10.9 C
Warszawa
czwartek, 29 października 2020

Dlaczego mało zarabiamy

Koniecznie przeczytaj

Pełzający lockdown

Nie zrobiono nic...

Górski Karabach. Nowe ludobójstwo Ormian?

Do tej wojny nigdy by nie doszło...

Lockdown w wersji pełzającej

Pod dyktando paniki

Perły polskiego biznesu

25 najbardziej przedsiębiorczych kobiet

Niskie płace są dzisiaj najważniejszym problemem, z jakim muszą na co dzień borykać się Polacy. Szokujące twierdzenia I prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, jakoby za 10 tys. dało się wyżyć tylko na prowincji – pokazują jak bardzo elity oddaliły się od rzeczywistości.

W ubiegłym tygodniu uwagę opinii publicznej zwróciła Małgorzata Gersdorf, która w obszernym wywiadzie dla portalu Onet.pl stwierdziła m.in., że „za te ok. 10 tys. brutto dobrze żyć można tylko na prowincji”. Wypowiedź sędzi Gersdorf została zacytowana przez niemal wszystkie tytuły prasowe i stacje telewizyjne, wywołując oburzenie Polaków. W zdecydowanej większości zmuszeni są oni bowiem radzić sobie w codziennym życiu, dysponując miesięcznie kwotą co najmniej trzykrotnie niższą od tej, jaką rozporządza Małgorzata Gersdorf. A to na pewno stanowi dużo większe wyzwanie niż przeżycie za 10 tys. zł w Warszawie, gdzie mieszka i pracuje prezes SN. Na pewno ktoś, kto sprawuje tak eksponowaną funkcję i to w wymiarze sprawiedliwości (według ostatnich badań CBOS-uprawie 61 proc. Polaków ocenia źle jego funkcjonowanie), powinien znacznie bardziej ważyć słowa i nie mówić rzeczy, które mają szansę zdenerwować Polaków. Zdecydowana większość z nich zarabia dzisiaj zdecydowanie za mało, aby móc nie tylko „dobrze żyć” na „prowincji”, ale i gdziekolwiek w Polsce. Nic dziwnego, że mocno ich wzburzyły słowa prezes SN. W istocie bowiem mogły wskazywać, że ich autorem jest ktoś, kto jest kompletnie oderwany od polskich realiów, zwłaszcza tych, które wiążą się z zarobkami. Te są nadal bardzo niskie i w żaden sposób nie pozwalają na zaspokajanie życiowych potrzeb Polaków. Mimo tej gorzkiej prawdy, stwierdzenie prezes Gersdorf dotyczące zarobków sędziów w naszym Sądzie Najwyższym ma jakiś związek z polską rzeczywistością. Rzeczywiście, sędziowie w Polsce zarabiają także za mało, zwłaszcza jeśli odniesiemy ich zarobki do zarobków sędziów w innych krajach unijnej Europy. Co jednak ma na to powiedzieć zwykły Polak, którego płace należą od dawna do najniższych w Unii Europejskiej?

Niewolnicze płace Polaków

Zgodnie z danymi GUS przeciętne miesięczne nominalne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w końcu 2016 r. wynosiło w Polsce 4 329,71 zł. Warto zwrócić jednak uwagę na fakt, że średnia płaca w wymiarze brutto, czyli po odjęciu składek na ZUS, zdrowotnej i zaliczki na podatek – wyniosła w Polsce na koniec 2016 r. zaledwie 3082,86 zł. To, że jest to tzw. przeciętne wynagrodzenie, nie oznacza wcale, że tyle zarabiają statystyczni Polacy. Ze względu na wysokie płace, które mocno zawyżają średnią, jest ona niedostępna dla ok. 2/3 pracujących (tak wynika z innych badań GUS). Należy również zaznaczyć, że średnia miesięczna płaca w Polsce podawana przez GUS nie jest przeciętną z całej gospodarki. GUS zbiera bowiem dane tylko z firm zatrudniających powyżej 9 osób. Z tego powodu większość małych firm nie jest w ogóle uwzględniona w wyliczeniach. Oczywiście podawane każdego miesiąca przez GUS dane to informacje ogólne dla naszej gospodarki, w jej poszczególnych sektorach są one znacznie bardziej zróżnicowanie. I tak np. przeciętne wynagrodzenie w górnictwie na koniec 2016 r. wyniosło 8 243,63 zł, natomiast w „informacji i komunikacji” – 7 448,51 zł. Podobne przeciętne wynagrodzenie było w dziale „wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę”, gdzie wyniosło 7448,87 zł, natomiast w „działalności profesjonalnej, naukowej i technicznej” – 6236,86 zł. Z kolei w budownictwie zarabiano przeciętnie 4 314,24 zł, a w handlu i naprawie samochodów 3896,88 zł. Najniższe przeciętne wynagrodzenia były według GUS na koniec 2016 r. w sekcji „administrowanie i działalność wspierająca” i wynosiły zaledwie 2 959,99 zł. Przy czym zaznaczyć należy, że ta ostatnia „sekcja” zatrudnionych jest dzisiaj w Polsce najliczniejsza. Na bardzo niskim poziomie są od lat w Polsce świadczenia emerytalne i rentowe. Według GUS na koniec 2016 r. przeciętna miesięczna nominalna emerytura i renta brutto z pozarolniczego systemu ubezpieczeń społecznych wynosiła 2 095,49 zł. Z kolei przeciętna miesięczna nominalna emerytura i renta brutto rolników indywidualnych na koniec 2016 r. kształtowała się na poziomie 1 177,85 zł. Oczywiście skalę problemu niskich emerytur w Polsce widać dopiero wówczas, gdy odniesiemy je do świadczeń w bogatych krajach unijnej Europy, która, jak można sądzić, stanowi również zasadniczy punkt odniesienia dla prezes Gersdorf. Przyjmując zatem, że nominalne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w końcu 2016 r. wyniosło 4 329,71 zł, to i tak było kilkakrotnie niższe od przeciętnego wynagrodzenia w krajach Europy Zachodniej. Można przyjąć, że średnia pensja nominalna w Polsce to mniej więcej 30 proc. średniej pensji w UE. Przy czym warto zaznaczyć, że w przypadku naszych sąsiadów Niemców, a także Wielkiej Brytanii jest ona ponad czterokrotnie niższa, natomiast w przypadku prawdziwej europejskiej czołówki w tym zakresie, czyli Szwajcarów, Luksemburczyków i Duńczyków jest ona aż sześciokrotnie niższa. W zasadzie pod względem przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia wyprzedzają nas dzisiaj wszyscy w Europie, łącznie z pogrążoną w głębokim kryzysie i zadłużoną Grecją.

Jeśli jednak mówimy o wysokości przeciętnej miesięcznej płacy, równie ważne jest to, jaka jest siła nabywcza pieniędzy, jakie zarabiają Polacy. Otóż w tym aspekcie okazuje się, że przeciętny Polak za swoje wynagrodzenie kupi zaledwie 47 proc. tego, co może kupić przeciętny Europejczyk. Niskie wynagrodzenia Polaków mają się również nijak do prezentowanej przez obywateli naszego kraju wydajności. Okazuje się bowiem, że pod tym względem osiągamy już 74 proc. unijnej średniej. Fakty te dobrze pokazują, jak bardzo są dzisiaj pracownicy w Polsce niedoszacowani pod względem swojego wynagrodzenia. Aby pensje Polaków odpowiadały osiąganej przez nich wydajności, powinny być zatem większe o co najmniej drugie tyle. Średnia wypłata w Polsce powinna więc zbliżyć się do poziomu mniej więcej 8 tys. brutto.

Rodzi się jednak w tym miejscu zasadnicze pytanie: kiedy pod względem płac możemy dogonić europejską czołówkę? Otóż okazuje się, że jeśli w Polsce wynagrodzenia będą realnie rosnąć przeciętnie o 3 proc. rocznie, jak było to w ostatnich latach, to europejską awangardę możemy dogonić dopiero w 2044 roku. Gdyby natomiast przyjąć, że wzrost płac w Polsce byłby szybszy, np. następował w tempie 5 proc. rocznie, to stanie się to już w 2031 roku, a przy 7-procentowym wzroście naszych płac jest szansa, że będzie to już w 2026 roku.

Marne pieniądze polskich emerytów

Podobnie jak czynni zawodowo Polacy wyglądają nasi emeryci, jeśli zestawimy pobierane przez nich emerytury ze świadczeniami w innych krajach UE. Tam emerytury zazwyczaj pochodzą z trzech filarów. Pierwszy filar to tzw. emerytura państwowa, drugi filar to ta, która pochodzi z zakładowych składek emerytalnych, a trzeci filar to pieniądze, które pochodzą z prywatnych ubezpieczeń, które w przeciwieństwie do dwóch pierwszych nie są jednak obowiązkowe. Przyglądając się danym Eurostatu na temat wysokości emerytur w poszczególnych unijnych krajach (podawane są w PPS, czyli walucie umownej, która ma ułatwiać porównanie nie tylko wysokości emerytur w różnych krajach, lecz także standardu życia, jaki za taką emeryturę można w danym kraju utrzymać) można stwierdzić, że emerytów w Polsce od nestorów z Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii dzieli ogromna przepaść. Tam realne świadczenia są przeciętnie prawie trzy razy większe niż w Polsce. Nawet w pogrążonej w kryzysie Grecji emerytom powodzi się znacznie lepiej niż w Polsce, nie wspominając o rzekomo stojących na krawędzi kryzysu Włochach. Tamtejsi emeryci muszą się zadowolić w ciężkich czasach emeryturą wyższą realnie „tylko” dwa razy niż w Polsce. Jeszcze mizerniej wyglądają nasze szanse na to, aby dogonić zachodnich emerytów w wysokości pobieranych przez nich świadczeń. Otóż okazuje się, że w ciągu ostatnich pięciu lat polscy emeryci zbliżyli się do tych z Europy Zachodniej o niecały procent. W takim tempie na dogonienie poziomu emerytur, jakie otrzymują seniorzy w najbogatszych krajach Unii Europejskiej, Polacy potrzebują jeszcze ponad pół wieku, a dokładnie aż 59 lat. Tak czy inaczej, również w aspekcie emerytur dzieli nas prawdziwa przepaść od obywateli zamożnych krajów UE. Jednak w przypadku emerytur w Polsce istnieje jeszcze jeden zasadniczy problem. Otóż od wielu lat systematycznie rośnie liczba emerytów i zmniejsza się liczba osób aktywnych zawodowo, co samo w sobie jest wyzwaniem dla naszej polityki społecznej. Trudno bowiem w takiej sytuacji myśleć o wdrożeniu kompleksowego planu działań, które zmierzałyby do podniesienia wszystkich świadczeń emerytalnych w naszym kraju. Wprawdzie minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska już kilka miesięcy temu zapowiedziała, że najniższa emerytura zostanie podniesiona z 882,56 zł do 1 tysiąca złotych, ale to i tak niewiele zmieni. Emerytury Polaków nadal będą niskie. Swoją drogą dziwi trochę to, że szefowa tego resortu nie postawiła do tej pory na znacznie większą aktywizację zawodową polskich seniorów, tak jak to jest w wielu krajach UE, gdzie tego typu działania należą do kluczowych kierunków polityki państwa na rynku pracy. Być może jest tak dlatego, że podniesienie minimalnej emerytury jest znacznie bardziej spektakularne od długofalowych programów aktywizacji zawodowej emerytów, których efekty widać dopiero po wielu latach.

Niskie płace i migracja Polaków

Niskie płace w naszym kraju są zasadniczym powodem emigracji zarobkowej Polaków. W ostatnich latach blisko dwa miliony Polaków wyjechało z kraju, by szukać lepszej pracy w innych unijnych krajach UE, co stanowi około 5 proc. polskiego społeczeństwa. Jednak statystycy z GUS w nieoficjalnych rozmowach stwierdzają, że to jedynie dane oficjalne. W rzeczywistości bowiem liczba Polaków, którzy aktualnie przebywają za granicą w celach zarobkowych, może sięgać nawet 6 mln, czyli około 15 proc. społeczeństwa. Najwięcej Polaków wyjechało w ostatnich latach – według GUS – do Wielkiej Brytanii – 642 tys. i do Niemiec – około 560 tys. Sporą liczbę wśród polskich emigrantów stanowią Polacy w Irlandii, chociaż kraj ten z uwagi na kryzys gospodarczy, jakim został dotknięty w ostatnich latach, jest już znacznie mniej atrakcyjny zarobkowo. Mimo tego w Irlandii nadal przebywa prawie 115 tysięcy naszych rodaków. Na kolejnym miejscu emigracji zarobkowej Polaków znajdują się kraje skandynawskie (Norwegia, Szwecja, Dania). Emigrujemy także do innych państw europejskich, w tym m.in.: do Włoch, Holandii, Francji, Hiszpanii oraz Austrii. Polacy pracują tam z reguły za stawkę nieprzekraczającą stawki minimalnej, czyli 1,5 tysiąca euro. W Wielkiej Brytanii, która jest od wielu lat najważniejszym kierunkiem emigracji zarobkowej, Polacy przeciętnie zarabiają miesięcznie 1300 funtów, z czego mniej więcej połowę wydają na życie na Wyspach. Jak łatwo zauważyć, są zatem w stanie zaoszczędzić około 750 funtów miesięcznie. A to kwota, która i tak jest znacząca w aspekcie nominalnego miesięcznego wynagrodzenia brutto w sektorze przedsiębiorstw w naszym kraju i wydaje się perspektywą wartą wyjazdu z kraju. Problemem Polski nie jest jako taki brak miejsc pracy, ale brak dobrych miejsc pracy. Dopóki ich w naszym kraju nie będziemy tworzyli, na pewno będziemy mieli do czynienia z emigracją zarobkową. A ta z kolei będzie dalej zwiększała „dziurę” na polskim rynku pracy. Uwzględniając przy tym utrzymujący się w Polsce spadek dzietności, możemy zatem z dużą pewnością oszacować, że w ciągu najbliższych lat będziemy potrzebowali w naszym kraju co najmniej 4 mln ludzi, aby zapełnić demograficzną dziurę, jaka powstaje na rynku pracy. Coraz częściej można w Polsce usłyszeć, że rozwiązaniem tego problemu mają być nasi wschodni sąsiedzi – Ukraińcy, których masowa migracja do Polski jest już w zasadzie faktem. Ukraińcy coraz chętniej przyjeżdżają do naszego kraju i godzą się nawet na pracę za stawki, za które trudno znaleźć jest polskich pracowników. Jest tak głównie dlatego, że statystyczny Ukrainiec zarabia dzisiaj 3633 hrywny, czyli równowartość 580 złotych lub jak kto woli 140 euro. Dlatego przyjazd do Polski i praca za stawki, jakich nie akceptują Polacy, jest dla nich dobrym rozwiązaniem. Nawet jeśli praca w Polsce jest płatna na poziomie 2500–3000 zł, to i tak na Ukrainie można za takie pieniądze spokojnie przeżyć prawie trzy miesiące. To przede wszystkim z tego powodu tak wielu Ukraińców chce dzisiaj przyjechać do naszego kraju. I nie wydaje się, żeby ta sytuacja uległa w najbliższych latach jakiejś zmianie. Wprawdzie nie tak dawno ukraiński ekonomista Ołeksandr Ochrimenko stwierdził publicznie, że średnia płaca na Ukrainie może wzrosnąć nawet do 1000 euro, ale pod jednym warunkiem. Aby tak się mogło na Ukrainie stać, trzeba po prostu przestać kraść. Tymczasem jak zauważył Ochrimenko, na Ukrainie jest nadal tak, że „władze się zmieniają, przychodzi kolejna ekipa i kradnie nie mniej niż poprzednia”. I właśnie z tego powodu na Ukrainie „nigdy nie uda się podwyższyć pensji”. Zalecenie ukraińskiego ekonomisty, aczkolwiek bardzo trafne, niekoniecznie jednak mogłoby być wystarczającym warunkiem do tego, aby płace w Polsce były także wyższe niż obecnie.

Co powinien robić polski rząd?

Podniesienie zarobków Polaków nie jest prostą sprawą. Wymaga to lat przemyślanej polityki gospodarczej. Jak podaje OECD udział wynagrodzeń pracowników w PKB (ang. labour income share) był w Polsce najwyższy w 1996 r. (wynosił wówczas 66,5 proc. PKB). Od tego czasu spada. W 2011 r. wyniósł tylko 53,4 proc. i pozostaje na tym poziomie. Oznacza to, że przy obecnym poziomie dochodu narodowego pensje pracowników mogłyby by być średnio o jedną czwartą wyższe, gdyby pracodawcy dzielili się zyskami z pracownikami w takim sposób, jak w 1996 r. Dlaczego się nie dzielą? Otóż wysokość płac jest wypadkową podaży i popytu na rynku pracy. W szczególności od drugiej połowy lat 90. gdy zintensyfikowano proces otwierania polskiej gospodarki na konkurencje firm z bogatych krajów UE (w 1998 r. zniesiono większość ceł na produkty przemysłowe) zaczęło masowo rosnąć bezrobocie (obecnie pomimo wyjazdu po 2004 r. 2 mln ludzi, bez pracy pozostaje kolejne 2 mln osób.) Zagraniczna konkurencja utrudniła powstanie i rozwój polskich firm przemysłowych, które generują najwięcej dobrze płatnych miejsc pracy (na przykład w Korei Południowej średnia płaca w przemyśle jest prawie dwa razy wyższa, niż w usługach). Dziś rząd maksymalizuje dopływ ukraińskich pracowników na polski rynek, by ci pozwalali utrzymać względnie niskie pensje. Oczywiście rozwiązaniem nie jest podnoszenie płacy minimalnej czy inne administracyjne próby wymuszenia na pracodawcach oddania większej części zysków pracowników. Korei Południowej podział dochodu narodowego nie wynikał z przepisów prawa, ani z pozycji związków zawodowych (należy do nich tylko 10 proc. pracowników, to jeden z najniższych wskaźników w krajach OCECD, niższy nawet niż w Polsce). Wysokie zarobki pracowników to efekt polityki budowania silnego krajowego przemysłu; doprowadzono do tego, że odsetek bezrobotnych jest tam jednym z najniższych na świecie i wynosi tylko 3 proc. Pracodawcy muszą więc dobrze zapłacić, by przyciągnąć pracowników a wysokie pensje to kwestia wysokiej rynkowej stawki za pracę.

Niestety z ust wicepremiera Morawieckiego nie usłyszeliśmy do tej pory żadnych deklaracji o tym, co faktycznie zamierza zrobić, aby w najbliższych latach zarobki Polaków były wyższe. Nic dziwnego, że podczas niedawnego spotkania Morawieckiego z Polakami w Londynie, gdy usiłował zachęcić ich do powrotu do kraju, usłyszał z ich strony słowa w rodzaju: „Do czego mamy wracać? Do 2 tysięcy złotych na umowach śmieciowych?”. To na pewno była najbardziej gorzka pigułka, jaką musiał przełknąć Morawiecki podczas całego swojego dotychczasowego urzędowania na fotelu polskiego wicepremiera, odpowiedzialnego za politykę gospodarczą rządu premier Beaty Szydło.

Najnowsze

Lockdown w wersji pełzającej

Pod dyktando paniki

Cenzura z YouTube

O tym, że serwisy społecznościowe takich gigantów jak Facebook czy Google cenzurują zamieszczane przez użytkowników treści, wiadomo od dawna.

Samozwańczy cenzorzy internetu

Powstała grupa samozwańczych cenzorów internetu zwalczająca nie tyle fake newsy, co wolność słowa i opinie, z którymi się nie zgadzają.

Podatnicy nie chcą nowego JPK-VAT

Pomysł od początku ułomny prawnie

Życie na podsłuchu

Ceną za tę wygodę jest nasza prywatność