Klimatyczna apokalipsa odwołana
Teraz należałoby ogłosić „nowe otwarcie” i odejście od Zielonego Ładu, co oczywiście nie nastąpi, bo w międzyczasie ten zielony interes obrósł całą masą dojących nas pasożytów – począwszy od suto dotowanych z publicznych środków OZE, poprzez spekulantów tuczących się na handlu uprawnieniami do emisji w ramach systemu ETS, na licznych „ekologicznych” NGO-sach skończywszy.

Szanowni Państwo, okazuje się, że planeta już nie płonie – i raczej nie spłonie w dającej się przewidzieć przyszłości. Tak przynajmniej wynikałoby z ostatniej decyzji oenzetowskiego panelu ds. zmian klimatu (IPCC). Postanowił on mianowicie wyeliminować ze swej oficjalnej agendy trzy najbardziej alarmistyczne scenariusze (RCP8.5, SSP5-8.5 i SSP3-7.0), stworzone pod egidą Światowego Programu Badań nad Klimatem. Przykładowo, jak podała niedawno „Rzeczpospolita”, odrzucony model RCP8.5 zakładał, iż „temperatura w 2100 roku zwiększy się o około 4 st. C w porównaniu z poziomem z lat 1850–1900, czyli wzrośnie o prawie 3 st. C”. Tymczasem okazało się, że z tych katastroficznych wizji literalnie nic się nie sprawdza: ani globalna temperatura nie rośnie, ani morza nie zalewają tropikalnych wysp czy nisko położonych wybrzeży kontynentów. Słowem, w ciągu 15 lat od opublikowania modelu RCP8.5 (2011 r.) nie zaobserwowano żadnych dramatycznych zmian.
Cytowany przez „Rzeczpospolitą” pracownik think tanku American Enterprise Institute Roger A. Pielke Jr. zastanawia się wręcz, jak mogło dojść do takiej naukowej kompromitacji. Odpowiadam: mogło, bo ktoś, komu zależało na szerzeniu klimatycznej paniki, za to zapłacił, celowo więc tak podkręcano modele klimatyczne, by pasowały do założonego z góry scenariusza. Teraz obrońcy klimatu bronią się, twierdząc, że specjalnie sformułowano tak ekstremalną tezę, wieszczącą zagładę planety, by unaocznić ludzkości, co może nas czekać, jeśli nie wdrożymy żadnych środków zaradczych.
From Lebanon to Poland: Her Unexpected Business Journey
Sęk w tym, iż pomimo całej agendy klimatycznej, wyznaczania celów redukcji emisji CO₂, wszystkich tych Porozumień Paryskich, kolejnych szczytów COP, Zielonych Ładów itp., globalne wydobycie paliw kopalnych systematycznie rosło, podobnie jak emisje gazów cieplarnianych. Zachód (szczególnie Unia Europejska) przerzucał swoje „najbrudniejsze” gałęzie produkcji do Chin i Azji Południowo-Wschodniej, przechodził na OZE, zamykał kopalnie, wprowadzał ETS-y i coraz dalej idące obostrzenia dla przemysłu i rolnictwa… i został z tym swoim klimatyzmem jak Himilsbach z angielskim, bo tymczasem Chiny, Indie, Australia, Indonezja czy USA od czasu powtórnej prezydentury Trumpa ani myślały poddawać się temu zielonemu szaleństwu, tylko kopały i emitowały na potęgę. Jedyny moment, gdy emisje CO₂ uległy wyhamowaniu, to był rok 2020, czyli szczyt covidowej pandemii, gdy niemal stanęła cała światowa gospodarka, co pokazuje nawiasem, że jedynym skutecznym narzędziem walki z emisjami jest doprowadzenie do globalnej recesji. Gdy zaś gospodarka rośnie, to nie ma siły – muszą rosnąć również emisje.
W 2025 r. światowe zużycie węgla kamiennego sięgnęło rekordowych 8,85 mld ton, co oznacza wzrost o 0,5 proc. w porównaniu z rokiem 2024. W samym tylko 2024 r. Chiny rozpoczęły budowę elektrowni węglowych o mocy 94,5 gigawatów, bo czerwoni mandaryni są realistami i wiedzą, że praw fizyki się nie oszuka – OZE mogą sobie być, ale pod warunkiem współistnienia z tradycyjnymi źródłami energii stabilizującymi system. Podobnie z emisjami CO₂ ze spalania paliw kopalnych – w 2025 r. osiągnęły one pułap 38,1 mld ton, co oznacza wzrost o 1,1 proc. rok do roku. Piszę o tym, by wykazać, że przytoczone wyżej tłumaczenia klimatystów zwyczajnie nie trzymają się kupy – wydobycie paliw kopalnych i emisje rosną, a pomimo tego apokaliptyczne modele klimatyczne właśnie trzeba było wyrzucić do kosza.
Nie dziwi więc, że brukselscy decydenci zamiast ogłosić triumfalnie zwycięstwo w walce ze zmianami klimatycznymi, nabrali wody w usta. Tak się bowiem składa, iż wspomniany na początku model RCP8.5 był jedną z głównych podstaw do wdrożenia unijnego Zielonego Ładu. Unia Europejska zredukowała swoje emisje o 30 proc. w porównaniu z rokiem 1990, w tej chwili odpowiada za marne 7 proc. globalnych emisji (dla porównania Chiny – 30 proc.), systematycznie dusząc własny przemysł i gospodarkę – i okazuje się, że wyszła na światowego frajera. Teraz na dobrą sprawę należałoby ogłosić „nowe otwarcie” i odejście od Zielonego Ładu, co oczywiście nie nastąpi, bo w międzyczasie ten zielony interes obrósł całą masą dojących nas pasożytów – począwszy od suto dotowanych z publicznych środków OZE, poprzez spekulantów tuczących się na handlu uprawnieniami do emisji w ramach systemu ETS, na licznych „ekologicznych” NGO-sach skończywszy.
Nie ma się zatem co spodziewać likwidacji ETS czy chociażby znaczącej reformy tego systemu, podobnie jak odłożenia na półkę planów wprowadzenia ETS2. UE zmienia jedynie narrację: „zielona transformacja” ma obecnie zagwarantować Europie „suwerenność energetyczną”, co brzmi szczególnie zabawnie w kontekście tego, że wszystkie te eko-technologie uzależnione są od pierwiastków ziem rzadkich, których w UE ani się nie przetwarza, ani nie wydobywa. Ponadto nad całością wisi potężna, niemal religijna, ideologiczna „czapa”, a wiadomo, jak to jest z ideologiami – jeżeli fakty się z nimi nie zgadzają, to tym gorzej dla faktów!