14.9 C
Warszawa
czwartek, 6 października 2022

Rozwód po chińsku

Koniecznie przeczytaj

Maleją szanse na to, że Chiny staną się naszym strategicznym partnerem gospodarczym.

Dzisiaj można przyjąć, że Państwo Środka uzna Polskę za kraj jednoznacznie pozostający w strefie gospodarczych i politycznych wpływów USA.

W pierwszych dniach stycznia funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego (ABW) dokonali zatrzymania Polaka i Chińczyka pod zarzutem współpracy z chińskimi służbami specjalnymi. Pierwszy z nich – Piotr D. to były wysoki oficer ABW, który był wiceszefem Departamentu Bezpieczeństwa Teleinformatycznego (DBT) i przez jakiś czas doradzał nawet samemu jej szefowi – generałowi Krzysztofowi Bondarykowi. Z ABW odszedł w 2011 r. i później pracował w kilku instytucjach, wśród których były m.in. Wojskowa Akademia Techniczna (WAT), Urząd Komunikacji Elektronicznej (UKE), oraz firma Orange Polska. Z kolei zatrzymany Chińczyk, Weijing W., to jeden z dyrektorów polskiego oddziału chińskiego koncernu Huawei, mieszkający w naszym kraju od 13 lat. Najpierw pracował w Konsulacie Generalnym Chińskiej Republiki Ludowej w Gdańsku, a potem w polskim oddziale Huawei, gdzie początkowo odpowiadał za public relations, a potem został dyrektorem sprzedaży. Miał zajmować się sprzedażą produktów swojej firmy instytucjom z naszego sektora publicznego. Zdaniem ABW zatrzymani mieli współpracować z chińskimi służbami specjalnymi. Nie do końca wiadomo, na czym ta współdziałanie miało polegać, ale ABW twierdzi, że ma mocne dowody zdobyte w wyniku prowadzonych działań operacyjnych. Wspólnik Wejinga W. czyli Piotr D. miał w przeszłości dostęp do wielu kluczowych informacji, np. dotyczących funkcjonowania Sieci Łączności Rządowej (SŁR), z której m.in. korzystają najważniejsze osoby w naszym państwie. Nieoficjalnie mówi się zaś o tym, że zatrzymanie szpiegów odbyło się na polecenie Amerykanów. Znając relacje pomiędzy naszymi i służbami amerykańskimi, nie można wykluczyć takiej możliwości.

Amerykańska presja
Już w ubiegłym roku można było być pewnym, że wokół chińskiego Huawei wybuchnie kolejna afera szpiegowska. Gdy latem ubiegłego roku rozpoczęła się wojna handlowa pomiędzy USA a Chinami, amerykańskie władze zaczęły ostrzegać swoich sojuszników przed korzystaniem z urządzeń produkowanych przez chińskiego giganta telekomunikacyjnego. Użytkowanie urządzeń produkowanych przez Huawei ma się wiązać z poważnym zagrożeniem, ponieważ chińskie służby wykorzystują je do elektronicznego szpiegowania. Zdaniem Amerykanów, mają, nie tylko mogą, kraść informacje, i je modyfikować. Takie ostrzeżenia wygłaszali m.in. szefowie najważniejszych amerykańskich agencji wywiadowczych i kontrwywiadowczych (CIA, FBI i NSA). Presja zaczęła przynosić oczekiwane rezultaty. 1 grudnia 2018 r. kanadyjskie służby zatrzymały na lotnisku w Vancouver Meng Wanzhou, wiceprezes i córkę założyciela koncernu Huawei. Miało do tego dojść na pisemną prośbę władz amerykańskich. Formalnie Meng Wanzhou została oskarżona przez Kanadyjczyków o łamanie sankcji nałożonych na Iran, za co grozi jej 30 lat wiezienia. Nieoficjalnie jednak chodziło o to, że Meng Wanzhou miała ułatwiać chińskim służbom proceder szpiegowania Kanadyjczyków i Amerykanów.

Ostatecznie wiceprezes Huawei została zwolniona z aresztu za kaucją i czeka na proces w Kanadzie. Chińskie władze zagroziły rządowi w Ottawie „poważnymi konsekwencjami”, jeśli Wanzhou natychmiast nie znajdzie się na wolności. Aresztowały także 13 obywateli Kanady, wśród których znalazł się m.in. były wicekonsul, a obecnie pracownik opiniotwórczego think-tanku International Crisis Group (ICG) Michael Kovrig, czy też biznesmen i organizator wyjazdów turystycznych do Korei Północnej Michael Spavor. Retorsje spotkały również przebywających w chińskich aresztach i więzieniach obywateli Kanady (jest ich dzisiaj prawie 200). M.in. chiński sąd apelacyjny zaostrzył karę Robertowi Lloydowi Schellenbergowi, którego wcześniej skazano za próbę przemytu narkotyków. Możemy się zatem także spodziewać od Chin „poważnych konsekwencji”. Nie należy wykluczać, że za jakiś czas kilku polskich dyplomatów zostanie aresztowanych przez chińskie służby, ich działalność zostanie uznana bowiem za godzącą w bezpieczeństwo narodowe Państwa Środka. Taki ruch będzie jednak zapowiedzią nowego kierunku polityki Pekinu wobec Warszawy.

Kurs na Chiny
Gdy w 2015 r. PiS przejęło władzę, można było odnieść wrażenie, że Chiny stają się strategicznym partnerem naszego kraju. W listopadzie 2016 r. prezydent Andrzej Duda wziął udział w spotkaniu grupy 16+1 (państwa Europy Środkowo-Wschodniej i Chiny), jakie miało miejsce w chińskim mieście Suzhou. Chińczycy wysłali wtedy stronie polskiej sygnał, że Europa Środkowo-Wschodnia jest dla nich bardzo ważna, bo region ten ma wiele atutów i może stanowić w przyszłości swoiste przedpole do ofensywy gospodarczej Chin na rynek Unii Europejskiej. Sugerowali także, że mogą na ten cel przeznaczyć miliardy dolarów. Prowadzone były również rozmowy na temat Nowego Jedwabnego Szlaku, który miał obejmować modernizację i budowę połączeń lądowych i morskich pomiędzy Chinami a krajami Europy Środkowo- Wschodniej, przede wszystkim Polską. Jednym z kluczowych elementów projektu Nowego Jedwabnego Szlaku miała być budowa terminala kontenerowego w Łodzi. Na temat Nowego Jedwabnego Szlaku Andrzej Duda rozmawiał z chińskim premierem Li Keqiangiem, a także chińskim prezydentem Xi Jinpingiem.

Polski prezydent w czasie swojej wizyty w Chinach podjął również inicjatywę, aby nasz kraj miał swojego przedstawiciela w Azjatyckim Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (ABII). Doszło także do podpisania porozumień o współpracy pomiędzy polskim BGK i chińskim bankiem ICBC, a także pomiędzy ICBC a Polską Agencją Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIiIZ). Latem 2017 r. miała miejsce rewizyta chińskiego prezydenta Xi Jinpinga. Andrzej Duda zadeklarował, że Polska w aspekcie gospodarczym chce być dla Chin „swoistą bramą do Europy”. Xi Jinping i jego ludzie spotkali się również z premier Beatą Szydło oraz szefami kluczowych resortów gospodarczych jej rządu. W obecności prezydentów Polski i Chin podpisanych zostało wówczas łącznie kilkanaście dokumentów dotyczących wzajemnej współpracy, m.in. eksportu polskich produktów żywnościowych do Chin, uznawania dyplomów, ułatwień w odprawach celnych, oraz inwestycji. W obecności obydwu prezydentów otwarto również w Warszawie linię kolejową mającą łączyć Chiny z Europą. Chiński prezydent wziął również udział w odbywającym się w Warszawie Międzynarodowym Forum Nowego Jedwabnego Szlaku. W jego trakcie premier Szydło zapewniła stronę chińską, że Polska jest naturalnym partnerem dla Chin a polsko-chińska współpraca będzie korzystna dla obydwu stron. Wyglądało więc na to, że zmierzamy do nawiązania bliskich relacji gospodarczych. Ich zwolennikiem była premier Beata Szydło oraz wicepremier Mateusz Morawiecki, którego prawdziwym „oczkiem w głowie” są kolejne inwestycje. Morawiecki liczył, że uda się je zrealizować właśnie dzięki chińskiemu kapitałowi. Chińczycy mieli również pomóc w modernizacji naszej infrastruktury komunikacyjnej.

Nici z planów
Niewiele już dziś pozostało z tych wielkich zamiarów. Sami zrobiliśmy wiele, aby je przekreślić. Zaczęliśmy je niszczyć już wtedy, kiedy ze strony przedstawicieli polskich władz padały pod adresem Pekinu jak najcieplejsze słowa. Już na kilka dni przed wizytą Xi Jinpinga doszło do zablokowania budowy projektu Kanału Śląskiego, który miał być częścią większego projektu wodno-komunikacyjnego, czyli połączenia Odry i Dunaju z centralnym portem śródlądowym na terenie Czech. Chińczycy chcieli sfinansować ten projekt, byli bowiem przekonani, że mógłby on być dopełnieniem Nowego Jedwabnego Szlaku. Sprawa budowy Kanału Śląskiego nabrała realnego kształtu, gdy w kwietniu 2016 r. podpisana została wstępna umowa w tej sprawie pomiędzy wojewodą małopolskim a przedstawicielami China Harbour Engineering Company LTD (CHEC). Wtedy do akcji wkroczył ówczesny ambasador USA w Polsce Paul W. Jones, który zablokował jej realizację, twierdząc, że inwestycja może zagrażać interesom amerykańskim w Europie.

Jones podnosił również, że chiński koncern CHEC znajduje się na czarnej liście firm, które miały dopuszczać się korupcji i oszustw. Strona polska, mając w perspektywie realne pogorszenie się stosunków z Waszyngtonem, postanowiła wycofać się z budowy Kanału Śląskiego. Pół roku później w styczniu 2017 r. wysłaliśmy Chińczykom nowy sygnał. Agencja Mienia Wojskowego (AMW) zrezygnowała się ze sprzedaży należącej do niej działki w Łodzi usytuowanej w Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Jej kupnem była zainteresowana polsko-chińska spółka, która chciała tam wybudować terminal kontenerowy, w którym byłyby przeładowywane towary z Chin. Inwestycja miała być znaczącym impulsem dla całej polskiej gospodarki. Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego AMW, która podlega szefowi MON (wówczas Antoniemu Macierewiczowi), wycofała się z tego projektu. Aresztowanie dyrektora Huawei – flagowego chińskiego koncernu – jest jednak zdecydowanie najmocniejszym gestem. Nie tylko mówi o tym, że nie chcemy już bliższej współpracy, ale wręcz podejrzewamy Chiny o szpiegowanie naszego kraju. Co więcej, całą sprawę zauważyły globalne media. W Pekinie po aresztowaniu Weijinga W. zawrzało, chociaż sami Chińczycy starają się nie okazywać w polityce emocji.

Linia frontu
Nie da się ukryć, że Polska nie jest jedynym krajem, w którym mocno zderzyły się sprzeczne interesy Chin i USA. Wystarczy wspomnieć o Egipcie, gdzie w styczniu 2011 r. doszło do wybuchu rewolucji. Rewolta podniosła się dokładnie po tym, jak prezydent Mubarak, finansowany wcześniej przez Waszyngton, wpuścił do swojego kraju chińskie firmy. Niewątpliwie podobny kontekst widzimy w przypadku Polski, która miała szansę na nawiązanie współpracy gospodarczej z Chinami. Takiego scenariusza najwyraźniej obawiali się Amerykanie, dla których Warszawa ma pozostać w strefie ich wpływów. Naciski ambasadora USA na stronę polską, aby ta odstąpiła od realizacji budowy z Chińczykami Kanału Śląskiego czy też aresztowanie dwóch chińskich szpiegów niewątpliwie dowodzą, że jesteśmy państwem znajdującym się pod ścisłą kuratelą USA. Nie oznacza to wcale, że będziemy mogli z tego faktu czerpać korzyści. Wręcz przeciwnie: zyski, zwłaszcza gospodarcze, są niewielkie, żeby nie powiedzieć żadne.

Amerykanie nie inwestują w naszym kraju. Głównie dlatego, że jesteśmy krajem położonym na wschodniej rubieży NATO, graniczącym z Rosją i Ukrainą. Krótko mówiąc, jesteśmy państwem podwyższonego ryzyka. Swoistym wyjątkiem jest PZL Mielec, należący do Sikorsky Aircraft Corporation. Jednak amerykański gigant lotniczy nie produkuje w Mielcu w całości żadnej ze swoich maszyn a jedynie ich elementy. Amerykanie nie zainwestują w Polsce jeszcze z innego powodu. Doświadczenia amerykańskich firm nie są bowiem najlepsze. Niekorzystne warunki prawne i potężne bariery urzędnicze sprawiły, że przed paroma laty z naszego kraju wycofały się amerykańskie koncerny paliwowe Chevron i Exon Mobil, zainteresowane niegdyś wydobywaniem gazu z polskich łupków. Nie oznacza to jednak, że kompletnie nie liczymy się dla Amerykanów. Polska ma dla USA znaczenie polityczne, nie tylko w relacjach z Rosją i Chinami, lecz także z Brukselą. Zupełnie inaczej jest z Pekinem, dla którego Warszawa mogłaby być ważnym przyczółkiem w ekspansji gospodarczej. Dla samej Polski nawiązanie bliższej współpracy gospodarczej z Chinami na pewno stałoby się potężnym impulsem, który mógłby rozpędzić rodzimą gospodarkę. Projekt Nowego Jedwabnego Szlaku i inne przedsięwzięcia, oznaczałyby potężny napływ kapitału, wiele nowych inwestycji, a co za tym idzie, także i miejsc pracy. Jednak szansa na strategiczną współpracę z Państwem Środka wydaje się mijać bezpowrotnie. Jest bowiem zwykle tak, że gdy w relacjach pomiędzy dwoma państwami pojawia się kwestia szpiegostwa, wszelkie plany współpracy biorą w łeb.

Autor

Najnowsze