11.8 C
Warszawa
niedziela, 2 października 2022

Milionerzy dzięki wojnie

Koniecznie przeczytaj

Kto zarabia miliony dolarów na ukraińskiej wojnie?

Wprowadzony przez Ukrainę energetyczny stan wyjątkowy pokazał, jak bardzo obie strony działań wojennych są od siebie uzależnione. Ten sam kryzys infrastrukturalny ujawnił wierzchołek lodowej góry niejasnych powiązań biznesowych pomiędzy separatystycznym Donbasem i Kijowem. Mówiąc dosłownie, za ostatnimi wydarzeniami stoi korupcja, która pozwala zbijać majątki na ludzkiej krwi. A zatem, kto zarabia miliony dolarów na ukraińskiej wojnie?

Wymiary i kręgi wojny

W ramach wprowadzenia posłużę się luźnym cytatem z rosyjskiej „Nowej Gaziety”, którą trudno posądzić o brak empatii wobec ukraińskich sąsiadów. Tygodnik jest przykładem obiektywizmu i dziennikarskiej rzetelności w informowaniu, o tak przecież złożonym konflikcie w Donbasie. Według „Nowej Gaziety” wojna na Ukrainie ma kilka wymiarów. Pierwszym, najbardziej uproszczonym są frontowe migawki, z kadrami ostrzałów rakietowych i artyleryjskich kanonad. Drugim i bardziej złożonym są ludzkie cierpienia, bo na takie jest codziennie narażona ludność cywilna po obu stronach linii walk. Zgodnie z szacunkami międzynarodowych organizacji humanitarnych, jak dotychczas zginęło ponad 9 tys. mieszkańców wschodniej Ukrainy, a ok. 1,5 mln uciekło z domów. Najbardziej skrytym i z pewnością najbardziej cynicznym pozostaje ekonomiczny, a więc biznesowy pejzaż konfliktu. Na Ukrainie i w Rosji jest naprawdę sporo osób, które zarabiają na tej wojnie miliony dolarów.

Do wrażeń „Nowej Gaziety” muszę dodać własną refleksję na temat podziału wojennego biznesu na piekielne kręgi. Na pierwszym i najwyższym działają ukraińscy oligarchowie, którzy dysponując aktywami gospodarczymi po obu stronach frontu, osiągają zyski z nadzwyczajnej sytuacji militarnej. Tzw. tolerowany biznes jest możliwy dzięki korupcyjnym powiązaniom w Kijowie, Doniecku, Ługańsku i naturalnie w Moskwie. Oczywiście na najwyższych szczeblach władzy. Drugi krąg to interesy państwowych organów nadzoru, służb specjalnych oraz armii, które siłą rzeczy kontrolują strefę walk. Na trzecim kręgu panuje niepodzielnie przestępczość zorganizowana, która wykorzystuje chaos do bezkarnego przemytu narkotyków, broni i złota, aby wymienić najbardziej zyskowne sektory biznesowe. Co ważne, wszystkie kręgi wzajemnie się przenikają, zamieniając Ukrainę w wielką strefę mętnej gospodarki. Dlaczego?

Między innymi dlatego, że ludność cywilna, która chce przeżyć wojnę, dostosowała się do jej warunków. Kontrabanda stała się zatem najpowszechniejszym zajęciem umożliwiającym godziwą egzystencję. Jednak aby w pełni wyjaśnić genezę wojennego biznesu, trzeba najpierw odpowiedzieć na pytanie, z jakiego powodu władze w Kijowie zadekretowały wyjątkowy stan energetyczny na terenie całego kraju?

Stan wyjątkowy

W grudniu 2016 r. grupa deputowanych ukraińskiego parlamentu ogłosiła rozpoczęcie blokady połączeń kolejowych łączących Donbas z resztą kraju. Wśród parlamentarzystów rej wodzą byli dowódcy ochotniczych batalionów, powstrzymujących dwa lata temu rosyjski atak na suwerenność Ukrainy. Zgodnie z oświadczeniem deputowanych, celem blokady jest przerwanie nielegalnego transportu towarów z okupowanej do nieokupowanej części kraju. Mowa o ośmiu „poważnych marszrutach”, którymi wwożony jest węgiel, metale oraz drewno. Zyski z tego „haniebnego” procederu zasilają przecież finanse zbuntowanych regionów, umożliwiając im de facto prowadzenie wojny. Innymi słowy, pieniądze z transakcji są przeznaczone na zakupy broni i amunicji, wykorzystywanych następnie do zabijania ukraińskich żołnierzy. Logiczne.

Od ujawnienia zamiaru blokady do jej urzeczywistnienia upłynął miesiąc, jednak fakt zaistniał. Na torach kolejowych stanęły namioty wolontariuszy i barykady. Stanęły również składy towarowe, a w Kijowie zaczęła się panika. Rząd Wołodymyra Hrojsmana prosił, groził, ale bez skutku. W podobnym tonie wypowiedział się prezydent, szefowie MSW i Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). Blokady jednak nie przerwano, nie rozgoniono siłą jej uczestników, dlatego kraj stanął przed widmem kryzysu energetycznego. Jak się okazuje, elektrownie konwencjonalne Ukrainy są dostosowane do zasilania antracytem i tylko nim. Użycie innego gatunku węgla jest niemożliwie, grozi zniszczeniem pieców i kotłów. Ogółem energetyka zużywa 8 mln ton antracytu rocznie, z czego 6,5 mln ton sprowadza z Donbasu. A tak się złożyło, że separatyści zajęli tereny, na których funkcjonują wszystkie kopalnie antracytowe. Co prawda ukraińskie elektrownie mają czterdziestodniowy zapas paliwa, ale zimowy sezon jest w tym roku dłuższy. Jednak nawet ustąpienie chłodów nie poprawi sytuacji w przypadku dalszego wstrzymywania dostaw. Poważnych kłopotów energetycznych można więc oczekiwać wiosną i latem, co zdaniem rządu potęguje prawdopodobieństwo wachlarzowych odłączeń od zasilania. Tak zakładów przemysłowych, jak i prywatnych odbiorców elektryczności. Dlatego w połowie lutego rada ministrów wprowadziła stan nadzwyczajnej sytuacji energetycznej, który daje prawo takich działań. Niestety ukraińska energetyka konwencjonalna nie jest zdywersyfikowana. Mazutem lub gazem jest zasilana wyłącznie infrastruktura stołecznego Kijowa. Ponadto, w ramach kursu na niezależność gospodarczą od Rosji oraz oszczędności finansowych, Kijów zrezygnował całkowicie z zakupów gazu od wschodniego sąsiada. Pewną alternatywą jest import antracytu z Republiki Południowej Afryki lub Australii. Można tam dokupić ok. 3,5 mln ton surowca, ale zawieranie kontraktu nie jest szybką sprawą, transport zaś potrwa 2-3 miesiące. Całość będzie kosztowała ukraińskiego podatnika dodatkowe 15 mld hrywien, co przy napiętym budżecie państwa jest niewykonalne. Niemożliwe jest także przełożenie kosztów na społeczeństwo, bo w ubiegłym roku tak wyśrubowano taryfy, że ceny elektryczności już obecnie wywołują napięcia socjalne. Cała nadzieja w energetyce atomowej. Jednak i w tym sektorze panuje spora niepewność. Ukraiński monopolista, państwowy koncern Energoatom zarządza czterema elektrowniami atomowymi i piętnastoma blokami o sumarycznej mocy 13 107 megawatów. Ukraina zajmuje pod tym względem czwarte miejsce w Europie. Na przykład Elektrownia Zaporoska z 6 blokami jądrowymi jest największym tego typu obiektem na kontynencie. Wkład elektrowni atomowych w bilans energetyczny Ukrainy wynosi 46 proc. Awaria jakiegokolwiek obiektu oznacza katastrofę zasilania w skali państwowej. Niestety stan energetyki jądrowej stale się pogarsza. W 2015 r. Energoatom odnotował jedenaście zdarzeń kwalifikowanych zgodnie z procedurami Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, jako awarie lub incydenty. Wyjaśnienie tkwi w fakcie, że 12 z 15 eksploatowanych bloków energetycznych zbudowano w czasach radzieckich, głównie w latach 80. XX w. Reaktory WWER były obliczone na 20 lat pracy, po czym powinny zostać wyłączone bądź gruntownie zrekonstruowane. Nie chodzi o same stosy atomowe, ale całą infrastrukturę wokół nich, od turbogeneratorów, przez sieć przesyłową, po systemy chłodzenia i zabezpieczeń. Tymczasem gwarancyjny okres pracy minął już 10 lat temu, a poza bieżącymi remontami nie przeprowadzono żadnego unowocześnienia. Eksperci biją więc na alarm. W przypadku przedłużenia blokady węglowej próba dodatkowego obciążenia sektora jądrowego zakończy się bardzo poważnymi następstwami.

Dlatego Kijów jest uzależniony od dostaw antracytu z Donbasu. Jednak najciekawszy w całym zdarzeniu jest fakt, że w sensie prawnym to Ukraina blokuje okupowane czasowo tereny, nie zezwalając tym samym na żadne kontakty gospodarcze. Tymczasem rzeczywistość wygląda zupełnie odwrotnie.

Oligarchowie

Decyzja o ekonomicznej blokadzie tzw. ORDŁO (wydzielonych rejonów obwodów donieckiego i ługańskiego) zapadła w Kijowie po militarnej porażce armii rządowej pod Debalcewem. Wiosną 2015 r. stan blokady, rozciągnięty w międzyczasie na anektowany Krym, zatwierdził parlament. Z tym że dziwnym trafem Rada Najwyższa pozostawiła ścieżki obchodzenia własnej ustawy. Chodzi mianowicie o kluczowe kwestie bezpieczeństwa ekonomicznego Ukrainy. Zapis nie precyzuje, o jakie wyjątki chodzi, ale nie ma wątpliwości, że silny wpływ na kształt ustawy miał lobbing oligarchów. Jakkolwiek dla poczucia spełnionego obowiązku parlamentarzyści nałożyli obowiązek kontroli implementacji ustawy na SBU i inne instytucje nadzoru, to ilość odstępstw jest po prostu fantastyczna. Zgodnie z informacjami medialnymi służba bezpieczeństwa wydała do dziś 90 tys. zezwoleń na niestosowanie prawa, co zakrawa na kpinę. Jak więc zauważył Frankfurter Allgemeine Zeitung, handluje się wszystkim, od węgla po heroinę. Portal Strana.ua dodaje, że strefa rozgraniczenia zamieniła się w czarną dziurę, przez którą w obie strony płyną strumienie towarowe o wielomiliardowej wartości, kontrolowane przez oligarchów, polityków i struktury siłowe. O tym, że takie twierdzenie jest prawdziwe, świadczy prawdziwy korowód śmierci wśród uczestników takiego procederu. Dziennikarzy, którzy odważyli się uważniej spojrzeć na wojenny biznes, spotkały śmiertelne pogróżki.

Jak się okazuje, najbardziej zainteresowanym w nieszczelnej blokadzie Donbasu jest jego przedwojenny i obecny niekoronowany król Rinat Achmetow. Po wybuchu konfliktu zamieszkał w Kijowie. Tam też zarejestrował swoje aktywa węglowo-energetyczne, czyli koncern DTEK, choć fizycznie część majątku pozostała na terenach zajętych przez separatystów. Realnie wygląda to następująco. W ORDŁO antracyt wydobywają trzy kopalnie Achmetowa, które następnie sprzedają urobek trzem elektrowniom Achmetowa, znajdującym się na terenie kontrolowanym przez Kijów. Oligarcha zaopatruje także w węgiel państwowy koncern Centrenergo, który zarządza innymi elektrowniami. Jak się szacuje, podmioty tego oligarchy dostarczają łącznie 5,2 mln ton antracytu rocznie. Achmetow płaci podatki Ukrainie, ale część zysków inwestuje w ogromną pomoc humanitarną dla Donbasu. Z pewnością jest to część umowy z władzami separatystycznymi, dzięki którym biznes oligarchy działa spokojnie po tej stronie frontu. Poza tym nie ulega wątpliwości, że Achmetowa łączą bliskie związki, tak z prezydentem Petro Poroszenko, jak i z kremlowskimi kuratorami wschodniej Ukrainy.

Jak twierdzi Strana.ua, drugim baronem węglowym jest właściciel spółki wydobywczej „Donbass” Aleksander Nazarenko, która także zajmuje się zaopatrzeniem państwowego Centrenergo. Według ustaleń „Nowej Gaziety” Nazarenko jest cały czas powiązany Siergiejem Kurczenko – energetycznym oligarchą należącym do otoczenia b. prezydenta Wiktora Janukowycza. Mimo odsunięcia od władzy pryncypała Kurczenko zachował swoje wpływy i aktywa na Ukrainie, choć obecnie jako obywatel rosyjski zarządza nimi z Moskwy przez podstawionych ludzi. Do spółki Nazarenko–Kurczenko należy zaopatrzenie Krymu i Donbasu w węgiel, gaz i ropę naftową. Jak jednak twierdzą rosyjscy dziennikarze, na tym się kończy, ropa Kurczenki via Donieck i Ługańsk jest bowiem transportowana koleją na terytorium Ukrainy.

Wreszcie trzecim graczem jest Roman Maglowanny, ale tylko jako figurant, bo końcowym beneficjentem dziesięciu donbaskich spółek wydobywczych i handlowych pozostaje Witalij Kropaczew. Do 2014 r. był regionalnym przedstawicielem w węglowym interesie prezydenckiego syna Aleksandra Janukowycza. Obecnie Strana.ua przypisuje mu związki z ministrem spraw wewnętrznych Ukrainy Arsenem Awakowem, który jakoby miał przejąć schemat handlu antracytem od rodziny Janukowyczów. Dlatego kijowskie MSW ma chronić ten kanał dostaw węglowych z terenów opanowanych przez separatystów, oczywiście nie z pobudek altruistycznych. Niektórzy z ukraińskich politologów, jak na przykład Aleksander Bortnik sugerują wręcz, że patriotyczna blokada szlaków kolejowych w wykonaniu b. żołnierzy ochotniczych batalionów to rozgrywka biznesowa w wymienionym trójkącie.

Najbardziej poszkodowanym jest koncern DTEK Achmetowa, co może być wstępem do szerszej kampanii przejmowania jego aktywów przez drapieżnych oligarchów związanych z poszczególnymi politykami dzisiejszego obozu władzy. Dokładnie tak rozgrabiono imperium innego wpływowego barona gospodarczego Ihora Kołomojskiego, którego pozbawiono wpływów politycznych i zmuszono do oddania zagrabionych udziałów w koncernie Naftogaz. Ukoronowaniem operacji było upaństwowienie Privatbanku. Wraz z wymuszoną odsprzedażą największego detalicznego banku Ukrainy, wpływy Kołomojskiego zostały w istotny sposób zredukowane. Czy taki sam los czeka Achmetowa? Jego miejsce w strukturze importu zagranicznego węgla może zająć Kropaczew, idea dostaw z USA, RPA i Australii jest bowiem silnie lobbowana w kijowskich kręgach władzy.

A co mają elity polityczne Kijowa z ochronnego parasola rozłożonego nad oligarchami łamiącymi blokadę Donbasu? To proste – korupcyjny udział z manipulacji cenami węgla. Międzynarodowa wycena tony ukraińskiego antracytu zgodna z importową stawką Rotterdam+ (cena surowca w porcie Rotterdam i transportu na Ukrainę) wynosi ok. 3000 hrywien. Z drugiej strony, wojenna wartość tony antracytu z Donbasu spadła do zaledwie 1200 hr. Pozwala to kijowskim biurokratom kształtować taryfy na poziomie od 2 tys. do 2,5 tys. hrywien za tonę, a różnicę dzielić pomiędzy konta własne, władz separatystycznych i oligarchów. Pamiętajmy, że chodzi o miliony ton rocznie, a zatem miliardy hrywien do podziału i wyprowadzenia przez raje podatkowe.

Choć najbardziej oczywistym przykładem oligarchiczno-biurokratyczno biznesu na wojnie pozostają zamówienia obronne. Z racji skąpych strumieni budżetowych, ograniczonych karkołomnym kryzysem gospodarczym Ukrainy, pieniądze na armię i jej uzbrojenie stają się najbardziej łakomym kąskiem. Dlatego pomiędzy różnymi ośrodkami władzy trwa zaciekła rywalizacja o to, kto będzie ich dysponentem, a więc zleceniodawcą kontraktów przyznanych konkretnym oligarchom. W zbrojeniowej konfrontacji przoduje ośrodek prezydencki w sojuszu z Radą Bezpieczeństwa i Obrony oraz ministerstwem obrony a MSW z drugiej strony. Minister Awakow przekształcił ochotnicze bataliony w Gwardię Narodową i podporządkował sobie.

Tak wygląda krąg pierwszy wojennego biznesu, choć według przedstawionego schematu handluje się także metalami wytwarzanymi w donieckich hutach. W drugą stronę, czyli przez Donbas na Ukrainę trafiają rosyjskie paliwa. I znowu interesujący szczegół. W odpowiedzi na moskiewskie embargo handlowe, Kijów nałożył na Rosję własną blokadę ekonomiczną. Jak widać z takim samym skutkiem jak na ORDŁO.

Szara codzienność

Mniej spektakularny, choć bardziej masowy, a przez to również intratny handel towarami codziennego użytku to domena trzech instytucji: państwowej służby fiskalnej (podatkowej), SBU i armii. Blokada handlowa Donbasu nakłada na nie obowiązek kontroli legalnych, czyli humanitarnych korytarzy na linii rozdzielenia przeciwnych sił. Jak twierdzą uczestnicy walk, w początkowym okresie wojny wszelkie posterunki kontrolne obsadzały ochotnicze bataliony, dopiero później obowiązki przejęły instytucje państwowe. Jednak nawet w czasie krwawych ofensyw i kontrataków rosyjsko-separatystycznych, korupcyjne dochody z tytułu kontroli ruchów cywilnej ludności i strumieni towarowych były tak wielkie, że wielu „ochotników” wróciło do domów z milionami hrywien w kieszeni. Obecnie nadzór nad potokiem codziennej kontrabandy przejęła służba fiskalna, i to jej funkcjonariusze stali się głównymi beneficjentami handlu na wielką skalę. Nie chodzi tylko o furgony z żywnością, ale także o sprzęt AGD, a szczególnie materiały budowlane. W tym zakresie regiony zniszczone podczas działań wojennych to prawdziwa studnia bez dna. Z Ukrainy płynie więc nieustająca rzeka batonu, armatur i urządzeń sanitarnych. Z separatystycznych republik przywozi się rosyjską benzynę, alkohol oraz papierosy. Swój udział w korupcyjnych dochodach ma oczywiście SBU, która odpowiada za kontrolę ruchu osobowego. Każde przekroczenie linii rozgraniczenia wymaga odpowiedniego zezwolenia, które trzeba opłacić odpowiednią łapówką. Podobnie regulowany jest ruch na punktach kontrolnych i przejściach „granicznych”.

Natomiast armia pobiera haracz od wszystkich osób, które starają się omijać zarówno przedstawicieli służby podatkowej, jak i SBU, czyli prowadzić działalność gospodarczą lub przekraczać linię frontu poza oficjalnymi korytarzami. Ponadto siły zbrojne weszły w stały układ biznesowy z handlarzami złomu. Jednak nie w polskim, potocznym rozumieniu, tylko z prawdziwymi hurtownikami działającymi w strefie wysiedlonej. Zgodnie z tzw. porozumieniem mińskim oraz werdyktem misji monitoringowej OBWE, walczące strony rozdziela kilkukilometrowy pas ziemi niczyjej, z której najczęściej ewakuowano mieszkańców. To jest właściwy teren działania „złomiarzy”, czyli operacji na wielką skalę. Dobrze zorganizowana ekipa może w ciągu nocy ogołocić z każdego metalu opuszczoną wieś czy osiedle. O porzuconych obiektach przemysłowych lub infrastrukturalnych już nie wspominając. Przedmiotem oddzielnych umów z wojskiem po obu stronach jest intratna „opieka” nad zniszczonym sprzętem, a przede wszystkim tonami miedzianych łusek wszelkiego kalibru. To nie żart, ale na punkty skupu złomu po ukraińskiej stronie przywożone są wraki separatystycznych czołgów i transporterów, a sytuacje odwrotne nie są wcale rzadkością.

W każdym razie kontrabanda, bo tak trzeba nazwać wzajemny handel, jest codziennością, a korupcyjne dochody idą w miliony dolarów. Nie jest więc żadną tajemnicą, że oddziały kadr wymienionych instytucji państwa ukraińskiego, nie mogą opędzić się od chętnych. Wszyscy oficerowie i funkcjonariusze uniesieni porywem patriotyzmu, żądają oddelegowania do służby na linii rozgraniczenia. Potencjalnych milionerów nie odstrasza nawet ryzyko okresowych eskalacji zbrojnego napięcia.

Ostatnim kręgiem wojennego biznesu administruje przestępczość zorganizowana, która wykorzystuje strefę walk, jako doskonały kanał przerzutu narkotyków i broni. W ścisłym porozumieniu z obiema armiami i służbami specjalnymi każdej ze stron. Na Donbasie krzyżują się kanały przerzutowe syntetycznych narkotyków z Europy, w tym Polski do Rosji. W odwrotnym kierunku płynie heroina z Afganistanu i azjatyckich republik poradzieckich. Ukraina stała się również ogromnym rynkiem broni wywiezionej nielegalnie z Donbasu. Jej niedobory uzupełniają bieżące dostawy możliwe dzięki skorumpowanym oficerom i dowódcom ukraińskiej armii. Zresztą siły zbrojne Ukrainy wchodzą w przestępcze porozumienia ze stroną przeciwną. Świadczy o tym los jednej z ochotniczych grup mobilnej walki z takim procederem, zmasakrowanej wspólnie przez: żołnierzy regularnej brygady ukraińskiej armii i jej odpowiednika ze strony separatystów. Wolontariusze mieli nieszczęście wytropienia dużej partii narkotyków i broni, w trakcie przemytniczego transportu z Donbasu na Ukrainę. Podobny los stał się udziałem naprawdę wielu uczciwych oficerów, żołnierzy i funkcjonariuszy ukraińskich, którzy „popełnili samobójstwo”, „zginęli na minach”, „w wyniku nieszczęśliwego użycia broni” lub po prostu stali się ofiarami prowokacji skorumpowanych kolegów. To oczywiście drastyczne, choć powszechne przykłady, ale najbardziej masową kontrabandą są alkohol i papierosy, które zalewają wprost UE. W Donbasie pracują pełną parą całe fabryki falsyfikatów, dla których z Ukrainy dostarczane są całkowicie legalne banderole i znaki akcyzowe.

Skala tolerowanego, szarego i kryminalnego biznesu sprawia, że nie widać optymistycznego zakończenia. I być nie może skoro w wojennych interesach na Ukrainie jest zainteresowanych naprawdę wielu decydentów ciągnących z konfliktu brudne profity. Od najbogatszych oligarchów, ministrów i doradców, przez władze separatystycznych „republik”, po zwykłych oficerów i funkcjonariuszy. A przecież trzeba pamiętać, że podobna sytuacja panuje na krymskiej „granicy” pomiędzy Rosją i Ukrainą. Tylko ludności cywilnej dziwić się nie można, każdy chce jakoś żyć. Przed wojną Donbas był najbogatszym regionem kraju. Poziom płac przekraczał trzykrotnie wartość uposażeń w zachodniej Ukrainie, a region wypracowywał 17-23 proc. PKB.

Dziś bolesny upadek pogłębia fakt, że ORDŁO promieniuje ekonomicznym i etycznym rozkładem na całą Ukrainę, czyniąc z niej stopniowo ogromną strefę bezprawia, zagrażającą UE, a więc również Polsce. Stało się tak z ogromnym udziałem wszystkich ukraińskich elit władzy, ale przede wszystkim z winy obecnego establishmentu. Wojenny biznes, jak mało który parametr kontrolny wskazuje dobitnie, że Kijów prowadzi wojnę nie do wygrania, a Donbas jest nie do odzyskania. Czy sama Ukraina jest do uratowania? To kwestia mocno sporna, skoro państwo nie jest w stanie zaprowadzić ładu na własnym terytorium, a jego elity aktywnie uczestniczą w psuciu mechanizmów elementarnego porządku.

Autor

Poprzedni artykułPolska wciąż bez złota
Następny artykułDlaczego mało zarabiamy

Najnowsze