22.7 C
Warszawa
wtorek, 28 czerwca 2022

Lepsze czasy już nadeszły

Koniecznie przeczytaj

Rząd bardzo lubi chwalić się dobrymi wynikami budżetowymi

Lecz z perspektywy zwykłego obywatela większa dyscyplina budżetowa nie ma większego znaczenia.

Przejmując władzę przed czterema laty, politycy Prawa i Sprawiedliwości przekonywali, że najpilniejszym zadaniem jest doprowadzenie do stabilizacji finansowej oraz powstrzymanie mnożących się nadużyć skarbowych. Jak przekonywał Mateusz Morawiecki w czasach, gdy pełnił jeszcze funkcję wicepremiera i ministra finansów, kluczowym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji o ewentualnej obniżce podatków (przede wszystkim VAT), miało być prześledzenie efektów procesu uszczelniania systemu i poprawy ściągalności podatków. Ewentualne sukcesy w tym zakresie miały udzielić odpowiedzi na pytanie, czy Polska jest w stanie pozwolić sobie na długo oczekiwane zelżenie fiskalnego ucisku.

Coraz mniejszy deficyt
Pierwszy rok rządów PiS, w którego czasie premierem była Beata Szydło a ministrem finansów Paweł Szałamacha, nie przyniósł natychmiastowej poprawy. Niewystarczające wysiłki w zakresie zwalczania mafii VAT-owskich oraz zwiększania przychodów przyniosły zmiany personalne, które znacząco przyspieszyły karierę Mateusza Morawieckiego. Przejmując jesienią 2016 roku stery ministerstwa finansów, doprowadził do znaczącej poprawy podstawowych wskaźników. W 2017 roku deficyt budżetowy zamiast zapisanych w ustawie 59 mld zł, osiągnął zaledwie 25 mld zł, a w kolejnym roku zamiast 41 mld zł spadł do ok. 10 mld zł. Pod rządami Morawieckiego i jego następczyni, Teresy Czerwińskiej, budżet polskiego państwa uległ znaczącej stabilizacji, a wartości deficytu jako procent produktu krajowego brutto należą do najniższych w najnowszej historii Polski. Wedle opublikowanych niedawno przez resort finansów danych, tak niski deficyt był ostatnio notowany w 1998 roku, wynosząc zaledwie 25 proc. poziomu zakładanego w ustawie budżetowej. Jednocześnie wpływy z podatku VAT wzrosły po raz kolejny, przynosząc 18,1 mld zł więcej niż w roku ubiegłym.

Dobre wyniki budżetu są niezmiennie w mediach związanych z rządem celebrowane jako sukces i prawdziwy przełom, szczególnie w porównaniu z polityką poprzednich rządów. PiS chwali się na dodatek, że tak dobra kondycja budżetu została utrzymana pomimo uruchomienia kosztownych programów socjalnych (w tym przede wszystkim 500 plus kosztującego rocznie blisko 25 mld zł). Wprowadzenie większej niż do tej pory dyscypliny i powstrzymanie działania mafii żerujących na systemie podatkowym, jest oczywiście znaczącym osiągnięciem, jednakże chwalenie się ustabilizowaniem sytuacji budżetowej siłą rzeczy wymusza na „dobrej zmianie” podjęcie kolejnych, ważnych decyzji. Tym bardziej, że publiczne obnoszenie się z tym, że rząd świetnie sobie radzi i „siedzi na górze pieniędzy”, może w dłuższej perspektywie rodzić pytania o to, na co tak naprawdę władza je przeznacza?

Podatkowa apatia
Jesienne wybory stanowić będą okazję do wielkich podsumowań ostatnich czterech lat rządu. W tych bilansach uderzać będzie bez wątpienia m.in. to, że Prawo i Sprawiedliwość nie zdecydowało się na niemal żadną obniżkę podatków. Oprócz kosmetycznych zmian w postaci programu „Mały ZUS”, czy też niższego podatku CIT dla małych spółek, obecna władza nie dokonała absolutnie żadnego kroku w stronę zmniejszenia podatkowego ucisku, a wręcz przeciwnie, nie podejmując żadnych działań, tak naprawdę go zwiększyła (np. zwiększając składkę do ZUS dla przedsiębiorców, czy też trzymając w dalszym ciągu w „zamrażarce” kwotę wolną od podatku). Kwestia obniżki podatków nie jest przy tym tematem, który jest wymuszany na „dobrej zmianie” wyłącznie przez jej kontestatorów. Najważniejsi politycy Prawa i Sprawiedliwości od kilku lat sami przekonują, że niższe stawki podatkowe są korzystne, gdyż zwiększają liczbę płatników, ożywiają działalność gospodarczą i jednocześnie podnoszą dochody budżetowe. Tego rodzaju tezy formułowali już m.in. przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów Henryk Kowalczyk, czy też sam Mateusz Morawiecki. Skoro ustabilizowanie budżetu i systemu podatkowego stało się już faktem, czas wreszcie pomyśleć o zmianach, które przyniosą faktyczną ulgę Polakom po latach nadużyć ze strony poprzednich rządów. Tym bardziej, że nieustanne chwalenie się przed społeczeństwem świetną sytuacją finansową, będzie rodziło w dłuższej perspektywie pytania o to, dlaczego przełom w finansach publicznych nie przekłada się w żaden istotny sposób na przełom w finansach zwykłego Kowalskiego. Wprawdzie wynagrodzenia w Polsce rosną ostatnio w zauważalny sposób, a Polacy nieco rzadziej myślą o wyjeździe za granicę, lecz nadal nie można mówić o prawdziwym ekonomicznym przełomie.

Obecny schemat myślenia rządzącej ekipy wydaje się praktycznie nie do ruszenia. Niedawno premier Morawiecki zdobył się na kolejną szumną zapowiedź obniżki podatków, lecz okazało się, że chodzi zaledwie o niższą stawkę podatku dochodowego dla najmniej zarabiających. Zdaniem dziennikarzy „Dziennika Gazety Prawnej” w łonie PiS pojawiają się coraz większe naciski, aby miejsce rozbudowanych programów socjalnych zajęła wreszcie realna obietnica redukcji obciążeń, szczególnie dla klasy średniej, która swoją pracą utrzymuje całą resztę społeczeństwa. Do tej pory głównymi beneficjentami sztandarowych programów PiS byli najgorzej zarabiający oraz osoby w wieku poprodukcyjnym. Z perspektywy przedsiębiorców oraz osób dobrze zarabiających obecna władza nie poszła na żadne istotne ustępstwa. Te grupy społeczne nie liczą na pomoc państwa w postaci programów socjalnych.

Koniec ruiny
Dobre wyniki budżetowe powinny wreszcie wywrzeć na rządzie presję, aby korzyściami z poprawy finansów publicznych podzielił się także ze społeczeństwem. Czasy, w których premier Beata Szydło przekonywała, że musi dźwignąć kraj z ruiny, już dawno minęły i stosowanie retoryki opartej na konieczności znoszenia trudów okresu przejściowego straciło już uzasadnienie. Jeżeli rząd chwali się odniesionym już sukcesem, to nie może więcej uzasadniać swojej totalnej apatii podatkowej trudną sytuacją budżetową. Jeżeli PiS wciąż czeka na lepsze czasy, to może mocno się zawieść. Pogłębiające się problemy niemieckiej gospodarki, globalny spadek dynamiki wzrostu PKB, czy też wojna handlowa USA z Chinami nie rysują przyszłości w nazbyt różowych barwach. Jeżeli do tej pory główną wymówką rządu przed dokonaniem odważnych zmian w systemie podatkowym było oczekiwanie na lepsze czasy, to warto mieć świadomość, że sprzyjająca koniunktura może niedługo przeminąć. Zmiana podejścia do kwestii podatkowych byłaby tym bardziej wskazana, że poprawienie kondycji budżetu dokonało się kosztem niemałych wyrzeczeń i niedogodności ze strony społeczeństwa.

Uszczelnianie systemu podatkowego zaordynowane przez Mateusza Morawieckiego wprowadziło szereg trudności dla polskich małych i średnich przedsiębiorstw, które muszą dziś m.in. wypełniać Jednolity Plik Kontrolny. Ciężar poprawienia ściągalności podatków został poniesiony przez całe społeczeństwo, ale władza zazdrośnie strzeże płynących z tego faktu korzyści. Przejawiając pasywną postawę w kwestii podatków, PiS tak naprawdę skrzętnie korzysta z faktu, że nie ciąży na nim żadna wielka presja ze strony wyborców. Program niskich i klarownych podatków nie jest dziś szczególnie nośny, o czym przekonują się chociażby środowiska partii Wolność, czy też świeżo założonej Polski Fair Play Roberta Gwiazdowskiego, osiągające w porywach 2–3 proc. głosów w wyborczych sondażach. Nie od dziś najwięcej głosów uzyskuje się, rozdając pieniądze.

Autor

Najnowsze