-3.5 C
Warszawa
piątek, 2 grudnia 2022
Advertisement

„Lewa” kasa na boisku

Koniecznie przeczytaj

Piłkarski światek żyje rankingiem międzynarodowej edycji „Forbesa” szeregującym przynoszące najwięcej profitów drużyny klubowe. Wygrał Real Madryt (3,645 mld USD) przed FC Barcelona (3,549 mld USD) i Manchester United (3,317 mld USD). Powyżej 2 mld USD są też warci łącznie gracze Bayernu Monachium i Arsenalu Londyn.

W kwietniu bieżącego roku warszawiaków i przyjezdnych irytowało zestawienie billboardów z Marią i Lechem Kaczyńskimi oraz reklamującym ekskluzywną bieliznę kanadyjskim piosenkarzem Justinem Bieberem w okolicach historycznej „Rotundy”. Rzeczywiście, płachty zestawiono tak niefortunnie, że nieżyczliwi mogliby wręcz podejrzewać idola nastolatek o niecne zamiary erotyczne wobec zmarłej pary. Dzisiaj pola do kontrowersji już nie ma – Rotundę zasłania dobrze zbudowany, emanujący pewnością siebie mężczyzna w eleganckiej marynarce. Gdyby był człowiekiem z krwi i kości, kątem oka mógłby zauważyć swoją mniejszą wersję reklamującą kilkaset metrów niżej sprzęt komputerowy. Ten jegomość to oczywiście najlepszy napastnik piłkarskiej reprezentacji Polski Robert Lewandowski, a zainteresowanie wielkiego biznesu jego osobą jest miarą sportowego awansu ekipy z orzełkami na piersiach.

Cisza bez burzy?

Piłka nożna od niemal stu lat cieszy się opinią polskiego sportu narodowego. Nie są w stanie tego zmienić nawet spektakularne sukcesy siatkarzy, szczypiornistów, a nawet żużlowców. Dzięki bramce strzelonej Anglikom na Wembley w przegranym (sic!) meczu eliminacji Mistrzostw Świata, w 1996 roku Marek Citko zdobył w telewizyjnym plebiscycie tytuł Sportowca Roku dystansując całą plejadę mistrzów olimpijskich. W innej ankiecie TVP, z okazji 10. rocznicy „Okrągłego Stołu”, brak sukcesów narodowej jedenastki uznano za największą porażkę dekady, mimo że uczestnicy mieli też do wyboru np. sytuację gospodarczą! Nie jesteśmy może takimi fanatykami futbolu, jak Włosi, Turcy czy Anglicy sprzed wprowadzenia ustawodawstwa antychuligańskiego, jednak niewątpliwie poziom „piłkoszału” osiągnął u nas ostatnio najwyższy poziom być może nawet od zwycięstwa z Portugalią w Chorzowie w październiku 2006 r.

Do tej pory w XXI wieku udział polskich piłkarzy w każdej imprezie rangi mistrzowskiej kończył się rozczarowaniem wprost proporcjonalnym do oczekiwań. Z drugiej strony, nasze „orły” w ostatniej dekadzie osiągnęły sukcesy, które wymknęły się podopiecznym Kazimierza Górskiego i Antoniego Piechniczka. Po raz trzeci z rzędu (a jednocześnie w historii) jedziemy na EURO, po drodze pokonując na jej terenie reprezentację Niemiec. Nie można się więc dziwić, że w majowym sondażu Millward Brown dla „Faktów” TVN i TVN 24 tylko 9 proc. respondentów wyraziło brak wiary w wyjście „naszych” z rozgrywek grupowych organizowanej przez Francję imprezy, gdzie zmierzą się z Niemcami, Ukrainą i Irlandią Północną. 6 proc. Polaków wierzy w awans wybrańców Adama Nawałki do finału, 13 proc. do półfinału, 18 proc. – do ćwierćfinału. Jak widać, niesmak po popisach „orłów” z czasów Engela, Janasa, Beenhakkera i Smudy nauczył wielu z nas realizmu, ale nie pozbawił Polaków nadziei na radość z gry niezaprzeczalnie utalentowanych rodaków.

Robert i inni

Często bagatelizuje się rangę czempionatu, którego liczba uczestników wzrosła po reformie z 16 do 24, trzeba jednak pamiętać, że np. dla utytułowanych Holendrów okazało się to barierą nie do przeskoczenia. Bez większego ryzyka kompromitacji można stwierdzić, że w ostatnich miesiącach doszło do kumulacji dwóch czynników, których potrzebuje każdy sportowy zespół, aby osiągnąć sukces: kombinację zgranego teamu z siłą „robiących różnice indywidualności”. Największa to oczywiście Robert Lewandowski – czterokrotny mistrz Niemiec, pierwszy cudzoziemiec w historii Bundesligi, który strzelił 30 bramek w jednym sezonie, autor najszybszego hat tricka w historii tych rozgrywek.

W 2015 r. „Lewy” zarobił ok. 12 mln euro, co sytuuje go w pierwszej trzydziestce krezusów tej dyscypliny sportu. Jak żartował „Super Express”, kontrakty reklamowe nakładają na napastnika wiele restrykcji. Nie może uprawiać sportów ekstremalnych ani zapuszczać zarostu, aby nie narazić się Gillette. Inne marki, z którymi jest związany, to Audi, Huawei, Nike i Vistula. To właśnie wytwórcy garniturów umieścili jego wizerunek na ścianie Rotundy. Kariera męża pozwoliła Annie Lewandowskiej na dołączenie do grona celebrytek, co również wiąże się z profitami. „Fakt” obliczył, że zainteresowanie Rexony, Nike itp. zapewnia jej jako autorce bloga Healthy Plan by Ann zarobki rzędu 50 tys. zł miesięcznie. Jej cytrynowa kurtka awansowała i zdobyła status memu, co w dzisiejszych czasach również stanowi potężny sukces marketingowy.

 

Warci milionów

 

W marcu br. Arskom Group i Pentagon Research ogłosiły, że dzięki pozytywnym wypowiedziom na temat kadrowiczów w ciągu poprzednich 12 miesięcy reprezentacja Polski jest warta 570 mln zł. Najwięcej z tej liczby (ponad 105 mln zł) przypada na Lewandowskiego, ponad 45 mln zł – na pomocnika Grzegorza Krychowiaka, dwukrotnego zwycięzcę Ligi Europejskiej w koszulce Sevilla FC. Na wizerunkowy sukces drużyny w dużym stopniu pracują także Jakub Błaszczykowski, Arkadiusz Milik i Kamil Glik. Uczestniczący w podsumowaniu badań sekretarz generalny PZPN Maciej Sawicki i prezes Arskom Group Wojciech Szaniawski podkreślali, że futboliści zasłużyli sobie na dobre notowania nie tylko dobrą formą, lecz również unikaniem skandali obyczajowych oraz pracą ze specjalistami od wizerunku, która przekreśla utrwalony w opinii społecznej stereotyp sportowca jako tępego osiłka.

Głównym sponsorem reprezentacji Polski od lutego 2015 r. jest LOTOS, który zastąpił w tej roli Orange – spadkobiercę Telekomunikacji Polskiej. Energetycy zobowiązali się do wypłacania na potrzeby kadrowiczów 8 mln zł rocznie oraz pięciomilionowego bonusu za awans do Euro. Wejście do fazy pucharowej zaowocuje kolejnymi dwoma milionami złotych. Lotos wspiera także ekipę młodzieżową (do lat 21). Ostatnie marketingowe osiągnięcie PZPN to przedłużenie kontraktu sponsorskiego z Ustronianką, a wcześniej – z STS. Sawicki podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego zapewniał, że dzięki rozpoznawalności prezesa związku Zbigniewa Bońka lista prestiżowych darczyńców w najbliższych miesiącach się rozszerzy.

Dystans do najlepszych

Oczywiście, od prawdziwego Olimpu najlepiej opłacanych dzieli „naszych” jeszcze spory dystans. Gdyby Mistrzostwa Europy odbyły się w marcu br., a o wynikach decydowała jedynie wartość kontraktów piłkarzy, nie mielibyśmy szans na wyjście z grupy z pierwszego miejsca. Sumy odstępnego za transfer zawodników pierwszej jedenastki Niemiec z eliminacji według branżowego portalu transfermarkt.com wynosiły wówczas 420 mln euro. Za trzon polskiej ekipy właściciel klubu piłkarskiego musiałby zapłacić 151 mln złotych (z czego niemal połowę za samego Lewandowskiego), Ukrainy – 90,1 mln, a Irlandii Północnej – 29,5 mln. Wartość „Lewego” tak galopuje, że ten sam publikator na początku czerwca wymienił go w pierwszej piątce najdroższych potencjalnych (na razie ogłoszono jedynie szerokie kadry) uczestników tegorocznych mistrzostw. Polakowi niewiele już brakuje do Thomasa Muellera (75 mln euro) i Garetha Bale’a (80 mln), wyraźna jest jedynie strata do lidera zestawienia – Cristiano Ronaldo (120 mln euro). Doszlusowanie do poziomu belgijskiego playmakera Edena Hazarda (70 mln euro) również ma swoją wymowę.

Szczegółowe statystyki na temat marketingowej i transferowej wyceny europejskich reprezentacji z pewnością pojawią się wraz z rozpoczęciem turnieju. Jest pewne, że mówimy o absolutnym światowym topie w tej kwestii, ponieważ kultowe teamy Brazylii i Argentyny przez brak efektywnego systemu szkolenia grzeszą chimerycznością. Na razie piłkarski światek żyje rankingiem międzynarodowej edycji „Forbesa” szeregującym przynoszące najwięcej profitów drużyny klubowe. Wygrał Real Madryt (3,645 mld USD) przed FC Barcelona (3,549 mld USD) i Manchester United (3,317 mld USD). Powyżej 2 mld USD są też warci łącznie gracze Bayernu Monachium i Arsenalu Londyn. Pierwszą dziesiątkę zdominowała brytyjska Premier League z sześcioma notowanymi tak wysoko ekipami (dwunastoma w dwudziestce).

Nazwiska lub pseudonimy liderów indywidualnego rankingu zarobków prawdopodobnie byłby w stanie wymienić z pamięci największy laik. Mowa oczywiście o Portugalczyku z Realu Madryt Cristiano Ronaldo (79 mln USD przychodów w 2015, również według „Forbesa”) i Argentyńczyku z FC Barcelona Lionelu Messim (70,5 mln USD). Za nimi uplasowali się zarabiający około połowy tych sum Gareth Bale i Neymar. Piłka nożna to w dużej mierze merytokracja, poza nielicznymi wyjątkami najlepiej zarabiają najpracowitsi i najbardziej utalentowani. Naszym asom na pewno więc podczas Euro będzie przyświecała nie tylko myśl o zapisaniu się w historii, lecz także o dołączeniu do finansowej elity sportu. Oby indywidualne popisy nie przesłoniły im tylko dobra drużyny!

Autor

Poprzedni artykułWzrost, który został spadkiem
Następny artykułPolak winduje stawki

Najnowsze