobra decyzja na przyszłość?


Wakacje bez paliwa?

Dlatego właśnie przedstawiciele branży paliwowej coraz częściej mówią otwarcie, że scenariusz z reglamentacją paliw jest coraz bardziej prawdopodobny. Niedawno mówił o tym choćby prezes Shella, Wael Sawan, który ostrzegł, że brak diesla może wystąpić w Europie już w kwietniu, a benzyny w wakacje. Tego rodzaju trudności stanowiłyby zapewne szczególne rozczarowanie dla milionów Europejczyków, którzy na maj i miesiące letnie planują zazwyczaj długie urlopowe wyjazdy. Na domiar złego wojna z Iranem może także poważnie zakłócić dostępność lotów, gdyż Zatoka Perska odpowiadała dotąd za nawet do 40 proc. dostaw paliwa wykorzystywanego w silnikach odrzutowców.

Polacy i mieszkańcy wielu innych państw tak naprawdę już teraz zaczęli w pewnym sensie racjonować zużycie paliw, ponieważ zmusiły ich do tego rekordowe wzrosty cen na stacjach. Rząd Donalda Tuska przyjął z końcem miesiąca długo wyczekiwaną obniżkę VAT na paliwa z 23 proc. do 8 proc. oraz stawki akcyzy, przez co spodziewany jest spadek cen paliw o nawet złotówkę na litrze. Obecny rozwój wydarzeń pozwala jednak niestety zakładać, że nawet nadzwyczajne działania rządu mogą nie wystarczyć do tego, aby sprowadzić cenę do dużo bardziej cywilizowanego pułapu. W chwili, gdy powstaje ten tekst, cena baryłki ropy zaczęła ponownie szturmować poziom 110 dol., a doniesienia z Zatoki Perskiej skłaniają do przyjęcia wniosku, że na tym rajd w górę się nie skończy.

Premier Donald Tusk oraz kierownictwo Orlenu zapewniają, że Polska jest dobrze zabezpieczona na ewentualny kryzys i nie ma podstaw do obaw o dostępność paliw. Państwowe rezerwy mają wystarczyć na 90 dni, a jak do tej pory nie zaczęto jeszcze z nich korzystać. Dla wszystkich oczywistością jest jednak fakt, że jako kraj pozbawiony własnych złóż jesteśmy w znacznej mierze zdani na łaskę największych dostawców.

Rosja wraca do łask

Główni światowi producenci ropy naftowej spoza Zatoki Perskiej (m.in. Norwegia, Kanada, Stany Zjednoczone) zdążyli już zadeklarować, że zwiększą wydobycie, aby możliwie ograniczyć szok na światowych rynkach. Efekty ich działań będą jednak natychmiastowe. W tej sytuacji znaczącą rolę może odegrać Rosja, dla której obecna wojna oznacza wprawdzie zniszczenie potencjału jednego z najważniejszych sojuszników, lecz jednocześnie może przynieść niezbędny finansowy oddech.

Unia Europejska planowała w najbliższych dniach ogłosić wprowadzenie embarga na rosyjską ropę, lecz wobec tak dramatycznego rozwoju wydarzeń wstrzymała się z decyzją. W podobny sposób już w pierwszych dniach marca Donald Trump wprowadził czasowe pozwolenie na sprzedaż ropy przez Rosjan dla takich krajów jak Indie, Turcja czy też Chiny bez ryzyka wprowadzenia sankcji. Zdaniem przedstawicieli administracji Trumpa tego rodzaju krok ma jedynie charakter tymczasowy, lecz wiele wskazuje na to, że nie da się utrzymać stabilności światowych rynków paliwowych bez jego przedłużenia. Tym samym dociskana w ostatnich miesiącach ekonomicznie Rosja może nieoczekiwanie dostać nieco oddechu i poprawić swoją kondycję finansową. Donald Trump chwalił się wprawdzie niegdyś, że zakończy wojnę na Ukrainie w ciągu 24 godzin od objęcia urzędu, lecz swoimi działaniami na Bliskim Wschodzie jeszcze bardziej oddalił perspektywę wygaszenia konfliktu.

Teoretycznie Stany Zjednoczone bardzo dobrze przygotowały się do ataku na Iran, przejmując uprzednio kontrolę nad Wenezuelą. W rzeczywistości tamtejsze złoża, mimo iż najbardziej obfite na świecie, wymagają najpierw przeprowadzenia ogromnych i długotrwałych inwestycji. Zanim do tego dojdzie, świat czeka zapewne spory szok, którego skutki odczujemy także nad Wisłą.

Podobne wpisy