1.6 C
Warszawa
wtorek, 29 listopada 2022
Advertisement

Chory człowiek Ameryki

Koniecznie przeczytaj

Wszyscy stawiają kluczowe pytanie, jak rozwinie się sytuacja w Wenezueli?

Na to pytanie nie ma jednak jednoznacznej odpowiedzi. Zbyt wiele zależy bowiem od postawy największych światowych graczy i ich działań wobec tego kraju.

Od kilku tygodni serwisy informacyjne zdominowane zostały przez doniesienia z Wenezueli. Zwłaszcza po tym, jak lider tamtejszej opozycji, a zarazem szef parlamentu Juan Guaido zwrócił się do swoich sympatyków znamiennymi słowami „Zmiana władzy jest już blisko”, wzbudzając ich aplauz. Guaido podziękował również za poparcie generałowi Francisco Yanezowi z sił powietrznych. Do podobnych, ale mniejszych demonstracji przeciwko władzy urzędującego prezydenta Nicolasa Maduro doszło również poza Caracas. Wenezuelska opozycja od miesiąca domaga się nie tylko ustąpienia głowy państwa, lecz także nowych wyborów i wyłonienia rządu, który podjąłby działania chroniące Wenezuelę przed bankructwem. Demonstrowali również zwolennicy Maduro, oskarżanego przez opozycję o sfałszowanie wyborów prezydenckich w maju ubiegłego roku. Sam prezydent uważa, że zarzuty opozycji są bezpodstawne i nie zamierza rezygnować z władzy. Proponuje jedynie przeprowadzenie nowych wyborów do Zgromadzenia Narodowego, bo obecne jest w jego ocenie zbyt „burżuazyjne”. Obie strony wenezuelskiego konfliktu mogą liczyć na poparcie z zagranicy. Najważniejsi światowi gracze już zaangażowali się w ten konflikt. Czuć też rosnące w samej Wenezueli napięcie, które może doprowadzić do krwawej rewolucji, o ile wcześniej nie będziemy mieli do czynienia z interwencją któregoś z mocarstw.

Sytuacja Wenezueli
Wenezuela kojarzyła się nam kiedyś ze spokojnym państwem i to nie wcale takim biednym. Wiedzieliśmy, że czerpie zyski ze sprzedaży ropy naftowej. Cierpiała wprawdzie na wiele politycznych i społecznych chorób, jak np. zamachy stanu, obecność różnej maści lewackich partyzantek, czy znaczące nierówności społeczne, ale z takimi zjawiskami od dziesiątek lat spotykamy się we wszystkich krajach Ameryki Południowej. Zasadniczo było jednak w Wenezueli lepiej niż w innych krajach regionu. Głównie za sprawą sprzedaży ropy naftowej (w 1975 r. wenezuelskie złoża ropy naftowej zostały znacjonalizowane), z której dochody znacząco wzrosły w połowie lat siedemdziesiątych. Pozwoliło to na finansowanie innych dziedzin gospodarki. Nawet w czasie okresowych kryzysów, jakie miały miejsce na światowym rynku naftowym, wenezuelska gospodarka jako tako funkcjonowała. Pierwsze oznaki gospodarczego kryzysu miały miejsce, gdy do władzy doszedł (1998 r.) Hugo Chavez, głoszący postulat zbudowania „socjalizmu XXI wieku”. Zaowocowało to odejściem Wenezueli od systemu liberalnego i realizacją bardzo kosztownych reform społecznych, na które zaczęło brakować pieniędzy. Po śmierci Chaveza (2013) prezydentem Wenezueli został Nicolas Maduro, związany z nim blisko polityk, który wcześniej sprawował m.in. stanowisko ministra spraw zagranicznych (2006–2013).

Sytuacja gospodarcza Wenezueli po objęciu władzy Maduro uległa dalszemu pogorszeniu. Postępujący kryzys gospodarczy zaowocował spadkiem poparcia dla obozu rządzącego. Wyrazem tego były wybory w 2015 r., które okazały się klęską gabinetu Maduro. Ten jednak postanowił rządzić dalej, pomijając całkowicie parlament. Podporządkowany prezydentowi wenezuelski Sąd Najwyższy systematycznie unieważniał wszystkie uchwały parlamentu i zatwierdzał dekrety prezydenta, którego kilkakrotnie chciano odwołać poprzez ogólnonarodowe referendum. Brak reform doprowadził do pogłębienia się kryzysu gospodarczego. Zaczęło brakować podstawowych towarów, co wywołało antyrządowe protesty. Nasiliły się one jeszcze bardziej, gdy Maduro rękami Sądu Najwyższego zdelegalizował w marcu 2017 r. parlament. Wskutek gwałtownych protestów społecznych organizowanych przez opozycję oraz presji międzynarodowej, wenezuelski Sąd Najwyższy wycofał się z tej decyzji i reaktywował zgromadzenie ustawodawcze. Do ponownego wzrostu politycznego napięcia doszło w lipcu 2017 r. gdy Maduro przeprowadził niezgodne z konstytucją wybory i zapowiedział wprowadzenie nowej ustawy zasadniczej. Opozycja zbojkotowała głosowanie i uznała wyłonione w ten sposób zgromadzenie konstytucyjne za nielegalne.

Zmierzający powolnymi krokami do dyktatury Maduro chciał jednak zachowywać pozory demokracji. W grudniu 2017 r. ogłoszone zostały nowe wybory lokalne, ponownie zbojkotowane przez opozycję. Dzięki temu partia Maduro odniosła zwycięstwo w 18 z 23 wenezuelskich stanów oraz w 308 z 335 miast. Po wyborach lokalnych ogłoszono wybory prezydenckie, które zostały przeprowadzone w maju 2018 r. Wygrał je oczywiście Maduro dzięki różnym specjalnym „zabiegom”, jakich dokonała kontrolowana przez jego ludzi krajowa komisja wyborcza. Zwycięstwa nie uznała wenezuelska opozycja, traktując prezydenta jako zwykłego uzurpatora. Ponownego wyboru Maduro nie uznało również wiele międzynarodowych organizacji (m.in. Unia Europejska i Organizacja Państw Amerykańskich), a także wiele krajów (m.in. USA, Izrael i 13 krajów Ameryki Łacińskiej). Nie oznaczało to jednak, że Maduro stracił całkowicie międzynarodowe poparcie, bo udzieliły mu je Rosja, Chiny i Turcja. 10 stycznia 2019 r. Nicolas Maduro został oficjalnie zaprzysiężony na kolejną kadencję. Ponowne objęcie władzy sprawiło jednak, że do akcji raz jeszcze ruszyła opozycja, która zdominowała parlament w Caracas. Jej liderem został Juan Guiado, który wezwał wszystkich obywateli do wystąpienia przeciwko łamiącemu prawo prezydentowi. Od miesiąca w stolicy i innych wenezuelskich miastach trwają nieustanne protesty. Niejako w kontrze do nich Maduro organizuje marsze swoich zwolenników i demonstracyjne ćwiczenia wiernej mu armii. Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy 31 stycznia przywódca opozycji Juan Guiado ogłosił się tymczasowym prezydentem kraju, a chwilę później poparcie dla niego zadeklarował prezydent USA Donald Trump. Ten ruch niewątpliwie zaskoczył Maduro, który coraz bardziej musi brać pod uwagę otwartą konfrontację z opozycją. Jej wynik nie jest wcale taki oczywisty. Głównie dlatego, że sytuacja w Wenezueli nie jest już tylko problemem wewnętrznym tego kraju, ale stała się kwestią międzynarodową. Mamy bowiem do czynienia z państwem, w którym swoją władzę ogłosili dwaj prezydenci, a każdy z nich może liczyć na poparcie największych światowych graczy.

Wenezuela jest bankrutem
Źródłem politycznego konfliktu w Wenezueli jest sytuacja gospodarcza. W ciągu sześciu lat rządów prezydenta Nicolasa Maduro (2013–2019) boliwar – narodowy pieniądz Wenezueli – stracił na wartości aż 44 tysiące razy (na koniec 2018 r. inflacja osiągnęła 1 698 000 procent), a PKB tego kraju spadło aż o 33 proc. To może być prawdziwym światowym rekordem, jeśli chodzi o upadek gospodarczy. Ponad 3 miliony obywateli uciekło z kraju. Głównie przed brakiem najbardziej potrzebnych do życia towarów, po które trzeba stać godzinami (aby kupić chleb, trzeba wstawać o 3–4 rano) w kolejkach. Towary zresztą są reglamentowane. Brakuje dzisiaj również lekarstw, prądu, wody a przede wszystkim pracy. Ta, którą można zdobyć, nie daje ludziom żadnego utrzymania, bo inflacja jest tak ogromna, że natychmiast zżera otrzymana płacę. W listopadzie 2017 r. Wenezuela ogłosiła również niespłacalność swojego długu zagranicznego. Jego wielkość jest dzisiaj szacowana przez ekspertów na blisko 140 mld dolarów, czyli 14 razy więcej niż wynoszą rezerwy złota i walut tego kraju. Zapowiedziane w ubiegłym roku przez Maduro reformy gospodarcze ograniczyły się w zasadzie do 25-krotnego obniżenia kursu boliwara i próby przywiązania go do narodowej krypto waluty „petro”, która miała być ściśle powiązana z ceną wenezuelskiej ropy. W ten sposób udało się ściągnąć z rynku około 800 mln dolarów, co i tak jest kwotą 12-krotnie mniejszą od zobowiązań Wenezueli wobec zagranicznych kredytodawców w 2018 r.

Mniejszą także od przeterminowanych długów państwowego koncernu naftowego PVDSA, który przez lata był największym płatnikiem wenezuelskiego budżetu. Tak naprawdę Wenezuela utrzymywała się przez ostatnie lata wyłącznie z kredytów, jakich udzielali Rosjanie i Chińczycy. W przypadku tych pierwszych pożyczki były przekazywane przez rosyjskie koncerny paliwowe. Sam Rosnieft miał przelać aż 17 mld dolarów. W przypadku Chin nie wiadomo do końca, jak wielkie zobowiązania zaciągnęła Wenezuela. Nieoficjalnie mówi się, że kwotę 50 mld dolarów w ciągu ostatnich dziesięciu lat. W takiej sytuacji prezydent Maduro postanowił skorzystać z rezerw walut u złota, jakie Wenezuela posiada w innych krajach. W ubiegłym tygodniu z rosyjskiego lotniska Wnukowo miał odlecieć do Caracas wyczarterowany samolot linii Nordwind Airlines, która nigdy dotąd nie latała w tym kierunku. Według wenezuelskiego parlamentarzysty José Guerry, który pracował w wenezuelskim Banku Centralnym, miało nim przylecieć około 20 ton wenezuelskiego złota, które dotychczas zdeponowane było w Moskwie. Inni depozytariusze odmówili jednak przekazania kruszcu. Waszyngton ogłosił zablokowanie aktywów, jakie znajdują się w USA. Bank Anglii również odmówił Maduro wydania zdeponowanego złota, które warte jest 1,2 mld dolarów. USA i Wielka Brytania postanowiły, że kontrolę nad wenezuelskimi aktywami powierzą przeciwnikowi Maduro – Juanowi Guaido, którego uznały za prawowitego wenezuelskiego prezydenta.

Możliwe scenariusze
Sytuacja w Wenezueli byłaby znacznie prostsza, gdyby kraj ten nie miał ropy naftowej i nie posiadał swoich rezerw za granicą. Mielibyśmy wówczas do czynienia z zaistnieniem któregoś ze scenariuszy, które nie zazębiają się ze światową geopolityką. Maduro, najprawdopodobniej wcześniej czy później zostałby zmuszony do opuszczenia sprawowanego urzędu i zapewne osadzony w więzieniu, o ile nie uciekłby wcześniej z kraju. Jego szanse na zachowanie władzy wydają się niewielkie. Mamy bowiem do czynienia z ogromnym niezadowoleniem społecznym, niekontrolowaną inflacją, brakiem dosłownie wszystkiego w sklepach a co za tym idzie z bardzo niskim poziomem życia zwykłych Wenezuelczyków. Sytuacja w Wenezueli jest jednak zbyt mocno osadzona w realiach światowej geopolityki. Wenezuela ma ropę naftową, którą do tej pory sprzedawała Stanom Zjednoczonym. Teoretycznie Amerykanie mogą zastąpić wenezuelską ropę dostawami z innego kraju. Wymagałoby to jednak czasu, ponieważ wiele rafinerii w Zatoce Meksykańskiej zostało wybudowanych specjalnie pod „ciężką” ropę wenezuelską. Jeżeli teraz Amerykanie postanowiliby zamienić ją na inną, to nie tylko trzeba by technicznie dostosować amerykańskie rafinerie, lecz także uległyby wówczas zmianie wskaźniki ekonomiczne ich funkcjonowania.

Z perspektywy USA najrozsądniej byłoby zatem, aby dokonać interwencji zbrojnej w Wenezueli, która zapewniłaby zwycięstwo Guaido, udzielić mu pomocy finansowej i dzięki temu zachować kontrolę nad wenezuelską ropą. Dodatkowo takie posunięcie sprawiłoby, że w Wenezueli nie zainstalowaliby się inni światowi gracze. Chodzi przede wszystkim o Rosjan i Chińczyków. Rosjanie liczą na to, że Wenezuela przestanie spłacać zaciągnięte u nich kredyty i pojawia się szansa na to, aby dokonać kluczowego „skoku” na tamtejszą ropę naftową. Rosyjskie ministerstwo finansów poinformowało zresztą, że „nie wyklucza trudności Wenezueli w obsłudze długu wobec Rosji”. Tym bardziej wydaje się to możliwe. W tym jednak przypadku chodziłoby nie tylko o przejęcie koncernu PVDSA – państwowego koncernu naftowego, który odpowiada za wydobycie i sprzedaż ropy naftowej. Procesowi temu mogłoby towarzyszyć stopniowe instalowanie w Wenezueli rosyjskich sił zbrojnych, co zmieniłoby całkowicie architekturę bezpieczeństwa w rejonie Ameryki Południowej i Środkowej.

Wenezuelą zainteresowani są również Chińczycy, którzy mieli jej pożyczyć w ostatnich latach prawie 50 miliardów dolarów. W ich przypadku również związane będzie to z przejęciem kontroli nad zasobami wenezuelskiej ropy i procesem jej wydobycia. Siłą rzeczy nie da się tego zrobić bez przejęcia udziałów w wenezuelskim koncernie PVDSA, odpowiadającym za jej wydobycie i sprzedaż. Wenezuela mogłaby być też dla Chińczyków strategicznym przyczółkiem w ofensywie handlowej na obie Ameryki, co niewątpliwie zagrażałoby interesom USA. Chińczycy jednak, w przeciwieństwie do Rosjan, nie będą zainteresowani tym, aby instalować w Wenezueli swoją bazę wojskową. Krótko mówiąc, zarówno USA, jak i Rosja i Chiny mają wystarczająco wiele powodów, aby patrzeć na Wenezuelę jak na państwo, w którym mogą zrealizować swoje własne, żywotne interesy.

 

Autor

Poprzedni artykułGnijące jabłko?
Następny artykułNajlepsze przed nami

Najnowsze