29.9 C
Warszawa
niedziela, 26 czerwca 2022

Koniec ekologicznej ściemy

Koniecznie przeczytaj

W czasie swojej pierwszej europejskiej wizyty Donald Trump nieoczekiwanie wypowiedział paryskie porozumienie klimatyczne. Polska powinna jak najszybciej pójść w jego ślady.

Decyzja amerykańskiego prezydenta wywołała falę oburzenia w lewicowo-liberalnych mediach, które wypracowane w grudniu 2015 roku porozumienie między 195 krajami, określały mianem przełomowego w dziejach. Zebrani w Paryżu politycy z całego świata postanowili ograniczyć globalne ocieplenie poprzez redukcję emisji dwutlenku węgla i zahamowanie ocieplenia o co najmniej 2ºC. Gdy więc Trump w charakterystyczny dla siebie, bezpardonowy sposób wypowiedział porozumienie, politycy z całego świata błyskawicznie skrytykowali go za krótkowzroczność i lekceważenie problemów ekologicznych.

Jednym z najbardziej aktywnych krytyków Trumpa stał się nowy prezydent Francji, Emmanuel Macron, który jeszcze w czasie kampanii wyborczej wydawał specjalne odezwy do naukowców ze Stanów Zjednoczonych, aby wobec niechętnego stosunku ich prezydenta do idei globalnego ocieplenia przybywali prowadzić swoje badania nad Sekwaną. Gdy zaś Donald Trump ogłosił swoją decyzję, Macron zamieścił na swoim twitterowym koncie planszę z przerobionym hasłem wyborczym swojego adwersarza: „Uczyńmy naszą planetę ponownie wielką” (oryginalne hasło Trumpa brzmiało: „Uczyńmy Amerykę ponownie wielką”).

Wielka kasa

Choć oburzenie mediów i polityków na decyzję Trumpa jest ogromne, warto pamiętać, że treść porozumienia klimatycznego z 2015 roku jest dość ogólnikowa i poza śmiałymi i ambitnymi deklaracjami nie zawiera żadnych istotnych szczegółów dotyczących tego, w jaki sposób najważniejsze państwa świata zamierzają osiągnąć wyznaczone cele. Do tej pory ustalono jedynie, że porozumienie wejdzie w życie, jeśli ratyfikuje je 55 państw odpowiadających za minimum 55 proc. globalnej emisji gazów cieplarnianych. Pierwotnie planowano, że mechanizm ograniczania tzw. globalnego ocieplenia wejdzie w życie przed 2020 rokiem, lecz wobec wypowiedzenia umowy przez Stany Zjednoczone, które są obok Chin największym „trucicielem”, proces ten bez wątpienia się wydłuży, jeśli w ogóle będzie mu dane wejść kiedyś w życie.

Wydaje się, że kluczowym zapisem zawartego przed dwoma laty porozumienia są plany przeznaczenia przez najbogatsze państwa (G20) łącznie aż 100 mld dolarów do 2020 roku na pomoc dla krajów rozwijających się tak, aby było je stać na zrestrukturyzowanie swojego przemysłu oraz energetyki. W dłuższej perspektywie mówi się o sumach wielokrotnie wyższych (ONZ przekonuje, że potrzebna jest nawet wielokrotność tej sumy).

Jak powszechnie wiadomo, za wieloma teoriami głoszonymi przez autentycznie zatroskanych o losy planety ekologów, stoją wielkie pieniądze korporacji zarabiających wielkie pieniądze na publicznych zamówieniach i ekologicznych przepisach zmuszających konsumentów do korzystania z nowych technologii. Znamienne więc, że główne amerykańskie korporacje oraz liderzy biznesu (począwszy od Elona Muska, poprzez General Electric, a skończywszy na Shell) wyraziły ubolewanie z powodu decyzji Trumpa. Oznacza ona bowiem, że obiecane jeszcze w czasach Baracka Obamy ogromne pieniądze na „walkę z globalnym ociepleniem” zostaną wstrzymane. Amerykańskie firmy mogą wciąż oczywiście liczyć na intratne kontrakty w krajach rozwijających się, lecz najbardziej hojny zleceniodawca na świecie właśnie dał wyraźny sygnał, że pieniądze amerykańskich podatników nie zostaną przeznaczone na rzekome ratowanie ziemi.

Paryska konferencja z 2015 roku była nazywana przełomową przede wszystkim dlatego, że udało się osiągnąć porozumienie wiążące najważniejsze potęgi świata, w tym Chiny i Rosję. Polityczni liderzy zakładali zapewne, że osiągnięte porozumienie będzie stanowiło wstęp do o wiele bardziej śmiałych projektów, lecz wyłom dokonany przez Trumpa sprawił, że cały projekt znalazł się w stanie zawieszenia. W tym świetle zupełnie nieoczekiwany przebieg może mieć planowany na przyszły rok kolejny szczyt klimatyczny, który ma się odbyć w Katowicach (COP24). Polska znajdzie się na nim w wyjątkowo dziwnej roli, gdyż jako gospodarz będzie musiała animować rozmowy na temat przyszłości w obliczu największej klęski całego projektu, jakim była decyzja Trumpa.

Dwuznaczna postawa PiS

Postawa rządu Beaty Szydło w zakresie polityki klimatycznej budzi jak do tej pory wiele wątpliwości. Mając na uwadze to, jak wcześniej rząd Ewy Kopacz przystał na skrajnie niekorzystne dla Polski zasady redukcji emisji dwutlenku węgla o 30 proc. do 2030 roku, Prawo i Sprawiedliwość powinno było wyciągnąć odpowiednie wnioski i skrzętnie wycofywać się ze wszelkich porozumień klimatycznych, które tradycyjnie służą interesom państw silniejszych od Polski. Gdy Polska przystępowała do Unii Europejskiej, wymogi dotyczące emisji CO2 posiadały jeszcze minimalne znaczenie, lecz w ciągu zaledwie kilku lat Bruksela zdecydowanie zmieniła swoją politykę w tym zakresie. W analogiczny sposób trudno jest oczekiwać, aby przystąpienie do globalnego paktu klimatycznego pod dyktatem państw z grupy G20 mogło się kiedyś zakończyć czymś korzystnym dla Polski.

Być może polityka rządu Beaty Szydło opiera się na przekonaniu, że wspomniane już wcześniej środki dla państw rozwijających się pozwoliłyby Polsce na realizację projektów energetycznych, które poprawiłyby kondycję oraz strukturę polskiej energetyki. Z wypowiedzi przedstawicieli rządu można także wnioskować, że swoją szansę upatrują w tym, iż zalesiając coraz większe połacie kraju, uzyskają większy „przydział” emisji gazów cieplarnianych. Problemem pozostaje jednak to, że nie znamy jeszcze żadnych dokładnych mechanizmów, które pozwoliłyby ocenić, na ile tego typu strategia mogłaby faktycznie przynieść powodzenie.

O wiele bardziej prawdopodobny wydaje się natomiast scenariusz, w ramach którego narzucane przez kolejne szczyty klimatyczne przepisy i regulacje narzucą Polsce konieczność wcielania niekorzystnych dla jej gospodarki rozwiązań. Co więcej, przepisy te zostaną najprawdopodobniej zaprojektowane w taki sposób, aby takie kraje jak Polska były zmuszone do zakupu technologii z Zachodu. Przykładem działania tego mechanizmu jest choćby wymuszona na Polsce przez Unię Europejską specjalna ustawa z 2011 roku, która ustanowiła nowe zasady recyklingu oraz spalania śmieci. Aby spełnić jej wymogi, powstało 6 nowych, wielkich spalarni działających na podstawie francuskich technologii i budowanych we współpracy z francuskimi inwestorami. Co ciekawe, to właśnie Francja najsilniej lobbowała na rzecz wprowadzenia tych rzekomo służących naturze rozwiązań prawnych.

Kolejnego przykładu dostarczają także unijne przepisy narzucające funkcjonowanie tzw. rynku certyfikatów uprawniających do emisji dwutlenku węgla. Wymierzone w Polskę prawo zmusza Polskę do ograniczania wydobycia węgla, lecz także stwarza ogromną presję na zakup technologii pozwalających pozyskiwać energię z odnawialnych źródeł, których, oczywiście całkowicie przypadkowo, zasadniczymi eksporterami są kraje zachodnie, które narzuciły nowe przepisy całej wspólnocie europejskiej.

Polska powinna więc wziąć przykład z amerykańskiego prezydenta, który z jednej strony zaszkodził potężnym korporacjom, ale jednocześnie zadziałał na korzyść amerykańskich podatników. Polska nie ma własnych potężnych korporacji, więc powinna przynajmniej troszczyć się o własnych podatników. Bez wątpienia pozycja Stanów Zjednoczonych jest nieporównywalnie silniejsza niż Polski i dlatego stać je na samodzielne opuszczenie porozumienia, w którym uczestniczy niemal cały świat, lecz nie warto też wychodzić przed szereg. Polska dyplomacja żyje wciąż zapewne traumą porażki w stosunku 27:1 przy okazji wyborów przewodniczącego Rady Europejskiej, ale w kwestii rzekomej walki z globalnym ociepleniem warto się postawić, gdyż niewykluczone, że już w przyszłym roku na szczycie w Katowicach wystawiony nam zostanie spory rachunek za naiwność.

Autor

Poprzedni artykułRodzina Putino
Następny artykułJak grają Polacy

Najnowsze