21.6 C
Warszawa
niedziela, 26 czerwca 2022

Wyrok za lajka

Koniecznie przeczytaj

Odpowiedzialność prawna nie ogranicza się tylko do publikowanych w Internecie komentarzy.

Ponad 15 tys. zł (4 tys. franków szwajcarskich) grzywny zasądził szwajcarski sąd od 45-latka, który „polubił” komentarze zawierające zniesławiające treści wobec obrońcy praw zwierząt. Wykonanie wyroku zawieszono, jednak sprawa wzbudziła olbrzymie zainteresowanie. Z kolei sąd w Izraelu nakazał zapłacić ok. 8,4 tys. zł (8 tys. szekli) za wiadomość zawierającą emotikonki, które miały wprowadzić w błąd oferującego wynajem mieszkania.

Drogi „lajk”

45-letni mężczyzna z Zurychu został skazany za zniesławienie będące następstwem „polubienia” wpisu innego użytkownika portalu społecznościowego Facebook, który to wpis oskarżał prezesa stowarzyszenia ochrony zwierząt „Vereins gegen Tierfabriken” Erwina Kesslera o antysemityzm i rasizm.

Do sytuacji doszło w 2015 r., zanim Facebook wprowadził alternatywne dla „Lubię to!” formy okazywania emocji – ikonkę serca, czyli „super”, roześmianą buzię – „ha ha”, zszokowaną buzię „wow”, smutną buzię „przykro mi” i zdenerwowaną buzię „wrr”.

Oskarżony miał wówczas „polubić” kilka wpisów opublikowanych na różnych grupach obrońców praw zwierząt na Facebooku. Wpisy te zawierały oskarżenia o antysemityzm i rasizm pod adresem Kesslera. Obrońca praw zwierząt pozwał zarówno autorów, jak i osoby „lajkujące” wpisy. „Lajkujący” wpis miał za pośrednictwem tej czynności (tj. polubienia wpisu), przyczynić się do rozprzestrzenia w Internecie oczerniającego Kesslera komentarza.

Orzekający kilka dni temu sąd uznał, że „lubiący” wpis oskarżony rozpowszechniał osąd wartości, który był krzywdzący dla pozywającego. Sędzia stwierdziła też, że „lubienie” wpisów jest równoznaczne z popieraniem ich treści.

Oskarżony nie był w stanie udowodnić, że wypowiedź, którą polubił, była prawdziwa. Co ciekawe, jak poinformowała „Rzeczpospolita”, prezes „Vereins gegen Tierfabriken” był w przeszłości (w 1998 roku) skazany za dyskryminację rasową, jednak sąd uznał, że nie oznacza to, że powinien być oskarżony o rasizm 20 lat później, bez aktualnych powodów.

Kara dla 45-latka wyniosła ponad 15 tys. zł (4 tys. franków szwajcarskich), ale jej wykonanie zawieszono.

Kosztowne emoji

Mniej szczęścia mieli oskarżeni w Izraelu. Sprawa zaczęła się od tego, gdy Yaniv Dahan postanowił wynająć mieszkanie. Umieścił ogłoszenie w Internecie i czekał. Wkrótce otrzymał wiadomość: „Dzień dobry (uśmiechnięta buźka) chcemy wynająć ten dom (emotikonki: taniec, para, „pokój”, kometa, wiewiórka, szampan) musimy tylko omówić szczegóły… Kiedy panu pasuje?” Emotikony (spopularyzowane w Japonii emoji) to graficzne przedstawienie m.in. uczuć lub nastrojów, popularne w wiadomościach tekstowych w Internecie. Po otrzymaniu tej wiadomości i nawiązaniu konwersacji Dahan zdjął swoje ogłoszenie, będąc przeświadczonym, że do transakcji dojdzie. Jednak wkrótce kontakt się urwał. Dahan nie zamierzał tego tak zostawić i wniósł sprawę do sądu, domagając się odszkodowania za wprowadzenie w błąd – powołując się przy tym na zachowanie niedoszłych najemców, które sprawiło, iż podjął odpowiednie kroki, chcąc doprowadzić do sfinalizowania umowy.

Jak informował pod koniec maja portal Bezprawnik.pl, sędzia orzekający w sprawie przyznał rację Dahanowi: „W wiadomościach wysyłanych przez pozwanych pojawiały się ikony takie jak: uśmiech, butelka szampana, tańczący ludzie oraz wiele innych. Wszystkie te ikony świadczą o dużym zainteresowaniu i entuzjazmie. Nie jest to jednoznaczne z zawarciem wiążącej umowy między stronami, ale naturalne było założenie powoda, że pozwani wynajmą jego lokal”.

Zasądził też, że wprowadzający w błąd muszą zapłacić Dahanowi 8 tys. szekli (ok. 8,4 tys. złotych).

O tym, że z emoji trzeba być ostrożnym, przekonał się również redaktor naczelny polskiego wydania tygodnika „Newsweek” Tomasz Lis. Lis po zamachu w Manchesterze opublikował na Twitterze wpis zawierający ikonki z płaczącymi buziami. Jednak były to buzie płaczące… ze śmiechu. Młodsi użytkownicy Twittera szybko wytknęli starszemu dziennikarzowi, że w trakcie umieszczania wiadomości wybrał niewłaściwe ikonki.

Awantura o udostępnienie

Polubienia i emotikonki/emoji nie są jedynymi źródłami konfliktów. Przekonał się o tym nauczyciel wychowania fizycznego z Zespołu Szkół Technicznych i Licealnych w Żaganiu, a jego sprawą żyły niemal wszystkie polskie media. Bartłomiej Woś udostępnił bowiem na swoim prywatnym koncie na portalu Facebook jeden z odcinków serialu komediowego „Ucho Prezesa”, autorstwa lidera Kabaretu Moralnego Niepokoju Roberta Górskiego, w których wyśmiewana jest obecna ekipa rządząca oraz rysunki satyryczne broniące Jerzego Owsiaka i Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Działania te nie spodobały się dyrektorowi szkoły, który zawiadomił o sprawie wojewódzką komisję dyscyplinarną. Sprawę ujawnił portal Zagan.dlawas.info, a następnie podchwyciły inne, ogólnopolskie media. Sprawa wypłynęła podczas sesji Rady Powiatu Żagańskiego i wywołał burzliwą dyskusję samorządowców. Niektórzy stanęli w obronie nauczyciela.

– Mogą mnie ukarać naganą, ale równie dobrze wyrzucić z pracy albo nawet wyrzucić z kilkuletnim bądź dożywotnim zakazem uprawiania zawodu. I za co? Za udostępnianie serialu, który ma kilkumilionową oglądalność na YouTube? Dla mnie to koszmar – komentował sytuację nauczyciel.Finał afery miał miejsce tydzień temu. Rzecznik dyscyplinarny napisał w uzasadnieniu, że Woś nie uchybił godności ani obowiązkom nauczyciela. – Wyniki postępowania nie potwierdziły, aby Bartłomiej Woś uchybił godności zawodu i obowiązkom nauczyciela. Udostępnianie na swoim prywatnym profilu różnych materiałów, treści, zdjęć, rysunków satyrycznych, nie jest jednoznaczne i tożsame z ich aprobowaniem – brzmi fragment uzasadnienia decyzji opublikowany na branżowym portalu WirtualneMedia.pl.

– Wreszcie koniec politycznego Muppet Show starosty i dyrektora. Chcieli w satyryczny sposób mnie pogrążyć, a stali się twarzą tragikomedii. Jestem przez to mocniejszy i będę robił dalej to, na co mam ochotę oczywiście – zgodnie z literą prawa – powiedział nauczyciel w rozmowie z portalem WirtualneMedia.pl.

Nie tylko użytkownicy

Odpowiedzialność za aktywność w Internecie biorą jednak nie tylko użytkownicy portali, ale i portale, na łamach których publikowane są treści komentarzy. Przekonał się o tym niedawno niemiecko-szwajcarski koncern Ringier Axel Springer – wydawca portalu dziennika „Fakt”.

Ringier Axel Springer tłumaczył, że o obraźliwych komentarzach na temat byłego wicepremiera mec. Romana Giertycha dowiedział się dopiero, gdy do wydawnictwa przesłano odpis jego pozwu. Wówczas wpisy zostały usunięte.

Mecenas dowodził, że wydawca musiał wiedzieć o komentarzach, gdyż zatrudnia moderatorów do ich usuwania. W toku procesu wyszło też na jaw, że portal ma automatyczny system, który według słów-kluczy wyszukuje takie treści i je usuwa.

W kwietniu Sąd Apelacyjny w Warszawie orzekł, że wydawca ma przeprosić mecenasa Romana Giertycha za tolerowanie obraźliwych komentarzy internautów pod jego adresem, publikowanych na portalu „Fakt”.

– SN przesądził dwie fundamentalne rzeczy: po pierwsze, że portal prasowy odpowiada za treść komentarzy zamieszczany pod artykułami prasowymi; po drugie, że to na wydawcy gazety internetowej spoczywa obowiązek udowodnienia okoliczności, że nie wiedział o komentarzu naruszającym dobra osobiste. (…) Dotychczasowa linia wszystkich sądów była taka, że portale nie odpowiadają za treść komentarzy ze względu na treść art. 14 ustawy o świadczeniach usług drogą elektroniczną, która zakłada brak odpowiedzialności, jeżeli portal nie miał wiedzy o treści komentarzy. Otóż powoływanie się na art. 14 jest od dziś możliwe tylko w sytuacji, gdy portal udowodni, że nie miał wiedzy o treści komentarza (…) Po siedmiu latach od chwili, gdy z Radkiem Sikorskim rozpoczęliśmy wojnę z hejterami, po dwóch niekorzystnych wyrokach Sądu Apelacyjnego, po dwóch korzystnych wyrokach Sądu Najwyższego doczekałem do końca sprawy przeciwko „Faktowi” o komentarze naruszające moje dobra osobiste. (…) Wyrok jest prawomocny i praktycznie nie do zmiany w SN (nie wolno wywodzić kasacji w oparciu o te zagadnienia, które rozstrzygał już SN). Myślę, że to moje największe sądowe zwycięstwo w życiu, bo trochę zmieni się środowisko medialne, w którym żyjemy – ocenił mec. Giertych.

Autor

Poprzedni artykułPolowanie na Intela
Następny artykułRodzina Putino

Najnowsze