14.7 C
Warszawa
wtorek, 4 października 2022

Szpitale ponad wszystko

Koniecznie przeczytaj

W odbiorze społecznym największym problemem służby zdrowia w Polsce jest nierozwiązana kwestia lekarzy-rezydentów. Tymczasem na o wiele większą uwagę zasługują fundamentalne zmiany w zakresie finansowania przychodni i szpitali.

Liczne przecieki okazały się prawdziwe, i rekonstrukcja rządu pozbawiła stanowiska dotychczasowego ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła. Od wielu miesięcy jego polityczne notowania w kierownictwie PiS wyraźnie spadały, a strajki młodych lekarzy uczyniły z niego bodajże najbardziej nielubianego ministra w rządzie.

Paradoksalnie jednak urzędujący od ponad dwóch lat były prezes Naczelnej Rady Lekarskiej nie zasłużył wcale na tak złą opinię sposobem, w jaki poradził sobie z kryzysem rezydenckim, lecz zupełnie innymi zmianami w zakresie służby zdrowia, które nie wzbudzają obecnie żadnych większych kontrowersji. Zmiany te dziwnym zbiegiem okoliczności nie przykuwają uwagi mediów, choć lada dzień mogą wywołać ogromne zamieszanie.

Ukrócić „prywatę”

Na posiedzeniu Sejmu w dniu 24 listopada ubiegłego roku niemal jednogłośnie przyjęto projekt uchwały zwiększającej nakłady na służbę zdrowia do sześciu procent PKB. Wszystkie partie i kluby parlamentarne chętnie wystąpiły w roli dobrodziejów społeczeństwa, lecz najwyraźniej nikt nie wnikał w to, w jaki sposób władza zamierza zrealizować wspomniany cel. W przypadku Prawa i Sprawiedliwości wiadomo już, że pomysł tej partii na poprawę kondycji służby zdrowia sprowadza się do zwiększania nakładów, a dokładniej rzecz biorąc do pompowania pieniędzy w publiczne szpitale.

W zakresie służby zdrowia „dobra zmiana” wyszła z założenia, że najłatwiej jest wyrzucić dziecko razem z kąpielą. Wskazując na fakt, że w czasach rządów koalicji PO-PSL wokół opieki medycznej robiono wiele niejasnych interesów, postanowiono zerwać ze wszystkimi dotychczasowymi patologiami, usuwając sektor prywatny z obszaru podstawowych świadczeń zdrowotnych. Minister Radziwiłł zapomniał jednak, że udział podmiotów prywatnych w leczeniu przyniósł Polakom wiele dobrego, a jeśli za poprzednich rządów wyrosło wiele patologii, to trzeba walczyć właśnie z nimi, a nie z sektorem prywatnym jako takim.

Jednym z filarów „dobrej zmiany” w służbie zdrowia ma być stworzenie sieci szpitali, które wedle założeń powinny przejąć na siebie ciężar zapewniania usług zdrowotnych. Na specjalnej liście znalazło się 319 placówek, które mają się przekształcić w swego rodzaju super-przychodnie, oferujące Polakom usługi, które obecnie świadczone są przez w większości prywatne przychodnie działające na podstawie kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia. Radziwiłł zapowiedział, że NFZ ma zostać zlikwidowany (w tej chwili są już spore opóźnienia w tym zakresie), a rozdział środków ma być dokonywany przede wszystkim przez Ministerstwo Zdrowia.

Motywy wprowadzenia oficjalnej sieci szpitali są zatrważające. Jeszcze przed zwycięskimi wyborami politycy PiS mówili otwarcie, że pomysł ten ma na celu wyeliminowanie lub znaczące ograniczenie konkurencji pomiędzy poszczególnymi placówkami. Innymi słowy, minister Radziwiłł celowo przeciwdziałał mechanizmowi, który pod każdą szerokością geograficzną wpływa pozytywnie na jakość świadczonych usług i chroni konsumentów przed kiepską jakością usług.

Centralne planowanie

Podmioty realizujące kontrakt z NFZ już w tej chwili otrzymują coraz wyraźniejsze sygnały, że już wkrótce ich obowiązki (i fundusze) przejmą szpitale. Prywata ma być ukrócona i zastąpiona centralnym planowaniem, gdyż minister Radziwiłł od samego początku swojego urzędowania zablokował wszelkie procesy komercjalizacji i prywatyzacji szpitali. Pomimo naprawienia kondycji dziesiątek szpitali w całej Polsce przez wprowadzenie bardziej komercyjnego modelu działania oraz ograniczenia niepotrzebnych wydatków, minister uznał arbitralnie, że ten „eksperyment” się nie sprawdził. W ramach jego wizji o wszystkim miała decydować polityczna centrala, rozdzielająca środki z pominięciem szczebli lokalnych. Jest to zresztą typowy sposób działania partii Kaczyńskiego, która mając relatywnie słabe struktury lokalne i brak oparcia we władzach samorządowych dużych miast, stara się skupić możliwie jak najwięcej kompetencji w Warszawie.

Jeszcze większa centralizacja w zakresie rozdziału środków spowoduje niewątpliwie przyrost kolejek, do których Polacy zdążyli już się dawno przyzwyczaić. Nieco inne skutki przyniesie ze sobą próba walki z prywatnym outsourcingiem w państwowych szpitalach. Wedle najnowszej interpretacji przepisów skarbowych, do usług podmiotów prywatnych świadczących usługi cateringowe czy też odpowiedzialnych za sprzątanie trzeba będzie doliczyć dodatkowo 23 proc. VAT. Oznacza to, że szpitale, zamiast wynajmować firmy zewnętrzne, będą zmuszone zwiększyć zatrudnienie i stworzyć odpowiednie wydziały odpowiadające za poszczególne prace.

W praktyce oznacza to cofnięcie szpitali do czasów PRL, gdy tego rodzaju placówki były wielkimi i bardzo nieefektywnymi kombinatami oferującymi kiepskiej jakości usługi. Przyzwyczajeni do wielu zmian, jakie spowodowała w ostatnich latach częściowa komercjalizacja szpitali i dopuszczenie prywatnych podwykonawców, nawet nie pamiętamy, jak bardzo uciążliwa była szpitalna rzeczywistość w czasach realnego socjalizmu, którego restauracji w zakresie służby zdrowia najwyraźniej bardzo pragnie Prawo i Sprawiedliwość.

Przyglądając się całokształtowi zmian, które wprowadzono pod rządami ministra Konstantego Radziwiłła, całkowicie zrozumiałe wydaje się, że rząd chce przeznaczyć jeszcze więcej pieniędzy na służbę zdrowia. Ograniczając udział podmiotów prywatnych, dokonując centralizacji w zakresie wydawania środków budżetowych oraz likwidując outsourcing, doprowadzi się do jeszcze większego marnotrawstwa. Dodatkowe miliardy na służbę zdrowia nie zostaną spożytkowane na zwiększenie jakości usług, lecz na łatanie dziur w coraz mniej efektywnym systemie.

Zakazać kolejek

Najlepszą ilustrację sposobu myślenia Radziwiłła stanowiła jego niedawna wypowiedź dla stacji telewizyjnej TVN24. Zdradził w niej dziennikarzom, że kierowany przez niego resort na poważnie rozważa wprowadzenie ustawowo określonego limitu maksymalnego czasu oczekiwania pacjentów na świadczenie medyczne. W świecie odchodzącego ministra najwyraźniej wszystko dało się osiągnąć przy pomocy odpowiedniej ustawy: jeśli skutkiem funkcjonowania niektórych ustaw są kolejki, to należy ich tylko zakazać.

Jedyna nadzieja dla Polaków jest taka, iż następca Radziwiłła, prof. Łukasz Szumowski nie będzie patrzył na rzeczywistość przez różowe okulary, tylko twardo stąpać po ziemi. Biorąc pod uwagę to, że Jarosław Kaczyński będzie oczekiwał podobnego podejścia do służby zdrowia od każdego, podległego mu ministra zdrowia, Szumowski musi być kimś, kto będzie potrafił zachować pozory wcielania w życie socjalizmu w służbie zdrowia, a jednocześnie umiejętnie współpracował z sektorem prywatnym. Bez szybkiej korekty obranego kursu wszystkich Polaków czekają wkrótce spore uciążliwości. Za błędy Radziwiłła będziemy płacili jeszcze przez długie lata.

To, co dzieje się w państwowej służbie zdrowia pod rządami „dobrej zmiany” stanowi odbicie reform dokonywanych w wielu innych obszarach, jak choćby w dziedzinie edukacji. Partia Jarosława Kaczyńskiego z wielkim zapałem stara się wszędzie wprowadzić własny model sprawiedliwości oparty na egalitaryzmie i ograniczaniu mechanizmów rynkowych. Usprawiedliwiając się koniecznością walki z uwłaszczonymi, postkomunistycznymi elitami, które po 1989 roku zaczęły odgrywać rolę „sektora prywatnego”, PiS metodą małych kroków ogranicza wolności w wielu dziedzinach oraz zastępuje mechanizmy rynkowe centralnym planowaniem. W przypadku służby zdrowia rząd nabrał szczególnej śmiałości, bo nie napotyka większej krytyki poza wspomnianą kwestią rezydentów.

Autor

Poprzedni artykułZielone miliardy
Następny artykułE-sportowa ekspansja

Najnowsze