25.7 C
Warszawa
poniedziałek, 4 lipca 2022

Świat bez wstydu

Koniecznie przeczytaj

Świat polskich mediów pozwala istnieć skompromitowanym bohaterom.

Facet na lotni rozbija się o stołeczny Pałac Kultury. Przechodzień patrzy i smutno komentuje „jaki kraj, tacy terroryści”. Ten żarcik furorę robił w Polsce tuż po zamachach 11 września 2001 r., gdy w wieże WTC wbiły się dwa samoloty pasażerskie. Czarny humor, jak czarny humor, ale zasada bylejakości w Polsce niestety wciąż obowiązuje. W zasadzie żaden polityk, przedsiębiorca, celebryta, tudzież osoba publiczna nie jest w stanie się skompromitować na tyle, aby zasłużyć na publiczny ostracyzm. Zawsze znajdą się ci, którzy go przyjmą. Nie istnieje u nas coś takiego jak ogólne pojęcie smaku. Rzeczywistość publiczna pełna jest więc rozmaitych indywiduów, które z racji tego, co z ich sprawek wyszło na jaw, nie powinny publicznie zabierać głosu.

Takim przykładem jest właściciel tygodników „Wprost” i „Do Rzeczy” Michał Lisiecki. Kilka lat temu „Gazeta Finansowa” ujawniła, że Lisiecki odwiedza szefów dużych spółek i państwowych urzędów proponując im współpracę promocyjną. Niby nic nagannego, ale okazywało się, że ofertom towarzyszyły różne niejasne i dwuznaczne sugestie. Takie na poły z kiepskiego gangsterskiego filmu. W tekście padły mocne porównania zachowania wydawcy „Wprost” do człowieka, który niszczy szybę wystawową w sklepie, aby później przyjść i zaproponować ochronę przed chuliganami. Lisiecki poczuł się urażony i pozwał „Gazetę Finansową” do sądu. Sprawę przegrał zarówno w procesie cywilnym, jak i karnym. Sądy uznały, że porównanie do przestępczych zachowań, chociaż dla niego jest bolesne, to niewątpliwie jest uzasadnione.

W międzyczasie wyszły na jaw inne sprawy. Jak chociażby takie, że Lisiecki w 2012 r. wspierał oszusta Marcina P. założyciela piramidy finansowej Amber Gold. Wsparcie medialne, które media Lisieckiego dały P., ewidentnie opóźniły wyjaśnienie afery i robiły poszkodowanym mętlik w głowie. Stenogramy i nagrania w tej sprawie także ujawniła „Gazeta Finansowa”. Lisiecki wobec takich wyroków sądów, dowodów w postaci nagrań jego rozmów z Marcinem P., czy też notatek szefa PKP do CBA, który skarży się na jego działalność, nie tylko nie powinien funkcjonować w wymiarze publicznym, ale jego zachowanie powinno stać się przedmiotem oceny prokuratorów czy nie popełnił przestępstwa, próbując zmuszać szefów spółek do wydawania u niego milionów złotych. Kompromitacje Lisieckiego nie przeszkadzają dziennikarzom jego tytułu „Do Rzeczy”, którzy na sztandarach mają wypisane, jak bardzo są niepokorni i sprawiedliwi. Faktycznie zaś swoją pracą wzbogacają człowieka o reputacji tak fatalnej, że gorszą w polskich mediach mieć naprawdę trudno. Okazuje się, że świat polskich mediów pozwala takim skompromitowanym bohaterom istnieć. To naprawdę duży błąd. Jeżeli nie należałoby ich skazywać, przynajmniej na ostracyzm za to, co robili, z czysto moralnych pobudek, to zróbmy to z powodów bardziej prozaicznych: za głupotę, że dali się przyłapać. Brak takich konsekwencji działa rozzuchwalająco.

Autor

Najnowsze